piątek, 24 wrzesień 2010 12:42

Z okazji 60-lecia Kongresu Polonii Amerykańskiej

Napisała

Rozmowa z Wojciechem Wierzewskim - przewodniczącym Komisji Polskiej Kongresu Polonii Amerykańskiej, redaktorem naczelnym dwutygodnika "Zgoda", byłym uczestnikiem dialogu polsko-żydowskiego.

Wydaje się, że rządowi polskiemu powinno zależeć na jak najlepszym ułożeniu i utrzymywaniu dobrych stosunków z KPA. Czy tak rzeczywiście ułożyły się te kontakty między władzami III Rzeczypospolitej a Kongresem Polonii Amerykańskiej w ostatnim 15-leciu?
? Tak, myślę, że nowym władzom III Rzeczypospolitej, zwłaszcza na wstępie, z pewnością zależało na odnowieniu i ustanowieniu realnych kontaktów roboczych z Polonią amerykańską, a tym samym także i z kierownictwem Kongresu Polonii Amerykańskiej. Tego domagały się same zmiany polityczne w kraju po wyborach czerwcowych w 1989 r. Przypomnę jednak, że pierwszy ruch zrobił Kongres i jego ówczesny prezes, p. Edward Moskal, który przybył do Warszawy, już jesienią 1989 r. z "misją rozpoznawczą", z dużą delegacją swoich zaufanych ludzi dla nawiązania kontaktów z nową Polską i jej demokratycznymi władzami.
Wszystko to dość dokładnie sam pamiętam, bo działo się to tutaj na moich oczach. Było naprawdę wiele szczerych emocji i entuzjazmu, że żyjemy w takich czasach, kiedy upadł mur wybudowany przez "zimną wojnę" i "żelazną kurtynę" pomiędzy Polakami w USA a naszymi rodakami w kraju. Wcześniej wręcz obowiązywała zasada, że za "żelazną kurtynę" nie wolno jeździć ani nawiązywać kontaktów, zwłaszcza na szczeblu rządowym, bo było to sprzeczne z zasadami KPA, jako organizacji antyreżimowej i antykomunistycznej.
Teraz już konkretnie: widziałem, jak gorąco witano w Chicago premiera Mazowieckiego i jego ekipę, kiedy przyjechał po raz pierwszy do Stanów Zjednoczonych. Były szczere rozmowy, deklaracje na miarę chwili, wspólne wystąpienia na wiecach publicznych, atmosfera jedności spraw i interesów. Potem goszczony był przez Kongres i jego władze premier Olszewski, nie mówiąc o wręcz euforycznym przyjęciu, jaki zgotowano Lechowi Wałęsie podczas jego pierwszej bytności w Stanach, w Waszyngtonie, a potem w Chicago. Troszczono się o Lecha do tego stopnia, że przed jego przemówieniem na wielkim wiecu w śródmieściu, a była to już u nas chłodna jesień, ludzie prezesa Moskala pojechali z nim do domów towarowych, aby mu kupić ciepłą kurtkę, jakiej nie miał, i wyposażyć go w osobiste akcesoria na tutejszą zimną aurę. To o czymś chyba mówi... W tym czasie toczyła się wciąż bardzo