wtorek, 29 czerwiec 2010 17:17

"Teatr domowy" - teatr stanu wojennego (1)

Napisane przez

W pierwszych "nocnych Polaków rozmowach" na temat, co robić po ogłoszeniu stanu wojennego (odbywały się one głównie w mieszkaniu Ewy Dałkowskiej i Tomasza Miernowskiego), brała udział nasza trójka, to znaczy Ewa, Maciek Szary i Andrzej Piszczatowski, oraz Ela Bukowińska i wyżej wymieniony mąż Ewy. Dość szybko dołączył do nas, zaproszony przez Maćka Szarego, Emilian Kamiński - nie dość, że świetny aktor, to jeszcze muzyk - gitarzysta. Rozmowy były trudne, bo chociaż wszyscy byliśmy przekonani, że, jako ludzie teatru, powinniśmy w jakiś sposób zademonstrować nasze stanowisko wobec poczynań "Wrony", to "jak" było wielką niewiadomą. Ciągnęło nas do kontynuowania "Wszystkich spektakli zarezerwowanych" z repertuaru Teatru "Powszechnego", ale szybko zdaliśmy sobie sprawę, że teksty składające się na to przedstawienie, mimo iż znakomite, "nie przystają" już do nowej rzeczywistości. Rozumieliśmy też, że skoro mamy nawiązać do tradycji przedstawień, które odbywały się w prywatnych mieszkaniach w czasie okupacji, a nie chcemy wykonywać prostych "składanek" patriotycznych wierszy - to musimy stworzyć własny model teatru. Na szczęście - chwała poetom i drukarzom! – dość szybko w prasie podziemnej zaczęły ukazywać się utwory pisane w "internatach" i poza nimi.

 

Rdzeniem pierwszego spektaklu stały się fragmenty poematu Stanisława Barańczaka "Przywracanie porządku" (stąd tytuł) i jego "Hymn wieczorny" (z muzyką Jana K. Kelusa), który nawiązywał do "Wszystkich spektakli zarezerwowanych", a jego refren "...zapada noc!" ? najlepiej oddawał nastrój chwili. Poza tym wiersze Ernesta Brylla, Piotra Matywieckiego, Krzysztofa Karaska, Wiktora Woroszylskiego oraz piosenki Jana Krzysztofa Kelusa i Jacka Kaczmarskiego. Scenografia była bardzo prosta: światło z jednej, umieszczonej w rurze żarówki tworzyło w ciemnym pokoju wąski krąg ? "scenę", w centrum której stało krzesło. Krzesło dla nas szczególne, bo pochodzące z "Wszystkich spektakli..." ? brudnożółte, proste krzesło "biurowe". To "miejsce do grania", łatwe do umieszczenia w centrum każdego prawie pokoju, zmuszało nas do grania, tak jak na scenie "en ronde", a więc do widzów siedzących wokół nas, na czym się dało, często na ziemi, w niewielkiej od nas odległości. Tworzyło to atmosferę zamknięcia, opresji, ale ponieważ teksty w większości wyrażały sprzeciw wobec otaczającej rzeczywistości, dawały nam i widzom poczucie niezwykłej wspólnoty, i solidarności w oporze.
Kiedy zbliżaliśmy się do premiery, byliśmy przekonani, że będzie to "jednorazówka". Jeden pokaz i... koniec. Poza naszymi bliskimi i przyjaciółmi, zaprosiliśmy ludzi teatru: naszego dyrektora Zygmunta Hübnera, profesora Bohdana Korzeniewskiego, profesora Aleksandra Bardiniego, operatora filmowego Jacka Petryckiego, Michała Ronikera, reżysera Antoniego Krauzego (...) ? w sumie około czterdziestu osób, co w tzw. dużym pokoju ursynowskiego mieszkania robiło wrażenie "nabitej widowni". Widzowie siedzieli na czym popadnie: "czcigodni" na krzesłach, "zwyczajni" na podłodze. Myślę, że ani widzowie, ani my ? nie spodziewaliśmy się, że to wspólne przeżycie będzie tak mocne, tak wzruszające i dla nas wszystkich tak ważne; że zdecyduje o tym, jak przeżyjemy najbliższe parę lat... Nasze zalecenie: udajemy, że to uroczystość rodzinna ? proszę nie klaskać, jeżeli państwo zechcecie, możecie na koniec zaśpiewać "sto lat", zostało "zlekceważone" ? oklaski były. Cóż... siła nawyku. A poza tym od razu po oklaskach pojawiły się propozycje: zagrajcie to u mnie, u nas... Zgodziliśmy się, a na każdym następnym spektaklu, pojawiały się nowe prośby i... "tak nam zeszło do wieczora". ? W ciągu roku zagraliśmy około 100 przedstawień.
