sobota, 02 październik 2010 12:47

Własne państwo zaborcze?

Napisane przez

Po kilkunastu latach przemian po 1989 roku dorobiliśmy się państwa w istocie dość karykaturalnego. Nie dość, że po wyborach 4 czerwca 89 roku dokonała się, wbrew woli obywateli, w ukryciu przed społeczeństwem, fuzja "elit" dawnej władzy PRL i części byłej opozycji, aspirującej do nowej władzy, fuzja przygotowana wcześniej przy okrągłym stole; nie dość, że nie odbyła się rewolucja, nawet najłagodniejsza i w cudzysłowie, a propagandowa ewolucja musiała być, siłą rzeczy, ewolucją PRL-u; nie dość, że zmiany były kosmetyczne, a przecież po komunizmie należało dokonać zmian gruntownych w całej strukturze państwa, przywracając mu pozytywną wartość i treść po obcym systemie sowieckim; to na domiar złego państwo to nie jest żadną emanacją woli i organizacji obywateli, lecz staje się obcym ciałem, pozorującym działanie własnego państwa i coraz częściej zwraca się w istocie przeciw obywatelom, którzy mają o nim stanowić- nie dla samego państwa ani dla partykularnych interesów - lecz dla dobra wspólnego.

 

Jak pamiętamy, nowe władze III RP nie tylko nie próbowały odsunąć, choćby politycznie "elit" PRL od władzy, ale raczej asekurowały ich przejście w nowy system państwowy, chroniły ich przetrwanie i uwłaszczenie, a wszystkie głosy o dekomunizacji traktowano ? że przypomnę ? jako dowody nienawiści, zemsty, nietolerancji. Ochroniono w ten sposób, jeśli nie całą strukturę PRL, to przynajmniej jej "nomenklaturę" i potomstwo, zapewniając jej płynne przejście na różne poziomy władzy III RP. Pamiętamy, jak nowe władze propagowały dawnych "fachowców", bez których państwo rzekomo nie mogło się obyć, a przecież jeśli byli fachowcami, to chyba od spraw PRL. Pamiętamy, jak to nowi szefowie wielu urzędów i instytucji rozpoczynali swe urzędowanie od zapewnienia, że "profesjonaliści" będą docenieni i nie będą zwalniani. Szef ówczesnego Komitetu Radia i Telewizji posunął się nawet do stwierdzenia, że nie będzie usuwał dawnych fachowców w imię wartości chrześcijańskich. Prezydent Wałęsa apelował, by "brać sprawy we własne ręce", jednakże przy niezmienionych strukturach i instytucjach ludzie, którzy poważnie potraktowali taką zachętę, byli skazani z góry na porażkę, mało tego, byli szybko eliminowani z gry o uczciwe państwo.
Chore początki III RP, komplikujące się coraz bardziej przy kolejnych wyborach, mszczą się na każdym etapie przemian w ciągu tych kilkunastu lat, a eksplodują niewątpliwie w konfrontacji z Unią Europejską, do której nie jesteśmy w żaden sposób przygotowani. Jeśli dziś mówi się już otwarcie o potrzebie "sanacji" III RP, mówią to często ci, co dziesięć lat temu nazywali oszołomami wszystkich, którzy śmieli wyrażać się krytycznie o początkach III RP. Dziś najbardziej oburzeni stanem Rzeczpospolitej są ci, co nie dopuszczali wcześniej krytycznej myśli o tych zjawiskach, które teraz skumulowały się tak, że trudno już je ukryć. Prawdziwa sanacja była potrzebna już w 1990 roku, a dziś jesteśmy (poniekąd) zdani na łaskę UE i Opatrzności.
