Wydrukuj tę stronę
czwartek, 11 listopad 2010 20:35

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

 Z okazji 30 rocznicy chilijskiego zamachu stanu generała Augusto Pinocheta w prasie ukazało się wiele okolicznościowych artykułów. Istne horrendum zamieścił np. "Tygodnik Powszechny" (nr 37/2003), który piórem niejakiego Marcina Żurka podjął wspomniane zagadnienie w szerszym kontekście latynoamerykańskiej lewicy.

Bardzo wymowny jest już sam tytuł owego dzieła, nawiązujący do obalonego prezydenta Allende: "Salvador znaczy zbawca". O ile etymologicznej trafności tego twierdzenia nie sposób podważyć, o tyle takie określenie w sensie politycznym czy religijnym nabiera zdecydowanie groteskowego wymiaru. Bez dwóch zdań w niektórych środowiskach "prawicowych" pobrzmiewają nadmierne hymny pochwalne w stosunku do junty. Tortur czy morderstw (nie mówię tu, rzecz jasna, o wymierzanej sądowo karze śmierci) nie sposób wszak usprawiedliwić z etycznego punktu widzenia. Natomiast zaślepienie na jedno oko pozostaje immanentną cechą lewicowego oglądu rzeczywistości. Żurek niemal całkowicie pomija w swoim artykule tak "nieistotne" kwestie, jak szalejące za rządów Allende uzbrojone (prawdopodobnie z udziałem organów państwowych) lewackie bojówki, wpływy castrowskiej Kuby, niebezpieczeństwo pojawienia się sowieckich doradców, ograniczenia wolności słowa, potężny kryzys ekonomiczny, działania nacjonalizacyjne (nie ograniczone bynajmniej ? choć i taka limitowana nacjonalizacja byłaby niedopuszczalna moralnie ? do złóż miedzi czy ziemi rolnej) czy też wreszcie stanowisko chilijskiego organów sądowniczych, dalekich wszak od afirmacji Allende. Żurek buduje bowiem konstrukcję równie prostą, jak budowa cepa: prawicowi siepacze i militaryści przy wsparciu imperialistycznych Stanów Zjednoczonych, skrytobójców z CIA i pazernego wielkiego kapitału zdecydowali się obalić miłującego pokój i pragnącego poprawić los najuboższych "demokratycznie wybranego prezydenta-marksistę". Jednostronność autora aż bije w oczy, a pod podobnym artykułem bez problemu mógłby chyba podpisać się Piotr Ikonowicz. Warto też odnotować obecne tam charakterystyczne ideowe klisze w postrzeganiu latynoamerykańskiej współczesności: złorzeczenie na "neoliberalizm" (bez podjęcia choćby najmniejszej próby zdefiniowania tego terminu), apoteozę lewicowych polityków w rodzaju brazylijskiego prezydenta Luli da Silvy czy wreszcie jadowity antyamerykanizm. Mario Vargas Llosa wraz z dwoma współautorami napisał kiedyś "Podręcznik idioty latynoamerykańskiego". Przykro to pisać, ale zasłużony "Tygodnik Powszechny" przyjął na swoje łamy autora, który sprawia wrażenie prototypowego (za wyjątkiem narodowości) tytułowego bohatera tejże książki.

***
Janusz Reiter, były ambasador RP w Niemczech i wyrazisty reprezentant proeuropejskiej optyki w polskiej polityce zagranicznej, pełni obecnie zaszczytną funkcję prezesa Centrum Stosunków Międzynarodowych, think-tanku zajmującego się analizami geopolitycznymi. Głównym sponsorem tej przyczyniającej się do pomnożenia wspólnego dobra narodów kontynentu instytucji są organizacje niemieckie. Reiter uprzedza jednak wszelkie stawiane w oczywiście złej wierze zarzuty ("Wprost", nr 37/2003), deklarując zdecydowanie, że nie jest lobbystą niemieckich interesów w Polsce. Ponadto dodaje, że "niemieckie organizacje zrobiły naprawdę dużo dla naszego państwa". Niewątpliwie największą zasługą zagranicznych fundacji dla Polski jest zapewnienie tak wyśmienitemu analitykowi jak Reiter stosownego do jego kwalifikacji miejsca pracy... Ot, takie l'Etat c'est moi ? a'la III RP.
