piątek, 24 wrzesień 2010 12:07

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

Wraca stare... W "Rzeczpospolitej" (nr 104/2004) Andrzej Fąfara pisze: Zachichotałem na wieść o tym, że tegoroczny Wyścig Pokoju rozpocznie się w Brukseli, honorowym starterem będzie Romano Prodi, a na mecie pierwszego etapu powitają kolarzy unijni komisarze z państw, których reprezentanci znajdą się w wyścigowym peletonie. Nie dostrzegłem nigdzie informacji o trybunie honorowej. Bardzo jestem ciekaw, czy to szczególne urządzenie, doskonale mi znane z dawnych Wyścigów Pokoju, stanie w unijnej stolicy, no i czy będzie odpowiednio przyozdobione hasłami. O tradycyjne wizyty cyklistów w brukselskich zakładach pracy nie pytam, bo wiem, że ich nie będzie, ponieważ początek imprezy nieszczęśliwie zaplanowano na sobotę i tej przeszkody nawet najwyższym unijnym władzom nie udało się pokonać [...] W 1986 r. ? Kijów, w 2004 r. ? Bruksela. Koło historii wykonało dość zabawny obrót. No cóż, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. Mentalnościowe złogi lewactwa mają się w dalszym ciągu wyśmienicie w umysłach naszych dzielnych pionierów (pseudo)europejskości. Pozostaje nam tylko czekać na doroczne wydarzenie kulturalne, jakim mógłby stać się Festiwal Piosenki Europejskiej w Kołobrzegu.

 

***
W krakowskich "Arcanach" (nr 55-56) Sławomir Cenckiewicz relacjonuje pasjonującą historię "anty-maryjnego memoriału", sporządzonego przez wypróbowanych ludzi honoru (i grono ich szacownych współpracowników) ze Służby Bezpieczeństwa, który kursował wśród uczestników Soboru Watykańskiego Drugiego. Celem owej bezpieczniackiej prowokacji było przede wszystkim skompromitowanie prymasa Stefana Wyszyńskiego poprzez imputowanie temuż "wynaturzeń w propagowaniu i realizacji" kultu maryjnego w Polsce. W związku z tymi faktami, Cenckiewicz przypomina o nieco zapoznanej w dzisiejszych ponurych czasach prawidłowości: Jedną z bardziej przemyślanych ? aczkolwiek wciąż najmniej rozpoznanych ?metod prowadzenia walki z Kościołem katolickim w okresie Polski Ludowej było atakowanie niektórych hierarchów kościelnych, duchownych i teologów z tzw. pozycji postępowych. Powołując się na "ducha" i "literę" Soboru Watykańskiego [...] kościelnym konserwatystom zarzucano [...] "teologiczne wstecznictwo", "pacellizm" (od nazwiska papieża Piusa XII), "tradycjonalizm", "antyintelektualizm", "powierzchowność", "teokratyzm", "średniowieczne pojmowanie katolicyzmu", "integryzm", "niezgodność z nauczaniem ostatniego Soboru", "antyekumenizm", "ludową pobożność i maryjność" itd. W ten sposób Vaticanum II, zanim jeszcze zakończył swoje obrady, oraz jego późniejsza recepcja, która pociągnęła (i pociąga) za sobą poważny kryzys w Kościele, stawały się jeszcze jednym orężem w rękach nieprzyjaciół Kościoła. Zacytowane uwagi autora artykułu mogą skłaniać do bardzo interesującej refleksji. Nietrudno bowiem zauważyć, że wiele z powyższych zarzutów jest stawianych także i dzisiaj rozmaitym kręgom kościelnym tak przez środowiska laickie, jak i przez część reprezentantów tej części społeczności katolickiej, którą (zapewne nie najszczęśliwiej) przyjęło się określać mianem "otwartej". Odżegnując się zdecydowanie od przesadnego idealizowania polskiego katolicyzmu (zresztą wydaje się, że nic, co masowe, nie może być równocześnie doskonałe pod względem jakościowym), zastanawiam się jednakże, w jakim stopniu wypowiadane przeważnie bona fide opinie na temat wsteczności krajowych form religijności, niedostatku refleksji intelektualnej w Kościele, nienadążaniu hierarchii za duchem postępu wyznaczanym przez progresywne episkopaty Francji i Niemiec czy tęsknotach za konstantyńskim modelem relacji państwo-Kościół, są efektem własnych przemyśleń i rzetelnej