wtorek, 07 grudzień 2010 00:17

Dlaczego Unia Europejska

Napisał

Wiemy, że Unia Europejska jest porozumieniem państw, więc zanim zrozumiemy naturę Unii, wypadałoby zrozumieć, czym jest państwo. Jest to "zorganizowana na danym terenie instytucja, która ma wyłączność na organizowanie porządku prawnego i pobierania w tym celu przymusowych świadczeń pieniężnych, zwanych podatkami".

(...) O co chodzi w "integracji europejskiej". Pierwsze, co nie powinno umknąć naszym oczom, to fakt, że integracja z UE jest procesem sterowanym. Proces rzeczywistej integracji gospodarczej byłby procesem niesterowanym, ponieważ polegałby na likwidowaniu ograniczeń, przepisów, granic itd. Aby doprowadzić do integracji gospodarczej dwóch krajów, kontynentów albo całego świata, należałoby natychmiast zlikwidować sterowanie. Znieść granice, cła, wprowadzić swobodę emigracji na zaproszenie i uwolnić wszelkie działalności spod wpływu kartelów tworzonych przez państwowe regulacje. Taka integracja jest jak najbardziej pożądana dla ogółu społeczeństwa, ale nie jest ona celem integracji europejskiej. Stąd prosty wniosek: integracja z UE nie jest integracją gospodarczą, lecz polityczną (pierwszy krok w stronę prawdy to konieczność przywrócenia właściwego znaczenia podstawowym pojęciom).
Filarem integracji jest ujednolicanie prawa i "dostosowywanie do standardów". Bardzo często ludzie śmieją się z tychże unijnych standardów, zarówno eurosceptycy, jak i euroentuzjaści. Obydwie strony skłaniają się ku twierdzeniom typu "te bzdurne standardy" itd. Jest to bardzo poważny błąd, bowiem te standardy nie są "bzdurne", lecz są przemyślanym krokiem, którego celem jest realizacja czyichś interesów. Owe standardy mają na celu regulowanie rynku tak, aby działać na nim mogli tylko wybrani. Standard dotyczący bananów nie jest "bzdurny" ? jego celem jest bowiem zakaz sprowadzania bananów z Kostaryki i stworzenie lepszego rynku dla firm sprowadzających banany z byłych kolonii. Przepisy dotyczące mleczarni nie są "bzdurne", mają tylko wyrzucać z rynku polskie mleczarnie (biedniejsze), tak aby utrzymać dominującą pozycję mleczarni większych, z Niemiec. Standardy dotyczące kosztownych szkoleń pracowników mają wykluczać z rynku biedniejsze firmy i zostawiać rynek w rękach wybranych, większych biznesów.
Analogicznie zwiększenie podatków pośrednich w Polsce jest efektem nacisków bogatszych krajów Unii Europejskiej, tak aby kapitał nie przenosił się do III RP, a jego niedoszły odpływ nie osłabiał przeetatyzowanych gospodarek zachodnich. Stąd podwyżki akcyzy na papierosy, VAT na książki, na budownictwo, wprowadzenie podatku od lokat kapitałowych itd. Wszystko to ma na celu wyeliminowanie krajów rozwijających się jako potencjalnej konkurencji, gdzie kapitał mógłby rozpocząć działalność.
Pojawia się jednak problem. Przeprowadzanie takiego procesu nie zyska poparcia społeczeństwa. Dlaczego ludność ma godzić się na taki alians władzy z biznesem? Toteż niezbędna jest propaganda, która przekona społeczeństwo do biernego poparcia. Stąd rusza cała maszyna zamulania opinii. Proces wprowadzania standardów i ograniczania rynku dla wybranych nazwiemy "ochroną konsumenta". Co to za "ochrona konsumenta", skoro jak pisał Mises, konsument jest suwerenem i to on decyduje o tym, w jakich kierunkach się rozwija rynek? Jaka to "ochrona konsumenta", skoro wprowadzane standardy są popierane przez wielki biznes? Czy naprawdę ten biznes z bogatych krajów tak kocha konsumentów, że godzi się na wprowadzanie kontroli? W rzeczywistości standardy są mechanizmem kontrolowania rynku i wpuszczania na niego tylko wybranych. Społeczeństwem natomiast się manipuluje.
Inna nazwa to "jednolity rynek". Propaguje się mit (robią to skutecznie duże media i nauczyciele akademiccy), że wspólny i jednolity rynek polega na wprowadzeniu silnej władzy ponadnarodowej, która będzie ustalała przepisy. Tymczasem wspólny, jednolity rynek polega na rozwaleniu w zarodku wszelkiej władzy. Okres dziewiętnastowieczny moglibyśmy nazwać okresem anarchii politycznej i właśnie dzięki temu w Europie pojawił się wspólny rynek. Ponieważ rewolucja przemysłowa i spełnione w części postulaty leseferystów doprowadziły do niewyobrażalnego rozwoju i niesamowitej integracji gospodarczej całego kontynentu.