Spektakl budził bardzo silne emocje. Emocje, które rzadko pojawiają się w "normalnym" teatrze. Oczywiście, ogromne znaczenie miały te, które nasi widzowie przynosili ze sobą: poczucie krzywdy, sprzeciwu, wrogości do "Wrony" i "Jaruzela", dziwnej mieszaniny uczucia beznadziejności i niczym początkowo nieuzasadnionego optymizmu ("zima wasza ? wiosna nasza"). Mam wrażenie, że po skończonym spektaklu widzowie przeżywali pewnego rodzaju katarsis. Myślę jednak, że nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z doniosłości przedsięwzięcia, chociaż traktowaliśmy to, co robiliśmy, ze śmiertelną (nomen omen) powagą. Zaczęły się narady. Po pierwsze: jak zapewnić widzom (i sobie) bodaj minimum bezpieczeństwa. Przytoczyłem moją ulubioną scenę z pierwszej części kłamliwego filmu "O człowieku, który się kulom nie kłaniał". ? Carska jeszcze Rosja. Narada rewolucjonistów, wśród których jest Świerczewski. Surowe miny ? "ruszymy z posad bryłę świata!". Ktoś stojący na czatach widzi przez okno żandarmów i dramatycznym szeptem mówi: "Ochrana!". Dziewczyny rewolucjonistki błyskawicznie stawiają na stole butelki z wódką i zakąski, co nieco się obnażają i siadają przyszłym Trockim na kolanach. Wpada Ochrana i co zastaje? ? Regularną balangę! Żandarmi, zrobieni w konia, przepraszając, wychodzą jak niepyszni! "Ach! gdyby tak przyszła akurat nie policja polityczna, tylko obyczajówka... Może nie byłoby rewolucji!". Trochę się pośmialiśmy, ale założenie, że każdy spektakl musi udawać imieniny, urodziny, rocznicę ślubu czy inną uroczystość ? pozostało.
Tak się stało, że na mnie spadł obowiązek zbierania karteczek z adresami przyszłych spektakli, planowania kolejności, ustalania terminów, oglądania mieszkań, wybierania pokoju, w którym będziemy grali, i przeprowadzania niesłychanie poważnych rozmów z gospodarzami. Ogromnie serio przedstawiałem im "zasady". Wszyscy zaproszeni mieli być znani gospodarzom lub jakoś "uwiarygodnieni" przez bezpośrednio zaproszonych. Gospodarze mieli "sprawdzać" przychodzących i orientować się przed rozpoczęciem, że wszyscy już są. W razie najścia ubecji zaproszeni mieli wiedzieć, co to za "okazja". Absolutnie nie wolno się było spóźniać. Nie wolno klaskać, nagrywać i robić zdjęć...
Cały ten surowy regulamin, początkowo ściśle przestrzegany, stopniowo nieco się rozluźniał, no bo... niektóre jego "przepisy" były po prostu niewykonalne. Na przykład, najczęściej spóźniali się tzw. wytrawni konspiratorzy (ukrywający się, podziemni drukarze, działacze podziemia itp.). Czekamy, opóźniamy rozpoczęcie, gospodarz mówi: "są wszyscy"; ja pytam, czy na pewno, on na to, że miało być jeszcze pięć osób, ale to są ludzie absolutnie punktualni i skoro ich nie ma, to znaczy, że nie przyjdą. Idę do czekających w sąsiednim pokoju kolegów, mówię: zaczynamy! Wszyscy siadają, gasimy światło, napięcie rośnie, mija pięć minut, dziesięć i... dzwonek do drzwi, albo co gorsza pukanie! Przerywamy ? cisza, w której można powiesić siekierę, gospodarz na palcach podchodzi do drzwi, patrzy przez wizjer, albo dramatycznym szeptem pyta: "kto tam?!". Ulga, otwieranie drzwi, karcący szept gospodarza, sadowienie się nowo przybyłych, wreszcie... gramy dalej, próbując od nowa budować nastrój... Zdarzyło się tak kilka razy... i tylko raz nie był to fałszywy alarm, ale ? o tym potem.