inwestygacji (ulubione słowo profesora Jerzego Jaskierni) badanych zagadnień; w jakim stopniu pozostają natomiast rezultatem bezmyślnego kalkowania zastarzałych stereotypów, w których kształtowaniu, o czym przypomina Cenckiewicz, aktywnie partycypowały środowiska szczególnie niechętne religii, a zwłaszcza Kościołowi katolickiemu. Uporczywe oraz długotrwałe występowanie w "postępowym dyskursie" tych samych wątków wskazywałoby na duże prawdopodobieństwo tej drugiej ewentualności. Cóż, historia poucza nas, że zawierano w jej toku najdziwniejsze sojusze; jednak zgodność poglądów części "katolików otwartych" (powtarzam, głoszonych zwykle w dobrej wierze) i SB-eków znajduje się dość wysoko na skali historycznych dziwów. Dodatkowej pikanterii dodaje tutaj fakt, że pomysłodawcą memoriału był Zenon Kliszko, a więc osoba pełniąca ważną rolę łącznika pomiędzy Kołem Poselskim "Znak" a Władysławem Gomułką i Biurem Politycznym nieboszczki Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
***
Piotr Lisiewicz w "Gazecie Polskiej" (nr 18/2004) przedstawia czytelnikom portret pana profesora Bogdana Michalskiego, głównego eksperta Samoobrony od spraw medialnych. Jest to, cokolwiek by powiedzieć, bardzo oryginalna i barwna postać. Jego niezaprzeczalnym wkładem w dzieje wolności mediów w Polsce jest współtworzenie prawa prasowego z okresu stanu wojennego. Jak bowiem przekonywał nas wówczas w duchu wolnościowym, zniesienie cenzury spowodowałoby znaczne ograniczenie faktycznej wolności prasy. Dzisiaj również, u boku Andrzeja Leppera, pan Michalski kontynuuje swoją walkę o uporządkowaną wolność massmediów. Ot, weźmy sobie chociażby jeden z jego pomysłów zakładający reglamentację i korporatyzację zawodu dziennikarza. Gdyby został zrealizowany, żurnalistą czy publicystą mógłby zostać wyłącznie posiadacz wyższego wykształcenia, z zaliczoną dwuletnią aplikacją dziennikarską i zdanym egzaminem. Prowadzenie owych aplikacji i egzaminów należałoby do właściwości Regionalnych Izb Dziennikarskich, mogących ponadto wykluczać z zawodu osoby w sposób oczywisty nie dające rękojmi rzetelnego wykonywania obowiązków. Ach, ileż to szans dla dzielnych dziennikarskich działaczy samorządowych na dodatkowe frukta... Michalski proponuje również dodatkowe obostrzenia dla redaktorów naczelnych gazet (lub czasopism...), stawiając im szereg surowych wymogów formalnych. Cóż, wprawdzie dzięki urzeczywistnieniu planów pana profesora posadę straciłby Adam Michnik (co, znając życie, ucieszyłoby znaczną część czytelników niniejszej rubryki), ale warto zarazem pamiętać, że identyczne kłopoty mógłby mieć Redaktor Naczelny "Opcji na Prawo". A już poza wszystkim ? horrible dictu ? z całą pewnością miejsce na łamach "Opcji" musiałby utracić Stary Liberał, darzący korporacje zawodowe, aplikacje itd. równą admiracją, co Unię Europejską, feminizm, koklusz i wszelkiej maści socjalizmy. Wydaje się zatem, że plany Michalskiego godzą wprost i bezpośrednio w jakość polskiej prasy. A tak trochę poważniej ? skoro po kilkunastu latach od likwidacji cenzury można otwarcie głosić koncepcje tak ostentacyjnie naruszające prawo do własności prywatnej oraz tak jawnie gwałcące zasadę wolności działalności gospodarczej, to trwałe pozostałości komunizmu zalęgły się w niektórych mózgach zaprawdę głęboko. I na zakończenie prawdziwy smaczek z innej wypowiedzi profesora Michalskiego: Jaruzelskiego źle nie oceniam, on w końcu ani jednego banku Niemcom nie sprzedał. Ot, tęga profesorska głowa, z ogromną umiejętnością poprawnego doboru kryteriów oceny osób publicznych. Ale może powinienem się radować ? w końcu Stary Liberał także nigdy nie sprzedał Niemcom ani jednego polskiego banku. Może więc w sztambuchu pana Michalskiego zasługuję na plusika?
