wtorek, 21 grudzień 2010 13:46

Zwycięstwo nad komunizmem?

Napisane przez

Przemówienie wygłoszone 11 grudnia 2001 r. w Waszyngtonie, podczas uroczystości wręczenia nagrody im. Harry'ego Trumana i Ronalda Reagana

 
To wielki zaszczyt znaleźć się w gronie laureatów tej prestiżowej nagrody, która nosi imię dwóch prezydentów USA, słusznie uważanych za najbardziej konsekwentnych szermierzy w walce z tą gangreną dwudziestego stulecia, jaką stanowiło komunistyczne zagrożenie. O ile pierwszy z nich - Harry Truman - skutecznie obronił wolny świat w początkach zimnej wojny i powstrzymał rozprzestrzenianie się komunizmu w Europie, o tyle drugi - Ronald Reagan - przeszedł do ofensywy i zmusił komunistów do wycofania się.
Gdy prezydent Reagan przed niespełna dwudziestu laty twardo oświadczył, ze komunizm znajdzie się na śmietniku historii, jego słowa zostały przyjęte w najlepszym przypadku z niewiarą, w najgorszym - wręcz z kpinami. A jednak w niecałe dwie dekady później nawet sami komuniści wolą występować już pod innymi nazwami, podczas gdy ostatni sekretarz generalny KPZR zarabia na życie, reklamując pizzę. Czy jednak naprawdę możemy już świętować zwycięstwo nad komunizmem? Obawiam się, że nie. Choć bowiem za czasów Ronalda Reagana wygraliśmy decydującą bitwę, to wbrew temu, co głosi popularny mit, wcale nie wygraliśmy zimnej wojny, gdyż nie doprowadziliśmy tej sprawy do końca.
Oczywiście, jeśli interpretować zmagania z komunizmem w kategoriach ściśle militarnych, jako konfrontację między blokiem sowieckim z jednej stromy a Sojuszem Północnoatlantyckim z drugiej - to istotnie wygraliśmy. Ale przecież zimna wojna to było zawsze coś więcej. To była konfrontacja ideologiczna, wojna idei, starcie pomiędzy moralnymi demokracjami typu zachodniego a komunistycznym totalitaryzmem. Związek Sowiecki - podobnie zresztą jak sprzymierzone z nim państwa satelickie - uległ zapaści z wyczerpania pod ciężarem swej własnej głupoty, i to mimo wysiłków Zachodu, który udzielał wsparcia w postaci kredytów, pożyczek, nowoczesnej technologii oraz zabiegów dyplomatycznych. Dość powiedzieć, że tylko podczas ostatnich siedmiu lat swego istnienia -lat przełomowych, lat desperackiej walki o przetrwanie - Związek Sowiecki otrzymał z Zachodu pomoc w wysokości 45 miliardów dolarów. Co więcej, w ciągu tych siedmiu lat Zachód wspierał raczej pewną grupę komunistycznych reformatorów nieprawdziwych zwolenników demokracji. A gdy mimo to Związek Sowiecki definitywnie upadł, Zachód wcale tego nie świętował. Nie było żadnych okrzyków zwycięstwa, nie domagano się nawet ukarania najbardziej odrażających sprawców zbrodni przeciwko ludzkości. Wyglądało na to, że najbardziej w końcu znaczące wydarzenie w całym minionym stuleciu nieco stropiło, a nawet zasmuciło zachodnich przywódców.
Spróbujmy sobie wyobrazić, że w 1945 r. zwycięzcy alianci zamiast dążyć do bezwarunkowej kapitułach Niemiec zaakceptowaliby jakiś rodzaj "pierestrojki" reżymu nazistów. Wtedy z pewnością moglibyśmy się pożegnać z demokracją w Europie na jakieś dobre trzydzieści lat. A partia nazistowska, choć pod inną nazwą, wraz z kolaborantami mogłaby nadal sprawować rządy, wdrażając nieco łagodniejszy wariant swego poprzedniego systemu politycznego. Obawiam się, że tak właśnie stało się w większości byłych państw komunistycznych, gdzie dawni komunistyczni aparatczycy pozostają u władzy aż po dziś dzień. Nie tylko w Rosji, Bułgarii czy Rumunii, na Ukrainie lub w Mołdawii, ale również i w Polsce ostatnie wybory wyniosły do władzy byłych komunistów. Nawet w Berlinie dawni towarzysze odnieśli zwycięstwo. Na Zachodzie zaś nikt nie wydaje się tym zaniepokojony lub choćby zaskoczony, widocznie wciąż jeszcze wierzymy, że to jednak my wygraliśmy zimną wojnę.
A co się stało z sympatykami, apologetami i politycznymi kolaborantami Sowietów w państwach Zachodu? Czy zostali potępieni lub choćby wyśmiani? Albo zdymisjonowani i wysłani na emeryturę? Wręcz przeciwnie, w wielu krajach zachodnioeuropejskich właśnie SÂĄ u władzy, do której doszli zaraz po upadku Związku Sowieckiego, stanowiąc wciąż bardzo wpływową część zachodniego establishmentu. Należą do kręgów opiniotwórczych i decydenckich. Nie lubią rozmawiać o przeszłości, aby nie przypominać ludziom niezbyt chwalebnych faktów ze swych biografii, za to często najgłośniej perorują wśród tych, którzy twierdzą, że zimną wojnę mamy już za sobą.
