wtorek, 07 grudzień 2010 00:18

Causus: Mazury - Polityka w skali gminy

Napisane przez

Czas się przyznać, że badania wśród Górali, o których dotychczas pisałam w "Opcji", były swego rodzaju antidotum. Wcześniej, w latach 1994-1996 prowadziłam prace badawcze na Mazurach i to one właśnie były źródłem frustracji tak wielkiej, że planując nowe badania, postanowiłam poszukać miejsca, w którym ludzie będą zakorzenieni od pokoleń i przywiązani do własności prywatnej ? stąd wybór Podhala.

Mazury to teren z wielu względów przeciwstawny. Większość obecnych mieszkańców to ludzie wykorzenieni, przesiedleni po II wojnie światowej. W 1945 r., gdy cofająca się armia niemiecka koordynowała ewakuację ludności, we wsiach i miasteczkach Prus Wschodnich pozostało ok. 10% przedwojennej populacji. W większości byli to ludzie, którzy uważali się za Mazurów ? autochtonicznych mieszkańców tych ziem, podkreślający swoje polskie korzenie. W latach 1945-48 rozpoczął się napływ osadników: przybywali z sąsiednich obszarów (augustowskie, suwalskie); z centralnej Polski; docierały transporty repatriantów z Wileńszczyzny i Grodzieńszczyzny; w 1947 r. przywieziono Łemków, Ukraińców i Polaków przymusowo przesiedlonych z Bieszczad w ramach akcji "Wisła". W kolejnych dekadach proces osiedleńczy nie był tak intensywny, niemniej wciąż pojawiali się nowi osadnicy, natomiast liczba Mazurów topniała, zwłaszcza w latach 70. wielu z nich wyjechało do Niemiec (obecnie ich potomkowie stanowią bardzo mały procent ludności mazurskich wsi). Powoli przybysze wtapiali się w wioskowe i małomiasteczkowe społeczności. Nigdy jednak nie wypracowali więzi sąsiedzkich tak silnych, jak we wsiach zasiedziałych od pokoleń, z nieprzerwanym przekazem tradycji i silnym przywiązaniem do posiadanej od dziesięcioleci ziemi.

Tygiel ludzi i kultur
Początki sąsiedzkiego współżycia były trudne. Różnice narodowościowe objawiały się na wielu płaszczyznach. Istotnym problemem była odmienność religijna i związane z tym konflikty, m.in. dotyczące praw do "poniemieckiego" kościoła. Znaczące były też różnice językowe, tak głębokie, że w latach 50. organizowano w szkołach kursy języka polskiego dla dorosłych, zarówno ukraińsko-, jak i niemieckojęzycznych. Osadnicy byli przyzwyczajeni do innych sposobów gospodarowania, a szerzej ? do innych warunków środowiskowych, co w jakimś stopniu tłumaczy ich stosunek do walorów krajobrazowych Mazur. Pozostałe po mieszkańcach Prus Wschodnich pomosty, promenady, altany i sceny nad jeziorami, w lasach czy parkach były nieużywane i szybko ulegały dewastacji. Nowi mieszkańcy żyli "odwróceni od jeziora" ? na otaczającą jezioro ścieżkę spacerową wyrzucali śmieci, a resztki dawnych drewnianych konstrukcji umieszczanych w plenerze służyły za schronienie miejscowym pijakom. Dopiero pojawienie się turystów w latach 70. i 80. powoli zmieniało stosunek miejscowej ludności do otaczającego ich środowiska. Turystyczne zagospodarowanie terenów rekreacyjnych poprawiło się wyraźnie dopiero w latach 90.