Państwo, które powstawało w III RP, okazało się raczej kontynuacją PRL, tyle że pod nowymi hasłami demokratycznymi i liberalnymi, co oznaczało w rezultacie dopuszczenie do zdobywania coraz większej władzy przez nowe grupy interesu, z których najsilniejszy okazał się dawny aparat państwowy i partyjny PRL. Symboliczna data wyborów 4 czerwca 1989 roku mogła się stać przełomem, w którym faktycznie odrzucono system PRL. Ale tak się nie stało, nie respektowano właściwie wyników tych wyborów w dalszym tworzeniu nowego państwa. Pominięto suwerenną wolę społeczeństwa wyrażoną w demokratyczny sposób, zakwestionowano więc od razu demokratyczne, wcześniej głoszone zasady, nie zmieniono pod tym wpływem układów "okrągłego stołu" i sejmu kontraktowego, tym samym poniechano realnej zmiany państwa i systemu rządzenia. Zamiast tego wybrano na prezydenta gen. Jaruzelskiego, a PZPR przekształciła się w "socjaldemokratyczną" SDRP, co było przecież znakiem i dowodem ciągłości przynajmniej części władzy aparatu PRL.
W ten sposób powstało państwo nie będące reprezentacją ani organizacją społeczeństwa, które pozostało tylko aparatem władzy oderwanym od niego, a często mu przeciwstawnym. Hasła demokracji i wolności pozostały tylko hasłami, służyły jako parawan do tworzenia osobnej "klasy politycznej", która zdobywszy legalnie władzę stała się niejako właścicielem państwa, a stanowiąc prawo również dla siebie skutecznie zabezpieczała swe pozycje i interesy. Była, jak to dziś jaskrawo widać, zwolniona z odpowiedzialności i najczęściej postawiona ponad prawem, jedynym skutkiem złej opinii, mogła być przegrana jej przedstawicieli w następnych wyborach. Państwo takie było coraz słabiej związane z interesami poszczególnych grup społecznych, nie mówiąc już o racji stanu czy racjach narodowych, które zniknęły z programów socjaldemokratów i liberałów. To państwo stawało się coraz bardziej wyalienowane i zamknięte, otaczało się coraz większą armią biurokracji, która zamiast regulować życie społeczne broniła państwa przed jego naciskiem, a zarazem skutecznie kontrolowała i obezwładniała życie obywateli nie gorzej niż w czasach PRL. Ironią stał się model prywatyzacji w III RP: nie przeprowadzono reprywatyzacji dawnej własności, nastąpiła za to prywatyzacja, czyli przejęcie części spadku po PRL i "prywatyzacja", czyli przejęcie na własność państwa przez "klasę polityczną". Powstał też w ciągu tych kilkunastu lat powtarzający się schemat rządzenia: władzę obejmuje na przemian grupa postkomunistów SLD i formująca się pod tym wpływem opozycja. Schemat ten utarł się na tyle, że wydaje się niezmienny i trudno go przełamać, role zostały już dawno rozdane, przy czym rozgrywającym jest stale SLD, społeczeństwo jest tylko kibicem w tej grze, zachowując jeden głos co cztery lata. Ta "klasa polityczna" ma często większe znaczenie niż nomenklatura w PRL, przyznaje ona pewne koncesje woli społecznej, lecz w tym zamkniętym układzie jest ograniczona, deformuje się ona i degeneruje, wyradza się w rozmaite populistyczne żądania i oczekiwania podsycane przez nieodpowiedzialną władzę, chcącą tylko zdobyć głosy wyborców.
Państwo tak zawłaszczone uległo przez te lata alarmującej degradacji, czemu dziś nikt nie może już zaprzeczyć. Stało się molochem niszczącym własną strukturę i destrukcyjnym dla społeczeństwa. Demoralizacja i korupcja państwa ujawniły się w całości, prawo niewiele znaczy, zwłaszcza dla tych, którzy je stanowią. Ustawy można kupić w sejmie jak na rynku, jest to tylko, jak mówi się w najnowszej, eufemistycznej nowomowie, kwestia lobbingu i ceny. Afery idące w miliardy uchodzą bezkarnie lub są traktowane ze specjalną tolerancją, a urzędnicy państwowi nie ponoszą właściwie odpowiedzialności za popełnione błędy lub nadużycia.
(?)
Marek Klecel
Wyświetlony 8580 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.