piątek, 24 wrzesień 2010 12:35

Mniejsze zło

Napisane przez

W różnych sytuacjach życiowych spotykamy się z koniecznością dokonywania wyborów, można by rzec, iż samo życie jest sztuką wyborów (właściwych, optymalnych). Również w sferze politycznej zmuszeni jesteśmy ich dokonywać. Przy okazji wyborów parlamentarnych czy prezydenckich kierujemy się sympatiami politycznymi względem partii i oferowanych nam przez nie kandydatów. W trakcie głosowania staramy się podejmować decyzje, według naszego rozeznania, najlepsze, najsłuszniejsze. Jednak podczas wypełniania tego obywatelskiego obowiązku zdarzają się sytuacje, gdy żaden z przedstawionych nam do wyboru kandydatów nas nie satysfakcjonuje. Chcąc dokonać wyboru, posługujemy się wówczas uzasadnieniem naszej decyzji, że oto wybieramy - "mniejsze zło".

Niejako pod presją konieczności dokonania jakiegoś wyboru, a jednocześnie świadomi niemożności znalezienia dobrego rozwiązania, kreujemy moralny kompromis, akceptując zło, tyle tylko że dla uspokojenia naszego sumienia określamy je jako mniejsze.
W roku 2004 polityczne wybory dokonywane będą w różnych krajach, m.in. w Rosji i USA. O ile w Rosji wynik wyborów prezydenckich był łatwy do przewidzenia (choćby dlatego, że ich demokracja wolna jest od balastu liberalno-poprawnościowego), o tyle w USA stanowi wielką niewiadomą. A jest on tym istotniejszy, że dotyczy mocarstwa ? hegemona światowego. Obecnie urzędujący prezydent USA ? George W. Bush wygrał poprzednie wybory dość problematycznie. Było to o tyle zaskakujące, że jego kontrkandydat ? Al Gore swoją pozycję zawdzięczał zgniłkowi moralnemu, jakim był uprzednio panujący prezydent, Bill Clinton i przy wsparciu takiej postaci teoretycznie nie powinien mieć żadnych szans. Bush cieszył się natomiast opinią teksańskiego prostaczka, mało obeznanego w polityce, zwłaszcza międzynarodowej. W czasie trwania wyborów obydwaj kandydaci wydawali się nieodpowiedni na stanowisko prezydenta mocarstwa. Jednak system demokratyczny w wydaniu amerykańskim nie dawał innej szansy swoim obywatelom, żadnej innej możliwości realnego wyboru. Taki stan rzeczy gwarantuje system praktycznie dwupartyjny oraz liczące się głosy ? nie tylko obywateli, ale i elektorów. Ostatecznie więc głosujący mieli tylko dwóch kandydatów i to obydwu nie najwyższej próby (zwłaszcza jak na stanowisko prezydenta supermocarstwa). Zostali więc postawieni w sytuacji wybierania "mniejszego zła".
I społeczeństwo wybrało. Kolejne wybory z udziałem urzędującego prezydenta należy rozpatrywać pod kątem wydarzeń z okresu mijającej kadencji oraz image'u kontrkandydata. Najbardziej znaczącymi akcentami kadencji Busha okazały się: wojna z terroryzmem i wojna z Irakiem. Jednak same zagadnienia węzłowe prezydentury nie dają pełnego obrazu mijającej kadencji. Istotne jest ? skąd się one wzięły.
Nie stanowi żadnej rewelacji stwierdzenie, że Bush w trakcie swej prezydentury oparł się o tzw. neokonserwatystów. Należy więc wyjaśnić sobie, kim są amerykańscy neokonserwatyści. Pierwsza generacja wywodziła się spośród byłych liberałów, socjalistów i trockistów, którzy po rewolucji McGoverna zakotwiczyli się w GOP-ie (Grand Old Party, XIX-wieczna nazwa Partii Republikańskiej ? przyp. K.M.) po długim marszu konserwatystów do władzy z Ronaldem Reaganem w 1980 r.1 Tak więc jednym z ich wyróżników jest łatwość w dokonywaniu przepoczwarzeń ideowych. Natomiast zgodnie z doktryną jednego z nich ? Michaela Ledeena: Co dziesięć lat Stany Zjednoczone powinny rzucić o ścianę byle jakim gównianym państewkiem, żeby wiedziano, kto rządzi2. Tak więc kolejną cechą charakterystyczną otoczenia Busha jest