***
W tym samym numerze "Wprost" ekonomista Krzysztof Rybiński słusznie nawołuje: należy "radykalnie zmniejszyć liczbę regulacji [...] czyli skalę władzy urzędnika nad przedsiębiorcą". Tajemnicą pozostaje jednakowoż sposób, w jaki można pogodzić ów trafny postulat z akcesją Polski do przesiąkniętej socjalizmem Unii Europejskiej, który to pomysł Rybiński jednoznacznie popiera. Na temat niezwykle oryginalnego ujęcia swobody gospodarczej w acquis communautaire mogliby wiele powiedzieć właściciele polskich masarni... Swoją drogą niezwykle interesującym zjawiskiem jest powszechne wśród przedstawicieli krajowego establishmentu ocenianie trafności i jakości poszczególnych przepisów w zależności od miejsca ich pochodzenia. Gdyby to polski parlament generował takie legislacyjne absurdy, jakie produkują struktury unijne, chór oburzonych głosów byłby słyszalny od Bałtyku po Tatry. Pewnym wytłumaczeniem tego zjawiska może być zakompleksienie "elit" i znamienna dla intelektualistów fascynacja obcymi (niekiedy wschodnimi, niekiedy zachodnimi) rozwiązaniami. Tak jak w epoce Oświecenia dominowała fascynacja francuszczyzną, tak obecnie dominuje apologia "brukselczyzny". Rzecz jasna, w równym stopniu niewłaściwe jest motywowane ksenofobią aprioryczne odrzucanie cudzych wzorów. Określone projekty czy doktryny trzeba po prostu oceniać, jak mawiają Anglosasi, "on merits", czyli zgodnie z ich merytoryczną wartością. Konieczność przypominania o takich truizmach jasno uwidacznia głęboko paranoiczny stan, w którym znajduje się polska myśl polityczna.
***
"Gazeta Wyborcza" (nr 215/2003) podaje, że "przełomem w postawie Estończyków wobec UE było zwycięstwo w piosenkarskim konkursie Eurowizji". Cóż, demokracja...
***
"Gazeta Polska" (nr 39/2003) demaskuje (na okładce i wewnątrz numeru) Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej. Oto naczelną zbrodnią tego utrzymującego się ze sprzedaży medalików i "świętych obrazków" ugrupowania jest jawne opowiadanie się przeciwko przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Tygodnik wspiera się tu stosowną wypowiedzią abp. Józefa Życińskiego: "Zabrać ostatni grosz ubogim emerytkom, by potem występować w roli ekspertów od UE, straszyć i grozić, to głęboko niemoralne". Rozumiemy, że jedyna w pełni moralna postawa to namawianie do akcesu.
***
Na ekranach kin pojawił się "dokumentalny" film amerykańskiego lewicowego reżysera Michaela Moore'a pt. "Zabawy z bronią" (Bowling for Columbine), poświęcony tragicznym wydarzeniom w amerykańskiej szkole średniej, podczas których dwóch uczniów zabiło z broni palnej dwanaście osób, a następnie popełniło samobójstwo. Ideowe przesłanie filmu dotyczy krytyki stosunku mieszkańców USA do broni palnej i wiąże się z podważeniem II poprawki do konstytucji, przyznającej Amerykanom prawo do posiadania broni. W kwestii dokumentalnego charakteru filmu Moore'a nikt rozsądny nie może żywić większych wątpliwości. Przykładowo reżyser, niczym najlepszy zawodowy propagandysta demoludów, fałszuje wypowiedź prezesa Krajowego Stowarzyszenia Strzeleckiego (NRA) Charltona Hestona, montując ją z powycinanych fragmentów publicznych wystąpień aktora, tak aby sportretować niezapomnianego Ben Hura jako pozbawionego uczuć bigota i fanatyka. Moore w swojej filipice przeciwko prawu do posiadania broni posługuje się także licznymi statystykami, które faktycznie robią dość przygnębiające wrażenie. Wszelako pomijając kwestię rzetelności tychże, powinniśmy pamiętać o znanym przysłowiu: "Na świecie są kłamstwa, cholerne kłamstwa i statystyki". Zwolennicy braku kontroli rządu nad dysponowaniem przez jednostki bronią w sposób bezproblemowy mogą przytoczyć szereg danych zaprzeczających tezom Moore'a o proporcjonalnym związku między nieobecnością takiej kontroli a wzrostem przestępczości. Pozostaje ponadto argument ideowy ? jakim prawem państwo miałoby mieć możność niwelowania uprawnień obywateli do ochrony swojego życia, wolności i własności przed gwałtownymi bezprawnymi zamachami w wybrany przez nich sposób? Lewica amerykańska skrupulatnie unika odpowiedzi na to pytanie, używając wyłącznie argumentacji statystyczno-utylitarnej.