Państwo szafarzem łask i kar
Specyficzny był stosunek do własności. Początkowo cała ziemia i zabudowania opuszczone przez obywateli Prus Wschodnich pozostawały w gestii władz PRL. Państwowe organa były szafarzem dóbr "poniemieckich": przydzielały domy i ziemię, zwykle na zasadzie dzierżawy. Zapłatę najczęściej rozkładano na raty (jej wysokość była źródłem waśni między przedstawicielami kolejnych fal osadniczych). Osadników, którzy nie nabyli własnego gospodarstwa, zatrudniano w Państwowych Gospodarstwach Rolnych, które na Mazurach obejmowały 40% ziemi uprawnej. W latach 60. i 70. wielu ludzi znajdowało pracę w powstających licznie niedużych zakładach produkcyjnych.
Przywiązanie do własności prywatnej było słabe. Gospodarze przez wiele lat po wojnie wciąż spodziewali się, że ich dobra zostaną odebrane. Doświadczenie tego, że władza państwowa może przejąć dom i ziemię, może przerzucić człowieka w zupełnie nowe miejsce, nie licząc się z jego korzeniami, tradycją i religią, pozostawiło niezatarte ślady w mentalności ludzi. Ukazało im dobitnie, że żadne umowy nie są wieczne oraz że jakkolwiek pewne dobra są bardziej "moje" niż inne, to wszystkie są państwowe i nigdy nie wiadomo, kiedy państwo się o nie upomni.
W dziedzinie kultury ówcześnie przyjęta polityka wewnętrzna państwa nakazywała tuszowanie odmienności narodowych. W szkołach karano szczególnie za obelgi o charakterze etnicznym. Wszelkie święta państwowe uświetniały występy zespołów dziecięcych, obowiązkowo ubranych w krakowskie stroje, tańczących polskie tańce ludowe i śpiewających regionalne pieśni: krakowskie, podlaskie, śląskie itp. Kobiety opowiadały o tym, jak biedziły się nad przerobieniem ukraińskich, haftowanych koszul mężowskich na krakowskie spódniczki dla występujących córek. Podobnie w zakładach pracy (także PGR-ach) organizacje partyjne i młodzieżowe urządzały akademie "narodowe w formie, a socjalistyczne w treści", przy czym pod słowem "narodowe" należy rozumieć: krakowskie. Kilku rozmówców przyznało się, że w latach 50. i 60. uczyło swoje dzieci pieśni ukraińskich w domach, w wielkim strachu przed inwigilacją i karami za prowadzenie takiej działalności. Także spotkania o charakterze religijnym odbywali, jak mówią, "pod strachem". Jeszcze w latach 80., kiedy prowadziłam pierwsze rozmowy na Mazurach, ludzie bali się przyznawać do podtrzymywania tradycji ukraińskiej. Dopiero w latach 90. oficjalnie zarejestrowano stowarzyszenia mające na celu krzewienie kultury ukraińskiej. Powstał zespół pieśni i tańca, który zdobywa nagrody na konkursach folklorystycznych.

Krótkie przebudzenie
Lata 90. to niesłychany przełom w życiu wsi mazurskich. Tutaj w o wiele większym stopniu niż na Podhalu dały się odczuć przemiany w sferze gospodarczej. Przede wszystkim zlikwidowano PGR-y, po kolei upadały zakłady produkcyjne. Mazury stały się regionem największego bezrobocia (tzw. strukturalnego), sięgającego 30%. Należy do tego dodać problemy rolników indywidualnych ? właścicieli małych i średnich gospodarstw, którzy na skutek spadku cen na płody rolne i hodowlane oraz trudności ze zbytem, z trudem wiązali koniec z końcem. W obliczu tak masowego bezrobocia, braku perspektyw na poprawę sytuacji (jeśli wyłączyć ludzi dysponujących jakimś kapitałem) wielu ludzi załamywało się popadając w marazm i pijaństwo (limitowane tylko brakiem środków). Oficjalne statystyki z 1996 r. informowały, że 80% mieszkańców gminy ubiegało się o pomoc społeczną, mając ku temu podstawy; rozmowy z urzędniczkami z Ośrodków Pomocy Społecznej robiły wstrząsające wrażenie, a narzekania zaprzyjaźnionej gospodyni, że teraz musi karmić psa w sieni, bo jak wystawi miskę na dwór to wszystko zjedzą dzieci z bloków popegeerowskich ? dopełniały obrazu.

(?)
Anna Malewska-Szałygin
Wyświetlony 5683 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.