Za to zawsze po spektaklu były dwie rzeczy: "kapelusz" (datki całkowicie dowolnej wysokości ? ile kto mógł i chciał dać), a potem jedzenie i picie (czasem bardzo skromne, czasem zaskakująco wystawne) i... rozmowy, rozmowy, rozmowy... Te rozmowy ? równie ważne dla naszych widzów, jak dla nas, pełniły z pewnością funkcję terapeutyczną, "antystresową" i stały się z czasem częścią wieczoru prawie tak ważną jak samo przedstawienie.
Graliśmy dla bardzo różnych środowisk: inteligenckich, robotniczych, rolniczych, ale najbardziej lubiliśmy te "mieszane". Wtedy reakcje były najbardziej spontaniczne, rozmowy po przedstawieniu najciekawsze, a nam dawały (może mylne, ale jednak) poczucie, że poza uprawianiem sztuki spełniamy pewną funkcję integracyjną.
Niestety, nie jestem w stanie przypomnieć sobie większości miejsc ? było ich tak wiele ? ale (choćby po to by wyrazić naszym gospodarzom wdzięczność i podziw za odwagę ? w końcu narażali własne rodziny) tych kilka, które pamiętam: Ania Kalinowska (Podkowa Leśna), Bożydar Krajewski (Ursynów), państwo Wojciechowscy (Praga ? 4 spektakle!), Barbara Zbrożyna (pracownia rzeźbiarska ? Sady żoliborskie), Maria Anto (wybitna malarka ? to tam poznaliśmy księdza Jerzego Popiełuszkę), państwo Papuzińscy oraz pracownia Barbary Jankowskiej i Grzegorza Morycińskiego (Lwowska), przyszły minister kultury Andrzej S. Zieliński (Koszykowa), Anna Borkowska (Wilcza), państwo Parandowscy, żona Bogdana Bujaka (Ursus). Po pewnym czasie zaczęliśmy być zapraszani poza Warszawę. Graliśmy w Lublinie u pań Miernowskich (ciotek Tomasza), we Wrocławiu (organizowali Bożena Hilgert i Edek Leszczyński z Instytutu przy ELWRO).
Po kilku miesiącach graliśmy "Przywracanie porządku" dla ludzi z Huty Warszawa, w mieszkaniu przy ulicy Bogusławskiego. Po spektaklu ktoś powiedział coś w rodzaju: "To bardzo dobre, ale może już dosyć tego rozdzierania szat? Może należałoby raczej ośmieszać czerwonego?... Zróbcie kabaret!" My na to: "Kabaret? Z czego? Nie ma tekstów!"... Ale w końcu teksty się znalazły. Zaczęły pojawiać się w prasie podziemnej, wspomógł nas Janek Pietrzak, a w pewnym momencie na zakończenie dołożyliśmy część, którą nazywaliśmy: "prasówka". Materiały do niej czerpaliśmy z ze wstydem kupowanej "Trybuny ludu" i "Żołnierza wolności" ? to były teksty naprawdę kompletnie idiotyczne, absurdalne, więc bardzo śmieszne. Były też (nieliczne, co prawda) podziemne pisemka satyryczne (pamiętam tylko "Jaruzelę") ? coś z zamieszczonych w nich tekstów użyliśmy. Prawdopodobnie stamtąd pochodził "Czerwony kapturek", wierszyk, który posłużył do zrobienia teatrzyku kukiełkowego.