intensywna akcja pomocy Polsce, o którą prosił Lech Wałęsa poprzedniego prezesa KPA, Alojzego Mazewskiego. Zbierano nie tylko używane ubrania, suknie damskie i buty, ale nawet książki "dla biednej Polski". Oczywiście, obok tego szły realnie setki kontenerów ze sprzętem medycznym i lekarstwami, odżywkami dla dzieci, nawet ze specjalnym ziarnem siewnym. Kiedy przywódcy KPA i liderzy nowej Polski rozmawiali w cztery oczy, a ten czas wtedy właśnie nadszedł, robiło się potem doprawdy wszystko, aby dać im to, o co prosili. Władze III Rzeczypospolitej miały za co być wdzięczne, i dlatego prezes Edward Moskal i grono jego współpracowników rychło otrzymali b. wysokie odznaczenia w Belwederze, co było znów kolejnym, wielkim politycznym precedensem.
Zaproszenia na Zjazdy Polaków i Polonii Świata (pierwszy odbył się w Krakowie, w sierpniu 1992 r., następny dopiero w 10 lat później w Pułtusku) to całkowicie odrębny rozdział, który wymagałby doprawdy szerokiego omówienia. Przede wszystkim Kongres nie był tu jedynym adresatem, zaproszono wtedy dziesiątki organizacji i setki osób. Wiązało się to ze zrozumiałą, szeroko zaplanowaną inicjatywą władz Rzeczypospolitej, aby jak w czasach międzywojennych ("Światpol") odzyskać centralny wpływ na wszystkie środowiska emigracyjne, związać je bliżej z Warszawą ? i poniekąd ograniczyć, jeśli nie wyeliminować, pośrednictwo starych organizacji polonijnych. Taką rolę dano "Wspólnocie Polskiej" i prezesowi Andrzejowi Stelmachowskiemu, i rzecz oczywista, że duże organizacje, brytyjskie czy amerykańskie postawiły z miejsca twarde veto. Uznały, że nie wolno odbierać niepodległościowym Poloniom ich wewnętrznej autonomii i sztandarów, pod którymi przez dziesięciolecia skupiały olbrzymią ilościowo polityczną emigrację. Dalszy bieg zdarzeń w Polsce absolutnie potwierdził słuszność ich intuicyjnej reakcji, a tym samym wpłynął na zachowanie Rady Koordynacyjnej Polonii Wolnego Świata, która miała się w Krakowie rozwiązać, a choć nowa Rada Polonii Świata nie odgrywała już potem takiej roli jak po Zjeździe w Toronto (w roku 1978), kiedy rzeczywiście planowała ona i prowadziła wielkie inicjatywy na wielu kontynentach, stanowiła bodaj teoretyczną "opozycję" wobec tego, co rozwijał stopniowo w latach 90. nowy MSZ, idąc coraz bardziej w stronę konfrontacji z liderami i organizacjami Polonii Zachodu, które z czasem przestały ślepo i emocjonalnie przyklaskiwać kolejnym ekipom rządzącym w Polsce, a zaczęły otwarcie ich decyzje i rozwiązania, u siebie na emigracji, krytykować...