***
"Krytyka Polityczna" (nr 5) zamieszcza wypowiedzi wesołej gromadki intelektualistów, naturalnie o przeważnie lewicowej proweniencji (ale to przecież non sequitur...), poświęcone zagadnieniu integracji europejskiej. Udzielają się tam między innymi takie sławy panteonu współczesnej humanistyki, jak Jürgen Habermas, Jacques Derrida, Fernando Savater, Gianni Vattimo czy Richard Rorty. W zasadzie z każdego z krótkich artykułów można byłoby wyjąć serię ciekawych kwiatków. Aby jednak nie zanudzić czytelników, tylko dwa wyimki z tekstu Umberto Eco. Po pierwsze, autor "Imienia róży" pisze: W czasie konferencji albo wieczoru spędzanego w towarzystwie przyjaciół z różnych krajów, a nawet podczas wycieczki turystycznej, zdarzają się chwile, kiedy to niespodziewanie odczuwamy, że punkt widzenia, zachowanie czy gust Francuza, Hiszpana albo Niemca wydają się nam znacznie bliższe od innych. Poza typową dla intelektualisty tendencją do rozciągania własnych doświadczeń na całą populację, wypowiedź ta jest o tyle znamienna, że zdaje się potwierdzać tezę o rychłej modyfikacji europejskiego socjalizmu ponadnarodowego w europejski socjalizm narodowy. Nagle bowiem Eco nie mówi nic o kosmopolityzmie, uniwersalizmie, mondializmie czy też panglobalnej tożsamości. Są Europejczycy i reszta (w tym, rzecz jasna, Amerykanie). Tak to lewicowy dyskurs samodzielnie autodemaskuje swoją fałszywość. Drugi interesujący wątek artykułu Eco wiąże się z zaiste szczególną interpretacją europejskiej historii drugiej połowy nieszczęsnego dwudziestego stulecia: W czasie zimnej wojny Europa wpadła z deszczu pod rynnę: zaledwie uporała się z jednym światowym konfliktem [taak, faktycznie, to Europa się uporała... ? S.L.], została zmuszona do podporządkowania się dwu innym kolosom ? Stanom Zjednoczonym i Związkowi Radzieckiemu. Każde z dwóch mocarstw rozgrywało na jej terenie swoje własne interesy [...] Amerykanie przeboleli sytuację patową w Korei i porażkę w Wietnamie, bo główną areną ich działań była Europa. I tamtą rozgrywkę wygrali w dniu upadku sowieckiego imperium. Wmieszane w samo epicentrum gry, która je przerastała, państwa europejskie musiały dostosowywać swoją politykę zewnętrzną do jednego z dwóch bloków, z którym się utożsamiały, akceptując ideę wspólnej polityki obronnej (NATO albo Układ Warszawski). Nie znęcając się nad szczegółowymi tezami owych enuncjacji, należy bez wątpienia odnotować specyficzny dla zachodnioeuropejskiej lewicy zabieg erystyczny, który polega na uznaniu polityki Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego podczas zimnej wojny za moralnie i praktycznie ekwiwalentną. Ów "egalitarny moralizm" przejawia się choćby w stawianiu znaku równości pomiędzy "zmuszeniem" Włoch, Niemiec et ceatera do uczestnictwa w NATO, a rzeczywistym zmuszeniem Polski, Czechosłowacji czy zwłaszcza Węgier (Budapeszt 1956) do udziału w Układzie Warszawskim; widoczny jest także, między innymi, w braku różnicowania interesów rozgrywanych na terenie kontynentu przez obydwa mocarstwa. Jeśli takie stanowisko prezentują polityczni realiści spod znaku "Stańczyka" (jak np. Tomasz Gabiś), to warto się nad nim zadumać i ewentualnie popolemizować. Jeśli jednak poglądy takowe głoszą ultramoraliści spod znaku europejskiej lewicy, tak często skłonni do używania moralnej maczugi w dyskusjach z oponentami, odpowiedzią musi pozostać jedynie sardoniczny chichot. Naprawdę rację miał nieodżałowany Stefan Kisielewski, życząc Europie Zachodniej Kozaków na Polach Elizejskich. Wyłącznie bowiem inwazja ówczesnych Hunów byłaby w stanie (choć i to nie jest pewne) wywołać u tamtejszych intelektualistów zmianę ich absurdalnej perspektywy oglądu sytuacji międzynarodowej. Umberto Eco warto zadedykować w tym momencie słowa bohatera jego najsłynniejszej książki Wilhelma z Baskerville o tym, że można zgrzeszyć przez nadmiar wymowności. By zacytować klasyka współczesnej myśli politycznej, intelektualiści zbyt często marnują okazję, by siedzieć cicho.