***
W miesięczniku "Dziś" (9/2003), redagowanym przez Mieczysława F. Rakowskiego ukazał się niepodpisany artykuł ukazujący fakt, że lewica funkcjonuje w ramach samodzielnie wykreowanej wirtualnej rzeczywistości. Autor pisze tam, że od początku transformacji ustrojowej w Polsce w polityce gospodarczej i myśli ekonomicznej bezwzględnie obowiązują "neoliberalne dogmaty", wśród których wiodącą rolę odgrywa przekonanie, że "złem bezwzględnym jest deficyt budżetowy, a polityka rządu powinna zmierzać do jego całkowitej likwidacji". Gdybyż to była prawda... Tymczasem w kraju permanentnie straszy tzw. dziura budżetowa, dług publiczny rośnie jak na drożdżach, a agencje ratingowe obniżają kredytową wiarygodność państwa. Cóż, w razie wybuchu ewentualnego kryzysu finansowego na wzór argentyński publicyści miesięcznika będą obwiniać zań nieskrępowany dziki wolnorynkowy kapitalizm oraz bezrefleksyjną akceptację naiwnych neoliberalnych aksjomatów... Co gorsza, wersja ta, analogicznie jak w przypadku wydarzeń argentyńskich, zdobędzie zapewne, mimo jej oczywistej absurdalności, niemal uniwersalny poklask wśród mass-mediów. Absolutnie zdumiewające jest, jak termin "neoliberalizm" może oznaczać zarówno dążenie do eliminacji deficytu budżetowego (to znaczenie jest rzecz jasna poprawne), jak i gospodarczą praktykę państwa bezwzględnie zadłużającego przyszłe pokolenia (bo czymże innym jest w końcu zaciąganie gigantycznego długu publicznego?).
Wypowiedzią utrzymaną w podobnej tonacji uraczył setki tysięcy swoich wiernych czytelników były pupilek "partyjnych liberałów" Daniel Passent ("Życie Warszawy", cyt. za "Przegląd", nr 38/2003): "Wszystkiemu jest winne albo Państwo, albo Rynek. Do Rynku nikt nie ma pretensji, a do Państwa wszyscy". Faktycznie, krajobraz polityczny Polski zaludniają tłumy libertarian i anarchokapitalistów na czele z Leszkiem Millerem, Januszem Śniadkiem, Andrzejem Lepperem, Jarosławem Kalinowskim, Lechem Kaczyńskim, Janem Marią Rokitą, Zygmuntem Wrzodakiem et consortes... Na marginesie, fakt, że tak ponuro-groteskowa (w sensie witkacowskim) postać jak Passent w dalszym ciągu bryluje na warszawskich salonach dziennikarstwa pozostaje dla mnie źródłem nieustannego zadziwienia. Ale w końcu uczucie owo jest bardzo pozytywnie oceniane na kartach Biblii.
***
Przedmiotem publicznej debaty w ostatnich miesiącach stał się iście koszmarny projekt konstytucji europejskiej, wysmażony przez Valerego Giscarda d'Estainga. Uderzający jest fakt, że zdecydowana większość dziennikarzy zajmująca się problematyką unijną wyraża dla owego potworka legislacyjnego jednoznaczne poparcie. Wśród tych żurnalistów obowiązuje bowiem zwykle jedna linia doktrynalna ? aprobowanie federacyjnego modelu unifikacji kontynentu, na drodze do którego projekt stanowi kolejny krok. Oczywiście, każdy ma prawo do własnych poglądów w tej materii. Jednakże porażająca jest miałkość używanych argumentów, które przemawiać mają za federalizacją Europy, a więc np. ujednoliceniem polityki socjalnej, podatkowej, zagranicznej i bezpieczeństwa oraz likwidacją (a przynajmniej radykalnym ograniczeniem) narodowego prawa veta.
