piątek, 24 wrzesień 2010 10:35

Afrykańskie obrazki

Napisane przez

Bez większego zainteresowania słucha się o zbawieniu, gdy w brzuchu burczy z głodu. O tutejszej biedzie się nie rozpisuję, bo i tak nikt nie uwierzy. Kiedyś rzuciłem okiem na ofiarę ze Mszy. Po przeliczeniu to były 4 grosze polskie... Na tyle stać naszych parafian.

 

Piękne jest to, że nawet i tym się dzielą. Oto co wymyślił Krystian (nasz kolega werbista, najdłużej tutaj): za pół ceny każdy może kupić nasiona kukurydzy (tutejsza podstawa jadłospisu). Jak każdy tutaj pracujący, wie, że rozdawanie za darmo bardziej psuje niż pomaga, więc chętni musza pokryć połowę kosztów. Resztę dopłaca misja. Oczywiście, nie wszyscy nawet to mogą zapłacić, dla nich jest inna możliwość spłaty: za pięć kg dobrego ziarna siewnego mogą zapłacić 10 kilogramami normalnego ziarna, które wyrośnie (z tych kupionych pięciu kilogramów wyrośnie ok. 200 kg). Jasne, że my tego "płatniczego" ziarna nie przejemy i dostają je potem sierocińce lub ci, którzy naprawdę nie mają za co kupić chleba powszedniego.

*
Mpini to wioska. Jakieś 40 minut od nas (jak nie pada). 10 lat temu nie było w okolicy ani jednego katolika. Wtedy zaczął po tych krzakach wędrować Krystian. I dziewięć lat później (czyli rok temu) miejscowa wspólnota zaczęła budować kościół (tutaj kościół to zwykły barak). Załapałem się na końcówkę budowy i początek przygotowań do Wielkiej Imprezy Poświęcenia Kościoła.
"Nadejszła wiekopomna chwila". Rzeczywiście wiekopomna, bo najstarsi zimbabwiańscy górale czegoś takiego tu nie pamiętali. To jedyny kościół w bardzo szeroko pojętej okolicy. Święcić przyjechał sam biskup i przyszło z tysiąc mieszkańców okolicznych wiosek. Była przeuroczysta Msza. A potem radość, w czasie której zjedzono 1,5 krowy i wypito kilka beczek miejscowego piwa (czemu TO nazywają piwem???). Wieczorem rozwoziliśmy tych, co daleko mieszkali. Jeden dziadek zaprowadził mnie do kościoła. Usiadł na jakimś połamanym fotelu i powiedział ze łzami w oczach i szklaneczką w ręku: "Zobacz, mamy swój kościół!".
*
"Mały" przyjechał i wyjęczał: "Gorąco....". I poczołgał się do miski z wodą. Po wypalonych słońcem włosach zostało bolesne wspomnienie. Poparzona i rozkwitła bąblami skóra kwalifikowała do występów w "Star Trek". Bez charakteryzacji. A asfalt powoli stygł i krzepł na oponach, ramie, kasku, kierownicy i bidonie z wrzącą wodą... Kiedy byliśmy piękni i młodzi, to żaden wyczyn. Ale na starość i w afrykańskim słoneczku to już coś! Prawda jest taka, że "Mały" przyjechał nas odwiedzić. Ale przejechał rowerem 110 km. Przespał się i przed wschodem słońca popedałował z powrotem. Powinienem pojechać z rewizytą. Tylko poczekam, aż wymyślą rowery z klimatyzacją.
*
Siedziałem sobie w pokoiku i zastanawiałem się od godziny, czy pouczyć się słówek jutro, czy pojutrze, kiedy usłyszałem: Taki duży, taki mały może świętym być... Myślałem, że jak to zwykle bywa, gdy mam się uczyć, przysnąłem i ładnie mi się śni po polsku. Ale na wszelki wypadek idę sprawdzić czy na pewno "Arka Noego" nie przypłynęła do Plumtree. Okazało się, że nie przypłynęła. Okazało, że wnuczka naszej gospodyni (dobrej kobiety, która jakimś cudem sprawia, że nie umarliśmy jeszcze ani od jedzenia surowego mięsa, ani z brudu) ma kasetę wideo z koncertami "Arki Noego" i sobie lubi posłuchać, popatrzeć i poskakać. Skąd ją ma, nie wie. Jak ktoś spotka zespół, to proszę mu przekazać, że afrykańskie dzieci też śpiewają! Taki biały, taki czarny może świętym być...
*
Niewyczerpane źródło informacji nudnych i bzdur, czyli nasza kochana TV zimbabwiańska, jest nieoceniona i dbająca byśmy dobry humor mieli. Pan z kamienną twarzą zapowiada: Antrax (po polsku to wąglik) w Bulawayo!
Przestraszyłem się, że ktoś może prezydentowi wysłał kartkę z "pozdrowieniami". Potem nastąpił obrazek: wozy strażackie, żółte, plastikowe ubranka, butle tlenowe, pełno biegających ludzi. A pan dalej darzy nas stosownym komentarzem, że akcja doskonale przeprowadzona, że ludzie są bezpieczni, że USA, wciąż nękane terroryzmem, od Zimbabwe powinno się uczyć, jak sobie z tym radzić. I ostatnie zdanie: "Ale na szczęście to nie był atak chemiczny. Zapach, który poczuli pracownicy poczty i zawiadomili odpowiednie (doskonałe!) służby miejskie, to nie był antrax. Ale któryś z pracowników poczty zwymiotował na paczki i po sobie nie posprzątał. Stąd dziwny zapach". Już wiecie, dlaczego paczki wysyłane do Afryki trzeba bardzo dokładnie pakować w folię...
(?)
Maciej Malicki SVD

Wyświetlony 5334 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.