Czy zaproszenia rządu w stosunku do KPA nie wypływały też z wdzięczności za załatwienie wejścia do NATO i ogromną pomoc dla Polski, idąca w miliony dolarów, po kolejnych powodziach?
Rozstrzygającą rolę Kongresu Polonii Amerykańskiej we wprowadzeniu Polski do Paktu Północnoatlantyckiego ówczesne władze III Rzeczypospolitej całkowicie rozumiały i doceniały. Kongres zachował telegramy jakie, nadsyłał minister spraw zagranicznych Geremek, szablę ułańską z wyrytą na niej dedykacją dla prezesa Moskala i zbroję rycerską podarowaną mu przez premiera Buzka... Ale potem wzajemne stosunki uległy, niestety, pogorszeniu, a pamięć o wielkiej pomocy, jaką Kongres świadczył wciąż na rzecz nowej Polski, ulegała zaciemnieniu i wręcz, w końcu, zatarciu, choć po dzień dzisiejszy ta pomoc trwa i istnieje. Kto wie o tym w Polsce?

Mimo że w Polsce działalność KPA jest mało znana (szczególnie wśród młodego pokolenia), wielu ludziom znany jest za to tzw. antysemita zza oceanu, jak przedstawia się chętnie prezesa Edwarda J. Moskala...
Dotknęła pani bardzo istotnego i newralgicznego punktu relacji KPA z III Rzeczpospolitą. W pierwszych latach stosunki były otwarte, wylewne i niemal euforyczne. Obie strony obiecywały sobie bardzo wiele po otwarciu wrót współpracy. Dla działaczy Kongresu podłożem była nieopisana radość i satysfakcja, że za ich życia doszło do przemian w Polsce, upadku komunizmu, nowej demokracji. Dla kół rządowych w kraju liczyły się ogromne fundusze amerykańskie, w których załatwianiu pośredniczył wtedy, niezwykle skutecznie, prezes Moskal i jego ekipa z Kongresu Polonii Amerykańskiej. Kiedy jednak ten sam prezes zaczął otwarcie krytykować posunięcia warszawskiego rządu i jego plany, często faworyzujące zbyt jawnie interesy tylko jednej grupy etnicznej w Polsce, specjalne względy dla organizacji jednego tylko pochodzenia, postanowiono krytykę ostro "obciąć". Myślę, że za radą doświadczonych kół, załatwiono to tym samym co zawsze obuchem, nazywając przywódcę KPA ? "antysemitą".
W Ameryce ten chwyt określa się mianem "pocałunku śmierci", czyli skreśleniem wciąż żywego delikwenta z listy liczących się partnerów. Ten ktoś jest po tym "skończony". To zrozumiałe, że w Polsce określonym kręgom taka technika "odstrzału" grubych ryb bardzo była na rękę, bo do niedawna tak pomocny i wpływowy, wręcz hołubiony przez władze i środowiska III Rzeczypospolitej (medale, nagrody, honorowe obywatelstwa, doktoraty honoris causa) prezes Moskal został jednym tylko, enigmatycznym i symbolicznym epitetem "skreślony z listy partnerów ". Jak bezsensowne jest to rozwiązanie, dyktowane li tylko przez pokrętną strategię "poprawności politycznej" i cele jej ideologów, pozostawiam inteligencji krajowych Czytelników.

Przez niektórych "wtajemniczonych" KPA uważany jest za właściwego fundatora "Gazety Wyborczej" od pierwszych kroków jej powstania. Czy znany jest Panu udział Kongresu w tej mierze?
Tak, to jeden z tych epizodów barwnej i burzliwej epoki po roku 1989, który będzie przyszłych badaczy skłaniał do wstrząsającej refleksji nad nieobliczalnością kroków podejmowanych z absolutnie dobrej woli, skutków pozytywnych rekomendacji na rzecz "demokratycznych przemian w kraju", czynionych przez Polonię w Ameryce, w najszlachetniejszych intencjach. Pamiętam chwilę, kiedy z tą właśnie rewelacją przybył do nas, przed zaledwie paru laty, pewien znany polski reporter, i przedstawił ją prezesowi Edwardowi Moskalowi, który tej wersji zdarzeń kategorycznie zaprzeczył. Aliści, w dokumentacji Departamentu Stanu i akcji podejmowanych w tamtej przejściowej epoce na rzecz "procesu demokratyzacji w Europie Wschodniej i Środkowej", istnieje w Internecie dokument, który wyraźnie stwierdza, że Kongres Polonii Amerykańskiej i jego przywódcy podpisali się pod ideą skierowania 1 miliona dolarów na rozwój niezależnej prasy w Polsce. Któż by wtedy odmówił środków "niezależnej prasie", jeszcze w obliczu nadchodzących wyborów? Trzeba było mieć nie wiem jaką dalekowzroczność i dar przepowiadania dalszej historii, aby przewidzieć, że środki na ten cel trafią akurat w ręce "Gazety Wyborczej" i jej redaktora, Adama Michnika. Dodam tylko, post factum, że wiedząc doskonale, komu swe istnienie zawdzięczali, zarówno "Gazeta", jak i jej redaktor naczelny hojnie "odwdzięczali się" przez długie lata prezesowi Moskalowi i KPA, przodując w wyjątkowo złośliwej nagonce przeciwko temu "polonijnemu antysemicie" i "Ku-Klux-Klanowi" (dosłownie!).

(?)
Rozmawiała Natalia Dueholm
Wyświetlony 4895 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.