Poza ładnie brzmiącymi ogólnikami i generalizacjami typu "zapewnienie pokoju w Europie", "eliminacja narodowych egoizmów" czy "wzmocnienie pozycji jednoczącej się Europy na geopolitycznej mapie świata" oraz nadzieją na mityczne fundusze strukturalne, polscy publicyści najczęściej wysuwają supozycje w rodzaju formułowanych przez Roberta Sołtyka ("Gazeta Wyborcza", 217/2003): "Procesu integracji Europy nie powstrzymamy, może się on toczyć bez nas. Jak się chce mieć wpływ, to trzeba być przy stole". Sołtyk unika więc odpowiedzi na zasadnicze pytanie ? po co partycypować w zacieśnianiu integracji, skoro prowadzi ona bezpośrednio do konstruowania antyamerykańskiej polityki zagranicznej, osłabienia roli NATO, przyjmowania antyrynkowych rozwiązań promowanych przez zsocjalizowane państwa zachodnie? "Gazeta Wyborcza" prezentuje się przecież jako pismo prokapitalistyczne i proamerykańskie?? Jeśli Francja, Niemcy czy Belgia ("pralinkowe mocarstwo") pragnie budować Europę na konfrontacji z USA i socjalizmie ? należy pozwolić tym krajom na samodzielne podążanie tą ślepą uliczką. Co więcej, jeśli ktokolwiek liczy na to, że Polska zbuduje w ramach Unii Europejskiej przeciwwagę dla tych tendencji, to powinien przypomnieć sobie o jakości rodzimych polityków. I to nie tylko tych rządowych...
***
I kolejny kwiatek z unijnej łączki. W "Polityce" (nr 39/2003) Marek Orzechowski pisze, że "po latach martyrologii wchodzimy przecież do Unii, żeby żyć długo i szczęśliwie". Cóż, warto pamiętać, że miłość z reguły bywa ślepa... Pozostając w obszarze matrymonialnych analogii, stosunki polsko-unijne nasuwają raczej inne skojarzenia, których w tak szacownym piśmie, jak "Opcja na Prawo", nie wypada bliżej precyzować...
***
W tym samym numerze "Polityki" Ludwik Stomma ubolewa nad faktem, że Sojusz Lewicy Demokratycznej w niewystarczającym stopniu dąży do wyrównania wynagrodzeń kobiet i mężczyzn pracujących na tych samych stanowiskach. Formułka "równa płaca za równą pracę" zrobiła pod wpływem różnej maści feministek zgoła oszałamiającą karierę, w wyniku czego podpisują się pod nią nawet rozsądne osoby. Warto więc przypomnieć o dwóch zasadniczych kwestiach. Po pierwsze, nie istnieje coś takiego, jak obiektywna wycena wartości pracy wykonywanej przez jakąś osobę. Wycena taka (w normalnym społeczeństwie) ustalana jest w drodze rynkowych negocjacji pomiędzy pracodawcą a pracobiorcą. Wysokość pensji jest więc rezultatem "skrzyżowania" dwóch subiektywnych preferencji, a nie skutkiem odniesienia jej do jakiegoś rzekomo obiektywnego arbitralnego wzorca. Po drugie, sprawa wynagrodzenia za pracę powinna pozostawać wyłącznie w gestii zainteresowanych osób. Jasia-referenta nie powinno specjalnie interesować, ile zarabia referentka Małgosia. Oczywiście, w naturze ludzkiej leży ciekawość, niekiedy pożądana, niekiedy chorobliwa. Jednakże taki "pęd do eksploracji" nie implikuje prawa osób trzecich (w tym także instytucji państwowych) do ingerowania w autonomiczne relacje między wolnymi jednostkami. Interwencja w te kwestie stwarza tylko dla rozmaitych filutów (a w tym przypadku chyba częściej filutek) okazję do tuczenia się na koszt podatnika. Ileż to nowych ciepłych posadek przy "kontroli", "nadzorze", "wdrażaniu", "implementacji", "monitorowaniu"... A tak na marginesie, ciekawe, co feministki powiedziałyby na wyrównanie pensji poprzez obniżenie zarobków mężczyzn? Wtedy zapewne byłoby sprawiedliwie...