***
W prasie, radiu oraz telewizji trwa nieustannie festiwal "Samoobrony". Tęgie głowy bezustannie deliberują, dlaczego Andrzejowi Lepperowi rośnie, dlaczego Lepperowi spada, dlaczego Lepperowi stoi. Nadworni socjologowie bez przerwy uzasadniają każde wahnięcie w notowaniach sondażowych, używając często, co zabawne, identycznych argumentów na wyjaśnienie odmiennych prawidłowości. Niedługo strach będzie otworzyć lodówkę, aby nie natknąć się na uczonego męża eksplanującego przyczyny wyników "Samoobrony". Niestety, ilość dywagacji z reguły nie przechodzi w jakość, a sukces partii Andrzeja Leppera pozostaje nadal dla massmedialnego establishmentu zjawiskiem niewyjaśnialnym, przejawem swoistej aberracji umysłowej przypadkowego społeczeństwa, które nie dorosło do demokracji. Wśród wymierzonych w elektorat "Samoobrony" filipik, zdarzają się natomiast wypowiedzi dobitnie uwidaczniające sposób myślenia krajowych elit. Oto bowiem w "Newsweeku" (nr 19/2004) pan Bartłomiej Sienkiewicz dowodzi, że sposobem Andrzeja Leppera na zwiększenie społecznego poparcia stały się w pewnej chwili spotkania na bazarach. Bazary to miejsca szczególne ? tu spotyka się wieś z miastem, bieda z elementarną zaradnością, podróbki z najdalszych stron Azji z wyrobami miejscowymi. Bazar to także styl życia, swojski, zrozumiały dla każdego. Cywilizacja bazaru zaczyna się na zachodniej granicy Polski, a kończy nad wybrzeżem Oceanu Spokojnego, sięga do mórz południowych, obejmując swoim zasięgiem znaczne połacie Eurazji, żyjąc odpadkami globalizacji i lokalnym rynkiem. Bazar nie ufa prawu i regulacjom handlowym ? zawsze jest tylko na poły legalny, traktuje każdą władzę jako potencjalną opresję. Bazar zawsze jest konserwatywny w tym znaczeniu, że modernizacja i otwarcie rynków na swobodny przepływ kapitału prędzej czy później zagrażają jego istnieniu. Podobnie jest z drobnymi kupcami, z rzemiosłem, które dobrze się miało za ustroju pustych półek, a teraz ginie, bo nie jest konkurencyjne. Tak samo jak sektor chłopsko-robotniczy żyjący z kilkuhektarowych gospodarstw skazanych na wegetację. Lepper dobrze rozumie te lęki, bo sam nie chce pogodzić się z wyzwaniami, jakie niesie kierunek współczesnego świata. W wypowiedzi owej jak w soczewce skupiają się liczne i rozpowszechnione błędy faktograficzne charakterystyczne dla establishmentowych quasiliberalów. By wypunktować tylko te najbardziej oczywiste: 1: bazar bynajmniej nie odrzuca zasad prawnych, ale kieruje się po prostu regułami prawa zwyczajowego i zasadą wzajemnego zaufania, a nie odgórnymi i najczęściej abstrakcyjnymi przepisami ustanawianymi przez "naszych okupantów"; 2: bazar jest jak najbardziej konkurencyjny w stosunku do dużych multinarodowych koncernów, które częstokroć w owej rywalizacji muszą uciekać się do pomocy państwa; 3: bazar nie traktuje każdej władzy jako opresywnej ? po prostu władza w Polsce jest opresywna, o czym zresztą można przeczytać nawet na innych stronach "Newsweeka"; 4: polskie rolnictwo byłoby zdolne do konkurowania z rolnictwem zachodnioeuropejskim, gdyby nie absurdalna i niemoralna Wspólna Polityka Rolna oraz obowiązujący wewnątrz Polski socjalizm. Wspomniane błędy są chyba jednak mniej istotne. Najbardziej uderzająca w artykule Sienkiewicza jest pogarda dla drobnych kupców, handlowców, rzemieślników i innych przedsiębiorców, którzy zamiast oczekiwać na pomoc państwa, wyciągać rękę po zasiłki czy żebrać o rentę, usiłują realizować cokolwiek zapomniane hasło przyświecające początkowo reformom roku 1988-1991 o braniu swoich spraw w swoje ręce. Taka sama pogarda pojawiała się w mediach przy okazji sprawy tzw. laweciarzy, gdzie ideałem wolnorynkowego homo oeconomicus stawał się zurzędniczały dealer Forda, Mercedesa, Fiata itp., a nie harujący po kilkanaście godzin na dobę właściciel małej firmy transportowej, przedsiębiorstwa handlowego czy warsztatu samochodowego.
