Wydrukuj tę stronę
piątek, 24 wrzesień 2010 12:37

Afrykańskie obrazki

Napisane przez

Bajka afrykańska
Czy ktoś kiedyś widział Hipcia, który wyszedł z wody za potrzebą? Jeśli tak, to na pewno zauważył coś dziwnego. Otóż każdy hipopotam w TYM momencie robi ogonem wiatraczek i TO rozlatuje się wszędzie dookoła. Nastąpi teraz afrykańska bajka, która tłumaczy dziwne zachowanie Hipcia w TYM momencie.
Dawno, dawno temu Pan Bóg stworzył ten świat. Gwiazdy, rośliny, krowy, hipopotamy i wszystko inne. Specjalnie wyszczególniłem krowy i hipcie, bo na początku były one bardzo podobne. Pasły się bowiem razem na łąkach i zajadały trawę. Hipcio to była po prostu cięższa wersja krowy. No i Hipcia nie dawało się wydoić.
Po pewnym czasie Hipcio poszedł do Pana Boga z zastrzeżeniami do dzieła stworzenia: "Panie Boże, coś tu się kupy nie trzyma. Taką mi dałeś grubą skórę i umieściłeś w gorącej Afryce! Dlaczego tak? Czy ja bym nie mógł zamieszkać w wodzie? Nawet nie w morzu, ale tu, w okolicznych bajorkach. Pojadłbym se trawy, a potem schłodził w bajorku. Co Ty na to?".


Pan Bóg się chwilkę zastanowił i odpowiedział mniej więcej tak: "Nie ma mowy! Wyjesz mi wszystkie ryby!".
Hipcio zaprotestował żywo: "Obiecuję nie tknąć ani jednej rybki! Słowo honoru! Nie proszę o zmianę diety, ale o zmianę systemu chłodzenia tylko!". "Więc dobrze ? Pan Bóg odpowiedział powoli ? pierwsza wpadka z najmniejszą choćby rybką i przenosisz się z powrotem na łąkę!".
"Zgoda!!! Dziękuję!" ? krzyknął hipcio i pobiegł w kierunku najbliższej kałuży. I od tego czasu, zawsze, kiedy hipopotam wychodzi z wody za potrzebą, rozrzuca TO własnym ogonem w promieniu wielu metrów i krzyczy uśmiechnięty do Pana Boga: "Widzisz?! Ani jednej rybiej ości! Widzisz?!".

Latający wąż
Dziś z wnuczką naszej babci-nauczycielki rysowaliśmy sobie na zmianę. Problem polegał na tym, że rysunki trzeba było podpisać po sindebelsku. Szło nawet nieźle, dopóki nie narysowałem ptaka.
Podpisałem. A dziecko się patrzy. To se myślę: ptak musi być w locie, a nie na gałęzi. I nasmarowałem ptaszysko w locie. A dziecko patrzy.
? Co???!!! ? pytam grzecznie dziewczątko.
? Co to jest?
? To jest ptak! ? tłumaczę po angielsku.
? To dlaczego podpisałeś "wąż"?
? ??? A czemu Ty, dziecko, jeszcze nie śpisz???!!!

Mpini
? czyli zmiana perspektywy. Bo dotychczas oglądaliśmy Afrykę ? można uogólnić ciut ? w skali makro. I oto nadszedł czas na skalę mikro.
Mpini to niewielka wioska, trochę z boku Mpini stoi mały pokoiko-domek. Gdyby ktoś tu zaglądnął, to by zobaczył: łóżko, kalendarz z zeszłego roku i mnie piszącego te słowa. Nie ma tu gniazdek z prądem. Nie ma kranów z wodą. Nic tu właściwie nie ma. Mieszkam w obejściu miłej rodzinki. Trzeba wytłumaczyć: dom w buszu składa się właściwie z kilku domków ? jeden to kuchnia, w następnym może mieszkać ciotka Hela, a w jeszcze następnym dziadek z babcią. Albo ja. W Polsce by to był jeden dom z pokojami. A tu właściwie każdy jednopokojowy domek to następny pokój tego samego domu Mam tu doskonalić mój język ndebele, o którym było w ostatnim odcinku... Będąc tutaj, oprócz szlifowania języka nauczyłem się wielu innych rzeczy.
Wreszcie wiem, co się robi wieczorami na wsi bez prądu. Jak słońce zajdzie (o 18 jest ciemno jak o północy), cała rodzina zbiera się w kuchni (taki mały, okrągły domek, bez okna i bez komina), na środku pali się ognisko, na ognisku gotuje się jedyny posiłek w ciągu dnia. Siedzimy na podłodze i wcinamy radośnie (co dzień to samo). O gustach się nie dyskutuje, ale nie wiem, kiedy się przyzwyczaję do tych dziwacznych smaków. Potem smaczna herbatka z kozim mlekiem. Dzieciaki wskakują do balii (ja wskoczę rano, bo w nocy już zimno bardzo, no w końcu tu się zaczyna zima). Pomodlimy się na koniec. Pobłogosławię towarzystwo.
I godz. 21. Siedzę w moim pokoiko-domku, piszę przy świeczce. A oczy wciąż szczypią od dymu.