***
Sytuacja polskiego górnictwa i bandyckie zachowania związkowców podczas manifestacji w Warszawie doczekały się następującego komentarza ze strony Jana Pietrzaka ("Gazeta Polska", 37/2003): "Hausner [...] poużywał sobie na górnikach, którzy protestują przeciwko zamykaniu kopalni. Chyba ich nie lubi. Dla tej władzy najważniejsze są parametry ekonomiczne, wskaźniki wydajności, zyski, koszty itp. Ludźmi ta władza martwi się mniej". Czytając tak przenikliwe analizy polityczno-gospodarcze aż chciałoby się zakrzyknąć w duchu minionej epoki: "Satyrycy do satyry!". A wszystko to na łamach czasopisma, którego redaktor naczelny Piotr Wierzbicki fascynuje się postacią Margaret Thatcher, która raczej nie należała do osób patyczkujących się ze związkowcami. Ekstremalna polityzacja polskich mediów skutkuje niezdolnością do formułowania obiektywnych ocen. Gdyby premierem dążącym do zamknięcia kilku kopalni był Jerzy Buzek, a manifestujący związkowcy należeli do OPZZ, Pietrzak raczyłby nas opowieściami o "trudnych, acz koniecznych reformach" oraz o huncwotach wkładających kij w szprychy i sypiących piasek w tryby polskiej demokracji.
***
Niewykluczone, że zbiór wspólny czytelników "Opcji na prawo" i czytelników lewackiego pisemka o sugestywnym tytule "Lewą Nogą" jest zbiorem jednoelementowym. A szkoda, albowiem w tej ostatniej można znaleźć wiele pasjonujących artykułów. Ot, np. w numerze 15 niejaki Samir Amin popełnił fascynujące dziełko pt. "Ideologia amerykańska". W telegraficznym skrócie główne tezy autora przedstawiają się następująco: obywatele Stanów Zjednoczonych autoidentyfikują się jako nowy Herrenvolk, George W. Bush to nowa inkarnacja Adolfa Hitlera (jedyna różnica pomiędzy nimi to taka, że Hitler zwyciężył w demokratycznych wyborach...), wydarzenia 11 września 2001 roku to współczesny pożar Reichstagu, policja i FBI to gestapo, Narodowa Strategia Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych (przewidująca możliwość wojny prewencyjnej) to nowe Mein Kampf... Co ciekawe, takie porównania implikują, że miłościwie nam panujący Aleksander Kwaśniewski to wcielenie księdza Tiso, a Adam Michnik to Ezra Pound lub może Leon Degrelle nowego imperium. Zagłębiając się w niezmierzone odmęty myśli pana Amina, zacząłem zachodzić w głowę nad kwestią genezy takich poglądów. Jednakże dopiero rzut oka na krótki biogram autora wyklarował to zagadnienie. Otóż pan Amin uzyskał swoje ekonomiczne, socjologiczne i politologiczne wykształcenie we...no oczywiście, że zgadliście: we Francji. No i wszystko jasne... W sumie bardzo miło wiedzieć, że w nieustannie zmieniającym się świecie, wobec gwałtownie przyspieszających transformacji naszego sposobu życia, przy postępie technicznym itp., francuska edukacja, przynajmniej od czasów Pol Pota, pozostaje constans...
***
Establishmentowy liberał Bronisław Wildstein napisał z całym przekonaniem ("Rzeczpospolita", nr 231/2003), że "nie istnieje wolny rynek bez bezrobocia". Boże, uchowaj nas od takich liberałów, z socjalistami poradzimy sobie sami. Wildstein winien poszerzyć swoją wiedzę na temat choćby historii gospodarczej XIX-wiecznych państw anglosaskich, które stanowią raczej lepszy przykład kapitalistycznych rozwiązań, aniżeli współczesne, zgnuśniałe państwa opiekuńcze Zachodu.
***
"Gazeta Wyborcza" (nr 231/2003) na pierwszej stronie podaje informację, że wkrótce do Tytana, największego księżyca Saturna, doleci sonda z autografem Adama Michnika na pokładzie. Hmm... Obawiam się, że tym samym jakiekolwiek szanse na nawiązanie kontaktu z pozaziemskimi cywilizacjami zostały zredukowane do minimum, jeżeli nie bezpowrotnie stracone.

 

Stary liberał
Wyświetlony 10296 razy

Najnowsze od

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.