Gdyby władzy zależało rzeczywiście na integracji gospodarczej, to od jutra zlikwidowałaby wszelkie granice ze wszystkimi krajami Europy albo nawet świata. A dlaczego by od jutra UE nie mogła zintegrować się z Rosją albo biedną Afryką? Dlaczego nie, skoro na handlu i wymianie zawsze korzystają dwie strony? Jak widzieliśmy wyżej, klasa rządzących (wyzyskiwaczy) ma swoje własne interesy i nie obchodzi ją los pozostałych ludzi (te interesy są sprzeczne, ponieważ taka jest a priori natura rządów). Instytucja państwa siłą rzeczy opiera się na przymusie, redystrybucji i konfiskacie, a Unia Europejska jest porozumieniem państw. Czy mam być na tyle naiwny, żeby wierzyć, że porozumienie państw nie będzie już grą interesów, zbudowaną na przymusie, redystrybucji i konfiskacie?
Będzie, i to zdecydowanie w większym stopniu. Przede wszystkim dlatego, że znika konkurencja między krajami. Od tej pory można znacznie zwiększać obciążenia podatkowe we wszystkich krajach i kapitał już nie może zmykać z Niemiec do Irlandii. Poszczególne kraje, które są bankrutami (Belgia, Włochy, Grecja), mogą się jeszcze bardziej zadłużać, ponieważ chroni je Unia Europejska (to nie oznacza, że kraje bogatsze, Francja, Niemcy, które są dopiero na skraju bankructwa, długo wytrzymają). Wszystko jest dopięte na ostatni guzik przez wprowadzanie wspólnej europejskiej waluty. Jej inflacjonowanie nie doprowadzi do niebezpieczeństw, z jakimi mieliśmy wiele razy w historii do czynienia. Jeśli jakiś kraj zaczynał zwiększać niemiłosiernie podaż pieniądza, pojawiał się natychmiast problem w postaci ucieczki kapitału w inne miejsca, np. w stronę silnej marki niemieckiej. Dlatego też UE wprowadza jedną, wspólną walutę, którą będą drukować na swoje potrzeby, a jej inflacjonowanie nie doprowadzi do ucieczek kapitału z np. Grecji do Niemiec, ponieważ ta waluta będzie obowiązywać wszędzie. Oczywiście, nie trzeba dodawać, że najprawdopodobniej euro będzie słabsze niż marka ze względu na rozmiar inflacji, której dopuszczać się będzie Europejski Bank Centralny. Do szukania poparcia dla tego procesu także potrzebni są intelektualiści, w tym przypadku ekonomiści, lansujący mit "niezależnego banku centralnego" i konieczności istnienia jednej wspólnej waluty. Na nic zdaje się zdroworozsądkowe tłumaczenie, że wolny rynek sam wybiera silny, wspólny pieniądz dla wolnego rynku i wcale do tego nie potrzeba tak potężnej instytucji jak EBC. Lansowanie mitów jest koniecznością. Wmawia się ludziom, że dla wolnego handlu niezbędna jest władza w Brukseli. Tłumaczy się nieświadomym, że "zjednoczenie Europy" to cywilizacyjna szansa. Na plakatach pojawiają się uśmiechnięte twarze znanych postaci, przy których widnieje napis: "Tak, jestem Europejczykiem" (chociaż obok można spokojnie umieścić plakat z Romanem Giertychem i z jego sokolim wzrokiem, mówiącym: "Ja też. I co z tego?" albo "A ja to niby nie?"). Urządza się parady, rozdaje dzieciom baloniki. Na piknikach można się najeść, a nawet uronić łezkę przy Odzie do Radości. Proces tworzenia Unii Europejskiej to tworzenie drugich Stanów Zjednoczonych w ślad za pomysłami takich tęgich głów silnego interwencjonizmu, jak Alexander Hamilton czy też Abraham Lincoln. Regiony bogatsze wypłacają pieniądze regionom biedniejszym. W tych biedniejszych (w przyszłości Polska?) administracja otrzymuje dodatkowe źródło finansowania i utrzymuje się na swoich bezproduktywnych stanowiskach. Te bogatsze z kolei kupują dzięki temu rozrost biurokracji, podatków i regulacji w rejonach biedniejszych. Owe etatystyczne rozwiązania podnoszą koszty biznesu w rejonach słabszych i dzięki temu osłabiona zostaje możliwość rozwoju, a zarazem konkurencji dla wybranych biznesów z rejonów silniejszych.
Czy należy integrować się z UE? Obowiązkowo. Nie ma innego wyjścia. Polska musi integrować się z rejonem Unii Europejskiej. Handlować z nią, znosić ograniczenia dla przepływu kapitału, osób, towarów i usług. Jednakże w żadnym wypadku nie można wchodzić do Unii. Jeśli ktoś rozumie słowo "integracja" w sposób właściwy, to oczywiście należy integrować się z rejonem UE. Nie jest prawdą, że jeśli nie wejdziemy do Unii, to staniemy się rejonem autarkicznym. Po pierwsze, jest wiele innych krajów na świecie, z którymi możemy handlować pozostając poza Unią, a z którymi po ewentualnym wejściu będziemy musieli ograniczyć wymianę, gdyż tego wymaga merkantylistyczne porozumienie z UE (stąd wejście do Unii może być krokiem w stronę większego izolacjonizmu gospodarczego, niż pozostanie za nią4). Po drugie, dzisiaj jesteśmy poza UE i ona jest naszym głównym partnerem. Podobnie rzecz się ma w najbardziej eurosceptycznej Estonii, która nie handluje, wbrew pozorom, z Rosją, tylko głównie ze Skandynawią, a społeczeństwo jest przeciwne wejściu. Stawiam na to, że Estonia nie wejdzie do UE, a dalej będzie głównie z nią handlować. O handlu z UE, na przykład, decyduje wejście do Europejskiego Obszaru Gospodarczego, ale o tym już się nie mówi, aby nie zawalać paradygmatu "jeśli nie UE, to Białoruś".