Wielki Wóz
Ale się szło! Już od godziny. Co chwilę sprawdzam, czy jeszcze istnieję. W szkole, pamiętam, uczyli, że w większości jestem wodą. A woda paruje! Gorąco... Bardzo gorąco.
Cały ten busz to jedno wielkie skrzyżowanie. Dróżki, ścieżki i ścieżynki krzyżują się wszędzie, we wszystkich kierunkach i na wszystkie możliwe sposoby. A my ciągle idziemy. Po drodze się dużo nie gada. Mam czas się zastanowić, czy wypiłbym wiadro zimnej wody. Po głębokim namyśle dochodzę do wniosku, że bym wypił. A nawet bym zjadł takie orzeźwiająco zimne wiaderko.
Potem się dowiedziałem, że to droga do Bulawayo. Cztery dni trzeba iść. Pewnie jest to też droga do Gdańska. Cztery lata trzeba iść. A my w końcu doszliśmy. Po dwóch godzinach. Odprawiłem Mszę (muchy nas prawie zjadły). Ale krótką, bo trzeba się streszczać. Musimy wrócić przed nocą, która tu się zaczyna o 18.
Więc wracamy. Ale gwiazdy! Garściami by je z nieba rwać. To właściwie nie są pojedyncze gwiazdy, ale gwiazdowe zachmurzenie jakieś. Świecą już nisko, między drzewami. Efekt nieopisywalny. Niestety, nie da się długo pogapić, bo zimno w nocy okrutnie (nie ma to wtedy, jak posiedzieć w kuchni, przy ognisku). Ale z tego piękna to mi problem wylazł (może to czyta jakiś profesjonalista od spraw gwiazd): kiedy się tak gapiłem zachwycony, nisko nad horyzontem zobaczyłem Wielki Wóz! Do góry kołami ? ale Wielki Wóz, jak z Sulęczyna albo Bieszczad. No i teraz nie wiem, czy to z tęsknoty za północnymi gwiazdami go zobaczyłem, czy może
rzeczywiście zajeżdża na tę stronę też? Odwrotnie, po afrykańsku, do góry nogami (kołami).
W śpiworek i spać! Rano się obudziłem i jak tu do kuchni się nie przejść z rana? Ledwo na oczy widzę, bo zaspane i dym z ogniska. Ale widzę, że mama (mama to też znaczy tu "pani") coś smaży. Wygląda jak groch. Groch smażony?
? Kawę ci robię!
Z radości serce mi stanęło na chwilę. Kawa, kawusia! Ja już tyle dni na głodzie... Potem mama te smażone fasolki utłukła w wielkim drewnianym moździerzu. Wypiłem szczęśliwy. Nie smakowało jak neskafe czy inny dżakobs, ale w "Pożegnaniu z Afryką" powinno zaistnieć jako KAWA Z MPINI.

Prawo jazdy
Miejscowy element przestępczy mnie namierzył i w całkiem niezwykłym stylu pozbawił mnie własności. Nie przyszedł, rzeczony element z bejzbolem i nie wyrwał torby. Ale odegrał sztukę pod roboczym tytułem: "Biały potrąciwszy czarnego nie dziwi się, że natychmiast robi się zbiegowisko i zupełnie nie podejrzewa, że jednocześnie ze wzrostem popularności biały traci na wartości". Straciłem dokumenty, więc poszedłem na posterunek policji. I tu bym mógł się rozpisać! Szok i zdumienie.

(?)
Maciej Malicki SVD
Wyświetlony 5807 razy
Maciej Malicki SVD

Najnowsze od Maciej Malicki SVD

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.