agresywność. Czy coś jeszcze szczególnego wyróżnia grupę najbliższych współpracowników urzędującego prezydenta? Według prof. Stanleya Hoffmana z Harvardu, stanowią oni Luźny zbiór przyjaciół Izraela, którzy wierzą w identyczność interesów żydowskiego państwa i Stanów Zjednoczonych. Analitycy ci oceniają politykę zagraniczną na podstawie tego, czy dana decyzja jest dobra, czy zła dla Izraela3. Natomiast według Maxa Boota z "Wall Street Journal" ? żarliwe przywiązanie do Izraela jest nieodłącznym elementem neokonserwatyzmu4. W swym żarliwym przywiązaniu doradcy posunęli się jeszcze dalej: (...) Bush dostał ostrzeżenie: jeśli będzie popychać Izrael do wymiany ziemi na pokój, w co wierzył jego ojciec i Icchak Rabin, to tak samo jak ojciec zostanie okrzyknięty antysemitą i sprzedawczykiem w stylu monachijskim5.
Nie dziwi więc określenie Pata Buchanana, odnoszące się do obecnej polityki amerykańskiej: Jeden kraj, jeden lider, jedna partia ? Izrael, Szaron, Likud6. Przekształcenie polityki amerykańskiej (supermocarstwa) w narzędzie polityki Izraela musiało doprowadzić do agresji. Plan Partii Wojny był przygotowany na długo przed 11 września7 ? na co w swym artykule Buchanan przytoczył dowody. Ale ten plan nie ograniczał się tylko do wojny z enigmatycznym terroryzmem czy Irakiem. Na liście celów do zniszczenia przez siły amerykańskie na Bliskim Wschodzie, wysuniętej przez Podhoretza, Bennetta, Ledeena, Netanyahu i "Wall Street Journal" znalazły się: Algeria, Libia, Egipt, Sudan, Liban, Syria, Irak, Arabia Saudyjska, Iran, Hezbollach, Hamas, Autonomia Palestyńska i "wojujący islam8.
Niesamodzielność polityki amerykańskiej i płynące stąd zagrożenia dla USA zmusiły Buchanana do ostrej wypowiedzi. Ze względu na wagę tych słów oraz osobę autora ? Amerykanina, publicysty, polityka warto ją przytoczyć: Twierdzimy, że klika polemistów i osób pełniących publiczne stanowiska zmierza do wciągnięcia naszego kraju w serię wojen nie leżących w interesie Ameryki. Oskarżamy ich o zmowę z Izraelem w sprawie rozpętania tych wojen i zniszczenia porozumień z Oslo. Oskarżamy ich o umyślne niszczenie stosunków USA z każdym arabskim państwem, które buntuje się przeciw Izraelowi lub popiera prawo Palestyńczyków do własnego państwa.
Oskarżamy ich o alienację przyjaciół i sprzymierzeńców z całego świata islamskiego i zachodniego poprzez arogancję, wojowniczość i bezpodstawne zarzuty.
Ameryka nigdy nie była tak odizolowana od starych przyjaciół jak teraz. Co gorsza prezydent Bush jest wciągany w pułapkę zastawioną przez neokonserwatystów. Może nie tylko stracić urząd, lecz zaprzepaścić lata pokoju wypracowane w wyniku wyrzeczeń dwóch generacji w czasie zimnej wojny
9.
Po takiej charakterystyce polityki amerykańskiej za prezydentury Busha obecni sojusznicy USA muszą zdać sobie sprawę, na co się decydują, popierając choćby "tylko" wojnę w Iraku. Czy biorą pod uwagę możliwość całej serii wojen, w których trzeba będzie wspierać swoimi wojskami Wielkiego Brata? Czy swoją politykę godzą się podporządkować interesom Izraela i dla "świętego" spokoju przystać na roszczenia majątkowe środowisk żydowskich? Takie m.in. pytania stają przed nami i naszymi rodakami osiadłymi w USA. Być może, podobne wątpliwości będą towarzyszyć rdzennym Amerykanom w dniu wyborów prezydenckich. Jeżeli jednak odrzucą Busha, to czy istnieje pewność, że wybór kandydata z Partii Demokratycznej będzie trafny?

(?)

____________
1 Za Patem Buchananem ? "Whose war?" w: "The American Conservative".
2-7 Op. cit.
8 Op. cit.
9 Op. cit.

Kazimierz Murasiewicz
Wyświetlony 4786 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.