***
Co najgorsze, "Newsweek" uchodzi za pismo liberalne pod względem gospodarczym, a artykuły w rodzaju powyższych są powszechnie uznawane za emblematyczne dla liberalnego sposobu myślenia, skutecznie psując tym samym opinię autentycznym przedstawicielom owej doktryny politycznej. Jednakże (na szczęście) zaczyna się coś zmieniać w materii właściwego pojmowania liberalizmu. Maciej Sokołowski pisze w "Głosie" (nr 19/2004): Mówi się, że PO to liberałowie. Dlaczego więc oni [...] tak usilnie wtłaczali Polskę w struktury UE? Przecież gospodarka UE jest daleka nie tylko od zasad liberalnych, lecz także od zasad bardzo nawet ograniczonej gospodarki wolnorynkowej. Dopłaty, kwoty produkcyjne, kontrola handlu, podział rynków zbytu, wszechobecna biurokracja itd. to odwzorowywanie przez UE gospodarki nakazowo-rozdzielczej realnego socjalizmu. Entuzjazm wobec UE demaskuje fałsz takiego liberalizmu inaczej. Jak dotychczas, w "Głosie" liberałowie robili najczęściej za czarnego luda, winnego wszelkim niepowodzeniom okresu "transformacji" ustrojowej. Być może artykuł Sokołowskiego jest zwiastunem lepszych czasów, w których to gazeta zacznie trafniej identyfikować nurt polityczny odpowiedzialny za obecną sytuację kraju. Tym nurtem jest stary, (nie)poczciwy socjalizm, o czym akurat Czytelnikom "Opcji" przypominać nie trzeba.
***
Tomasz P. Terlikowski opisuje we "Frondzie" (nr 32) poglądy intelektualnej i ideowej mamusi dzisiejszych feministek, tj. rosyjskiej komunistki Aleksandry Kołłontaj, autorki m.in. dzieła pod sugestywnym tytułem Autobiografia seksualnie wyzwolonej komunistki. Warto podkreślić zwłaszcza ewidentną zbieżność tez Kołłontaj z wypowiedziami naszych rodzimych sufrażystek i publicystyką mojej ulubionej "Zadry". Terlikowski pisze bowiem: Wyzwolenie kobiet pojmowane jest przez Kołłontaj niezwykle prosto, jako zwycięstwo nad największym wrogiem każdej kobiety, to jest nad tradycyjną moralnością seksualną, wymyśloną [...] przez mężczyzn do zniewolenia kobiet, oraz nad normalnym małżeństwem. Co ma je zastąpić? Nowa moralność komunistyczna, w której kobieta będzie żyła według "swojej własnej woli" i w zgodzie z własną naturą. Wymaga to jednak nie tylko wyzwolenia się z okowów małżeństwa, ale nawet z jakichkolwiek zniewoleń związanych z miłością i przywiązaniem do jednego mężczyzny. Miłość, przywiązanie czy zwyczajne pożądanie zaślepia umysł kobiety, uniemożliwia jej pełną samoakceptację i rozwój. Dlatego uczucia takie powinny zostać wyrzucone z umysłu "nowego człowieka". "Naszym głównym błędem (mowa o kobietach wychowanych w tradycyjnej moralności europejskiej) jest wiara w to, że ostatecznie znajdziemy jednego i jedynego mężczyznę, którego będziemy kochać" ? podkreśla sowiecka feministka. Miłość, jako cel i sens związków międzyludzkich czy wręcz samego życia, powinna odejść w przeszłość. "To nie miłość jest celem życia, ale praca" ? jasno stwierdza Kołłontaj. Wyzwalając się zaś z takich przestarzałych pojęć, kobieta staje się wolna... wolna do pracy na rzecz rewolucji, przyszłych pokoleń i seksualnego wyzwolenia. Przypomina się tutaj Staremu Liberałowi zasłyszane onegdaj powiedzonko, że dla komunofeministek typu Kołłontaj wyzwoleniem kobiet jest ich "kolektywna eksploatacja przez klasę robotniczą".