Dla zdobycia kukiełek Maciek Szary udał się do sklepu z zabawkami. Czerwony kapturek sprzedawany był w komplecie z jednym tylko wilkiem, a my potrzebowaliśmy dwu! Pani, u której zamawiał dodatkowego wilka, była niezmiernie zdziwiona, ale jakoś ją do tego zamówienia przekonał. Ale to jeszcze nie wszystko. Trzeba teraz było "przebrać" wilki za milicjantów. Tę "usługę" wykonano nam "po przyjaźni", a więc bez zbędnych pytań w pracowni jednego z teatrów lalkowych. "Scenę" tworzyła wojskowa pałatka, która przechowała się u mnie jeszcze chyba z czasów harcerskich. No tak ? mieliśmy tekst, scenkę, rekwizyty i... żadnego doświadczenia lalkarskiego!
Ale tu pomógł nam Kazio Kaczor ? z wykształcenia aktor-lalkarz. Ta scenka o Kapturku-drukarzu i nalocie (zakończonym klęską) złych wilków-milicjantów stała się jednym z "przebojów" programu, ale największym była chyba piosenka do tekstu Gwido Zlatkesa "Piosenka kolportera" (z muzyką Piotra Szczepanika), której refren: "Ja się wroną pierdoloną nie przejmuję!" był strzałem w dziesiątkę. Emilian wygłaszał też "Bluzg" ? stek wyzwisk wygłaszanych do Jaruzelskiego, z zakończeniem: "... za naród umęczony piekło cię pochłonie!". No i "Radiowozy". Ktoś (kto, nie pamiętam) dostarczył nam nagranie z "nasłuchu": zapis rozmów prowadzonych między "sukami" a milicyjną centralą. To po "obróbce" był gotowy kabaretowy numer. Bełkotliwy, kretyński charakter tych rozmów obnażał denny poziom i głupotę władzy. Wykonywaliśmy go ukryci pod tą samą pałatką, która tworzyła scenkę teatrzyku kukiełkowego, tylko że przez dziurkę wystawała z niej antenka, a stojąca obok Ewa była "centralą". Bardzo to się podobało.
Był też wiersz Tadeusza Szymy i fragmenty "Imperium" Ryszarda Kapuścińskiego. No i piosenki: Janka Pietrzaka ? śmiesznie-straszny "Rozkaz wojenny" (śpiewał Piszczat) i poważne "Kwiaty" i "Nadzieja" (Ewa), "Górnicy" , z refrenem: "... schodzimy pod ziemię" Jacka Kaczmarskiego (wszyscy), "Sentymentalna panna S" Jana Krzysztofa Kelusa (Piszczat), "Lech Wałęsa, partii klęska..." i "Ej, Bujak!" Andrzeja Pogodnego, czyli Krzysztofa Popowicza (Emilian). Na koniec, ale przed "prasówką", Ewa mówiła piękny wiersz Stanisława Balińskiego "Polska podziemna", napisany w Londynie podczas okupacji, który (niestety!) jak ulał pasował do aktualnej sytuacji.
Tak więc materiał mieliśmy gotowy, ale my gotowi do przedstawienia go nie byliśmy. Ciągle mieliśmy poczucie, że czegoś brakuje, nie byliśmy pewni, jak w tej ponurej sytuacji nasi widzowie przyjmą dowcipy. Kiedy więc nasi "zleceniodawcy" ? ludzie z Huty, pytali: "kiedy wreszcie?", my odpowiadaliśmy "jeszcze nie, jeszcze chwilę...". Aż usłyszeliśmy: "Dosyć, macie nam pokazać to, co macie, choćby czytając z kartek!"... No i stało się ? 1 listopada 1983 r., w mieszkaniu przy Bogusławskiego, w pobliżu Huty (proszę wybaczyć, nazwiska gospodarzy nie pamiętam), rozsiedli się nasi widzowie (dzięki za kredyt zaufania), a naprzeciw nich, pod ścianą upstrzoną przylepionymi do niej "ściągami" ? my. Przestraszeni, spięci, niepewni... Rezultat był co najmniej zaskakujący. Nasi widzowie na przemian ryczeli ze śmiechu i "ronili łezkę". Byli zachwyceni!