Naprawdę można integrować się z Unią i do niej nie wchodzić. Niestety, propaganda robi wszystko, aby pominąć te kwestie, także poprzez sprowadzanie przeciwników UE do grupki ksenofobów i nacjonalistów. To również element zręcznej propagandy, bowiem gdyby się okazało, że można być za wolnym rynkiem i opowiadać się przeciwko UE, to duża liczba młodych ludzi mogłaby się zastanowić, czy rzeczywiście coś nie jest nie tak z tymi zagrywkami na górze.
Ujednolicanie interwencjonistycznych przepisów, zwiększanie podatków, keynesistowska waluta dla całego kontynentu, tworzenie etatystycznych funduszy, które są źródłem istnienia przerośniętej biurokracji, blokującej swobodny rozwój rynku zgodnie z gustami konsumentów. To wszystko jest bardzo przemyślanym procesem konstruowania silnego międzynarodowego Lewiatana. To nie jest ani "cywilizacyjny skok", ani "bzdurne integrowanie". To zorganizowany proces budowania silnego kartelu i scentralizowanej władzy.
Warto jeszcze na koniec powiedzieć dwa słowa o nieświadomych "prorynkowych euroentuzjastach". Twierdzą mianowicie, że centralizowanie władzy będzie krokiem do większego urynkowienia. Błąd powinien być widoczny jak na dłoni. Krokiem w stronę wolnego rynku jest decentralizacja, a nie centralizacja. Decentralizacja w rozumieniu secesji. Powinniśmy raczej dążyć do tego, aby w Europie powstało wiele tysięcy małych państewek a la Hong-Kong. Po pierwsze, dlatego że takie państwo ma małą imperialistyczną siłę, która daje mu możliwość ekspansji. Po drugie, dlatego, że redystrybucja w takim kraju jest zdecydowanie na mniejszą skalę, gdyż społeczności lokalne są silniejsze, a "polityka społeczna" (która jest faktycznie polityką antyspołeczną) ma zdecydowanie mniejsze pole do popisu (nie przez przypadek malutkie kraje mają mniejsze podatki). Po trzecie, w takim kraju trudniej organizować lobby i trudniej szerzyć propagandę. A po czwarte, taki kraj nie angażuje się w politykę protekcjonistyczną. Prawo do secesji i izolacjonizmu politycznego jest raczej mechanizmem zwiększania otwartości gospodarczej, co widać wyraźnie na przykładach małych krajów neutralnych.
Rozbicie polityczne na takie małe kraje prowadzi do większego wolnego handlu. Duży kraj, jak UE, może bawić się w merkantylizm, w przeciwieństwie do Hong-Kongu, który gdyby wprowadził autarkiczne rozwiązania, jego gospodarka długo by nie wytrzymała. Stąd jasne jest, że osoba o poglądach wolnorynkowych nie może popierać wstąpienia do Unii; inaczej jej wolnorynkowe poglądy są raczej mało przemyślane. Gdyby ktokolwiek za czasów budowania przez Licolna silnych, etatystycznych Stanów Zjednoczonych, powiedział, że jest to krok w stronę wolnego rynku, to Andrew Jackson (reprezentant wtedy leseferystycznej Partii Demokratów) udławiłby się ze śmiechu.
Całość powyższego wywodu jest bardzo prosta i wynika z trywialnego pytania: dlaczego wszystkie władze krajów piętnastki, w których kwitnie korupcja, nagle chcą "szczytnych" rozwiązań? A może ktoś robi kogoś w balona? Co jest niezbędne, jeśli byłbym u władzy, robiąc paskudne rzeczy? Propaganda. Społeczeństwo musi myśleć, że robię coś zupełnie innego, niż robię. Teraz pozostawiam otwarte następujące pytanie: co jest bardziej prawdopodobne? To, że władze działają w swoim interesie i oszukują społeczeństwo, czy to, że nie działają zgodnie z partykularnymi interesami i robią wszystko, aby ograniczać swoje zapędy, władzę w celu oddania władzy społeczeństwu? Niech każdy się sam zastanawia na swoją własną odpowiedzialność, a potem niech się uda na referendum i zdecyduje.

Mateusz Machaj
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 5951 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.