Wydrukuj tę stronę
poniedziałek, 13 wrzesień 2010 14:03

Kurz

Napisane przez

Afryka to kurz. Pyl wszędzie. Nie pomaga za bardzo zamykanie okien. Zalewanie kurzu betonem (w miastach) też nie pomaga. A nawet kiedy trochę go jakby mniej, to wtedy przychodzą kobiety, żeby pozamiatać. I kurz już znowu jest wszędzie. I rady na to nie ma. I tylko ładne zdjęcia wychodzą – w zakurzonym świetle nie wprost.

Siedzę więc zakurzony i naszło mnie na podsumowania. Tak mnie naszło: bo czemu się podsumowuje tylko według systemu dziesiętnego? A może tak by po czterech latach?
Przepłukując gardło z kurzu staram się podsumować tę naszą Afrykę. I? I nic. Nic nie wiadomo. Wszystko, co mi się wydaje, że już troszkę rozumiem i potrafię dostrzec istotę i odróżnić materię od formy, za godzinę albo za dzień może się okazać nie warte funta kłaków albo jakiejś innej garści pierza afrykańskich kurczaków. Albo wiadra kurzu.
I sam już nic nie wiem, tylko tyle, że tutaj wszystko jest całkowicie i absolutnie możliwe. Że w Afryce dziś 2 + 2 jest około 4, a jutro może być 6,28, albo ukradną dwójkę i dopiero wtedy wyjdzie dokładnie 4.
Matematyzuję tak sobie siedząc u "Małego" w Ndolwane. Zakurzonym długopisem na zakurzonej kartce. Miejsce spokojne, dostojne, zakurzone. Jak wiadomo, 100 km od asfaltu. Przyjechaliśmy ze znajomymi odwiedzić misjonarzy w buszu. Towarzystwo poszło nad rzekę. Tu się zawsze chodzi nad rzekę. Jedyna rozrywka w buszu.
Przedostatnio było tak: przyjechało kilka sióstr z RPA zobaczyć prawdziwą misję. No i, oczywiście, "Mały" organizuje wycieczkę nad rzekę. Jedna z sióstr pożyczyła krótkie spodenki ("Mały" się zdziwił), druga wzięła książkę ("Mały" się barrrrdzo zdziwił) i poszli. Droga ładna i niezwykła, bo wśród wysokich, pełnowymiarowych drzew ? w Afryce to niezwykłe. Szli i szli, aż doszli i kobiety... prawie umarły ze śmiechu kiedy zobaczyły rzekę. Bo rzeka była zwykła, afrykańska. Czyli sucha. Piasek od brzegu do brzegu. Bo ta pierwsza pożyczyła spodenki, żeby się wykąpać, a ta druga wzięła książkę, żeby sobie poczytać, kiedy ta pierwsza będzie się kapała! A tu tylko kurz. Tym razem z rzeki.
Towarzystwo wciąż nad rzeką, więc można dokonać bardzo ważnego uaktualnienia historycznego.
Mamy nowy kościół. Ostatnie dwa lata dojeżdżałem do kościoła. Blisko, bo akcja dzieje się w mieście Bulawayo. Kościółek mały był i sympatyczny. Jedna ze starszych parafii w mieście (jakieś 60 lat). Niestety, miasto rozwinęło się w zupełnie innych kierunkach i historia wyrzuciła naszą parafię właściwie na pustkowie. Ludzie dzielnie spacerowali te kilka kilometrów na Msze. I jakieś 1,5 roku temu zaczęła się budowa nowego kościoła. Duży, ładny i co najważniejsze: bliżej ludzi. Skończą się dalekie spacery i wielu nowych przyjedzie do kościoła na odległość beretową (nikt tu z miejscowych nie zna systemu mierzenia podawanego w rzucie mokrym beretem, bo beretów nie ma).
Takie były założenia i po kilku tygodniach od otwarcia jak najbardziej się spełniają.
Budowali i budowali. Rok dłużej niż planowali ? bo podwyżki, grypa itd.
Nowy kościół budowała diecezja i nie było do końca wiadomo, czy werbiści będą dalej pracowali w tej parafii. Naszego biskupa ciężko zastać w biurze ? człowiek czynu, a nie papierków. Więc do dnia poświęcenia nic właściwie nie było wiadomo.
Wreszcie skończyła się budowa (prawie) i skończyły przygotowania do wielkiego święta poświecenia.
Niedziela, 18 lipca 20004, prawie w samo południe. Spory tłum żebrał się przed zamkniętymi drzwiami nowej świątyni, jeszcze nie świętej. Przyjechał biskup i wręczył mi dużą szara kopertę. W kopercie było pismo, że właśnie zostałem proboszczem. Potem biskup dał mi klucz i otworzyliśmy razem nowy kościół.
Sam dalej dojeżdżam (mieszkam przy innej parafii, bo na plebanię diecezji już nie stać), ale ludzie się cieszą bliskością. Wciąż widać nowe twarze ? co nie dziwi, bo kościół stoi w środku rozbudowującej się dzielnicy. A na przygotowanie do chrztu zgłosiło się prawie 60 dorosłych! Czyli nowych parafian.
Nowy, duży kościół miał się powoli zapełniać, a już jest prawie pełny. Starych ławek nie wystarcza (na nowe nikogo nie stać), więc polowa zgromadzenia siedzi na podłodze. Jest klimat! Afrykański.
Ciekawostka geograficzna: ktoś mi wytłumaczył, ze do Emganwini (nasza nowa dzielnica) wprowadzają się najgorsze szumowiny z miasta (????), z dzielnic przemysłowych (????) i jeśli z nimi zadrę, to kościół w całości ukradną. Z fundamentami. Ale jeśli się z nimi zaprzyjaźnię, to będę mógł zegarek (kiedy sobie wreszcie kupię?) na ulicy zostawiać.
A tak apropos, to znowu mnie okradli. Tym razem wyciągnęli plecak z samochodu, kiedy zmieniałem koło (w okolicy pusto i NIKOGO w pobliżu. Duch czy co?.

(?)
Maciej Malicki SVD
Wyświetlony 4578 razy
Maciej Malicki SVD

Najnowsze od Maciej Malicki SVD

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.