Zaczęliśmy więc grać głównie "Kabaret", chociaż od czasu do czasu proszono nas o zagranie "Przywracania porządku". Zdarzyło się kiedyś, że pomyliłem "zamówienia" i zabraliśmy ze sobą rekwizyty do "Kabaretu", a publiczność czekała na "Przywracanie..." ? trzeba sobie było jakoś radzić. Namówiliśmy gospodarzy na zmianę programu, a Przywracanie..." zagraliśmy jakiś czas później. Kiedyś graliśmy na Lwowskiej i po spektaklu, kiedy siedliśmy, żeby zjeść, wypić i pogadać, jeden z gości wziął gitarę i zaczął śpiewać własne piosenki. Te piosenki tak nam się spodobały, że nie tylko niektóre z nich włączyliśmy do przedstawienia, ale też zaprosiliśmy Krzysia Popowicza do udziału w nim. Miał występować w drugiej, "nieoficjalnej" jego części. Później, przez jakiś czas, zaszczycał nas swoim udziałem w tej drugiej części Jan Pietrzak.
Jeszcze anegdota. Kiedy Piotr Szczepanik napisał muzykę do "Wrony pierdolonej...", powiedział, że zaprasza nas do siebie ksiądz Jerzy Popiełuszko. Był to dla nas ogromny zaszczyt. Kiedy przyszliśmy na plebanię, zaprzyjaźniony z księdzem Piotr powiedział, że przyniósł ze sobą taśmę z próbną wersją piosenki i chciałby, żeby ksiądz Jerzy jej posłuchał. Najpierw odbyły się działania zabezpieczające. Ponieważ w okna plebanii wycelowane były aparaty podsłuchowe, ksiądz Jerzy włączył gramofon z nagraniem mszy. Potem dopiero z magnetofonu kasetowego, usłyszeliśmy, niezbyt pasujący do świątyni tekst: "Ja się wroną pierdoloną nie przejmuję!". Komentarz księdza był krótki: "No cóż, znowu będę musiał wyświęcić magnetofon!".
"Kabaret" zagraliśmy około 80 razy. W domach, w których graliśmy wcześniej "Przywracanie porządku", i w miejscach zupełnie nowych, także poza Warszawą. Pamiętny szczególnie był spektakl dla parafian księdza Leona Kantorskiego z podwarszawskiej Podkowy Leśnej. W dużej mierze byli to członkowie "Solidarności Rolników Indywidualnych" z rodzinami. Organizatorem był redaktor pisma "Znak" Bohdan Skaradzinski, "minister kultury" księdza Leona. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, gdzieś pod Ożarowem (drogę, byśmy nie zbłądzili, wyznaczały strachy na wróble!), znaleźliśmy się w środku sielankowego, rodzinnego pikniku. Piękna pogoda, nakryte białymi obrusami, zastawione jedzeniem i piciem (jak gdyby nie było "kartek" i pustych półek w sklepach) stoły. Uśmiechnięci ludzie czekający na nas. Pokazano nam miejsce do grania. Była to świeżo wybudowana paszarnia; za ścianą kurnik z gdaczącymi kurami, pod jedną ze ścian scena, a na ścianie olejny obraz ? "Dama z wroną". Namalowana przez jakiegoś profesjonalnego malarza replika "Damy z łasiczką" Leonarda da Vinci. Zamiast Damy, Jaruzelski tulił do piersi wronę! Zatkało nas. Obraz był zabawnie złośliwy i przyciągał uwagę ? robił nam konkurencję. Jak tu grać pod czymś, co tak bardzo przyciąga uwagę patrzących? Ano, trzeba się do takiego obiektu odnosić. I kiedy Emilian wywalił bluzg wprost w twarz Jaruzela ? Damy, efekt był porażający! Później pan Bohdan organizował nam w okolicy (np. w Wiskitkach) następne spektakle, również "Degrengolady" i "Largo desolato".
cdn.
Andrzej Piszczatowski
Wyświetlony 4277 razy

Najnowsze od Andrzej Piszczatowski

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.