***
Tygodnik "Forum" (nr 18/2004) przedrukowuje artykuł niejakiego Ludwiga Hasslera, ze szwajcarskiego tygodnika "Die Weltwoche", poświęcony aktualności myśli marksowskiej we współczesnej rzeczywistości. Według autora, teorie Karola Marksa po 1989 roku wyrzucone ze wstrętem na śmietnik historii, wracają dziś na sztandarach antyglobalistów. Wzgardzony i wyszydzany, Karol Marks pozostaje najbłyskotliwszym krytykiem kapitalizmu, a jego proroctwa dopiero dziś spełniają się na naszych oczach [...] To, co Marks krytykował jako zagarnianie "wartości dodanej", dopiero dzisiaj rozkwita w całej okazałości, by przypomnieć tu choćby pęd członków zarządów spółek do maksymalizacji zysków, rozbuchane przywileje menedżerów czy machinacje przy przejmowaniu firm. To, co Marks nazywał "wkraczaniem ekonomii do wszystkich dziedzin życia", osiąga pełnię na naszych oczach ? wystarczy wspomnieć komercjalizację czasu wolnego, kultury, przeżyć, a nawet życia intymnego. To, co piętnował jako "opium dla ludu", przeżywa właśnie renesans (fundamentalizm, ezoteryka, łaknienie pociechy psychologicznej). To, czego oczekiwał od intelektualistów ? bezwzględne obnażanie zamysłów władców tego świata ? należy praktycznie do przeszłości, skoro nauka radośnie afirmuje zachodzące zmiany, pesymiści są przedmiotem drwiny, a wszędzie dominuje radosna apologia istniejącego porządku. Dlaczego rzeczony artykuł, usiłujący rewitalizować skompromitowane intelektualnie koncepcje (jak chociażby "teorię" wartości dodanej), wydaje się istotny? Otóż unaocznia on strategię marksistów, postmarsksistów czy też neomarksistów, pozwalającą im na niewyrzekanie się dziedzictwa "brodatego mędrca z Trewiru". Mówią oni bowiem następująco: może i Marks mylił się w swoich przekonaniach sto kilkadziesiąt lat temu, stawiał nieprawdziwe diagnozy, forsował fałszywe teorie; za to w dniu dzisiejszym okazało się, że Marks miał stuprocentową rację jako futurolog, a jego pisma mają niezwykłą wartość prognostyczną. Oczywiście, takie teoryjki spadkobierców marksizmu są niewiele warte, ale stanowią dość sprytny wybieg, dzięki któremu mogą oni nadal, pomimo ewidentnego bankructwa wyznawanej przez dziesięciolecia ideologii, chodzić w promieniach sławy, pławić się w glorii chwały i nadal nazywać się "intelektualistami". Nawiasem mówiąc, losy tego ostatniego słowa dowodzą, że etymologia nie zawsze jest pomocna przy ustalaniu znaczenia poszczególnych wyrazów.
***
I na koniec coś lżejszego. W kwartalniku monarchistów "Pro Fide, Rege Et Lege" (nr 48) Mirosław Salwowski ubolewa nad dominacją bezwstydu na polskich ulicach i plażach. Autor podkreśla, że w myśl katolickiej teologii moralnej, pewne części ciała, głównie ramiona, nogi, plecy, klatka piersiowa, brzuch są mniej skromne, ponieważ z doświadczenia wiadomo, że spojrzenia na nie łatwiej pobudzają pożądliwość, niż widok dłoni czy twarzy. W związku z tym Salwowski proponuje wzorowanie kobiecych strojów na modzie wczesnego chrześcijańskiego Średniowiecza, kiedy to typowym strojem niewiasty była długa suknia, w całości zakrywająca nogi, ramiona i ręce, w tym bez dekoltu, o kroju nie przylegającym do ciała. Kobiece włosy (też w jakimś stopniu zmysłowe) były zazwyczaj okryte welonem. Uff, niektórzy ludzie muszą naprawdę czuć się strasznie w XXI wieku.
Stary liberał
Wyświetlony 6155 razy

Więcej w tej kategorii: « Dziesięć pytań ADAM »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.