poniedziałek, 20 grudzień 2010 22:55

Gol do własnej bramki

Napisane przez

Tak się składa, że ostatnimi czasy mamy podobne wydarzenia w gospodarce polskiej i amerykańskiej. Mam tu na myśli oczywiście spektakularne bankructwa ogromnych firm w USA i w kraju nad Wisłą. Zapewne jest to zwykły zbieg okoliczności, że upadają one w tym samym czasie, ale skoro już mamy z tym zjawiskiem do czynienia, wydaje mi się, że jest ono warte głębszego prześledzenia i porównania tego, co się robi w takich okolicznościach w USA, a co w Polsce.

Warszawa, lipiec 2002 r. Przed Urzędem Rady Ministrów kilka tysięcy stoczniowców uderza kaskami w dziurawy jak szwajcarski ser asfalt w Alejach Ujazdowskich. Domagają się od rządu ratowania upadającej Stoczni Szczecińskiej. Zjechali się ze Szczecina autokarami, mają ze sobą gwizdki, transparenty, kukły polityków odpowiedzialnych ? ich zdaniem ? za bankructwo zakładu. W tym samym czasie ich koledzy w Szczecinie paraliżują swoją demonstracją całe miasto. Żądają, aby państwo ratowało upadające przedsiębiorstwo. W relacjach telewizyjnych słyszy się z ust zwalnianych pracowników, że państwo powinno przejąć tę spółkę, gdyż jest tu zatrudnionych kilka tysięcy ludzi, mają oni na utrzymaniu dzieci, a w najbliższym czasie brak jest perspektyw na znalezienie pracy gdzie indziej. Jeszcze inny argument wysuwany na rzecz ratowania Stoczni to powoływanie się na tzw. efekt Domina. ?Niezależni? eksperci ekonomiczni twierdzą, że z chwilą upadku stoczni zbankrutuje również wiele firm-kooperantów, a ich pracownicy spotkają się ze stoczniowcami w kolejce po zasiłek.

Jak wynika z badań opinii publicznej, społeczeństwo także oczekuje jakichś działań ze strony państwa. Nie może być przecież takiej sytuacji, że tysiące ludzi pójdzie z dnia na dzień na przysłowiowy bruk ? mówi się, komentując ostatnie wydarzenia.
Waszyngton, lipiec 2002 r. Okolice Białego Domu. Przed budynkiem panuje spokój, jedynie zagraniczni turyści robią sobie zdjęcia na tle siedziby prezydenta Stanów Zjednoczonych. Mimo że w okolicznym kiosku z gazetami wszystkie tytułu donoszą na pierwszych stronach o kolejnym bankructwie giełdowego giganta, jakoś nie widać przed Białym Domem ani przed siedzibą Kongresu tłumu pracowników Worldcomu uderzających swoimi klawiaturami od komputera w równy asfalt ulicy. Żaden z pracowników nawet nie pofatygował się pod Kapitol, aby zaprotestować przeciw bankructwu. Mimo że ? podobnie jak w przypadku Stoczni ? stracił pracę. Nie słychać też oburzenia społecznego, żądań nacjonalizacji ENRON-u, czy zagwarantowania choć części pracownikom jakichkolwiek etatów w upadającej spółce. Zwolnieni ludzie albo szukają nowej pracy, albo już ją znaleźli.
Widzimy zatem, jak różne są reakcje na upadek jednej wielkiej firmy w USA i w Polsce. Widzimy również, jak szybko Amerykanie potrafią zmienić pracę czy też branżę, nie wyklinając przy tym rządu i polityków.
Porównując te dwa wydarzenia, reakcje społeczne im towarzyszące oraz działania rządu widać jak na dłoni, że mentalność społeczna obywateli tych narodów oraz oba systemy gospodarcze są całkowicie od siebie różne. Obawiam się jednak, że normalna reakcja na bankructwo gigantów występuje w USA, a nie w naszym kraju.
Paweł Toboła-Pertkiewicz
Wyświetlony 8358 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.