Nie, drodzy przyjaciele, nie zwyciężyliśmy. Może mnie łatwiej to dostrzec niż innym. Oto za kilka dni będę obchodzić rocznicę wydarzenia, które sprawiło, że znalazłem się na Zachodzie; mam na myśli wymianę mojej osoby za przywódcę chilijskich komunistów. ów chilijski komunista Louis Corvalan, liczący obecnie 85 lat, żyje sobie wygodnie w Chile z państwowej emerytury i często w krajowej prasie drukuje artykuły o swej bohaterskiej walce z Pinochetem. Ja dla odmiany nie mogę odwiedzić swego rodzinnego kraju nawet jako turysta. Od 1996 wszystkie moje prośby o wizę były załatwiane odmownie. Jeśli to jest zwycięstwo, to ja najwidoczniej znalazłem się w tej wojnie po niewłaściwej stronie barykady.
W tym samym czasie, gdy zebraliśmy się tutaj, aby utrwalać pamięć o ofiarach komunizmu, zachodni przywódcy przelicytowują się w sławieniu pułkownika KGB, który przywykł do prześladowania osób takich jak ja. Co więcej, wasz prezydent posunął się wręcz do stwierdzenia, że udało mu się wejrzeć w dusze Putina. Cóż, podczas mych stosunkowo licznych spotkań z oficerami KGB dusza była jedyna rzeczą, której nigdy nie udało mi się w nich zlokalizować. Gdy podjęto wysiłki na rzecz zmontowania antyterrorystycznej koalicji, brytyjski premier Tony Blair - niewątpliwie w porozumieniu z Waszyngtonem - pojechał do Rosji, aby powitać "na pokładzie" nowego sojusznika. Wyraził przy tej okazji zadowolenie, że w tej wojnie Rosja stanie ostatecznie po stronie Zachodu, gdyż - jak powiedział - "Rosja ma tak ogromne doświadczenie w zwalczaniu terroryzmu". Nigdy nie sądziłem, że dożyję dnia, w którym usłyszę takie słowa z ust czołowego polityka Zachodu. Zabrzmiało to równie idiotycznie i niestosownie, jak stwierdzenie, że Niemcy mają duże doświadczenie w radzeniu sobie z Żydami.
Przecież to właśnie Rosja - znana w swym poprzednim wcieleniu pod nazwą Związku Sowieckiego - praktycznie wynalazła współczesny terroryzm polityczny, podnosząc go zresztą do rangi narzędzia, stosowanego przez państwo przy uprawianiu polityki. Po pierwsze, pozwala to kontrolować lepiej własnych obywateli, a po drugie, znacznie ułatwia poszerzanie swych imperialnych wpływów na całym świecie.
"Doświadczenie" komunistów w radzeniu sobie z terroryzmem muzułmańskim jest nawet bardziej spektakularne. Jak większość z państwa wie, przez wiele dziesiątków lat zbroili oni Saddama Husajna, dostarczając mu m.in. środków do produkcji wąglika. Inny kraj muzułmański, Afganistan, stanowi prawdopodobnie nawet jeszcze lepszy przykład. Jestem głęboko przekonany. że obecny, pożałowania godny stan tego kraju, łącznie z pojawieniem się ruchu tatibów, jest bezpośrednią konsekwencją inspirowanej przez Sowietów tzw. Kwietniowej Rewolucji, a także - po jej upadku - inwazji sowieckiej z grudnia 1979 roku, która zdestabilizowała kraj i pogrążyła go w koszmarze trwającej od przeszło dwudziestu lat wojny domowej. Czy to jest właśnie doświadczenie, którego Zachód poszukuje u Sowietów?
Ale oczywiście cytowane wyżej oświadczenie Tony'ego Blaira było czymś więcej niż tylko wyzbytym wrażliwości idiotyzmem. Był to zamierzony zwiastun zmiany stanowiska Zachodu wobec zachowania Rosji w Czeczenii. Przed 11 września zachodnia krytyka uprawianego tam przez Rosjan ludobójstwa, jakkolwiek maksymalnie łagodna i wyciszona, zmuszała jednak rosyjskie władze do pewnych samoograniczeń. Teraz, gdy Rosja została na partnerskich zasadach przyjęta w poczet koalicjantów, nie można już liczyć na kontynuację takich "moderujących" wpływów. Co więcej, ta skierowana przeciwko małemu narodowi, bezsensowna i ludobójcza wojna została uznana za "doświadczenie", które może być pouczające dla Zachodu. Ale jeśli tak, to czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, dlaczego Slobodan Miloszeviè przebywa wciąż w wiezieniu w Hadze? Przecież powinien zostać natychmiast zwolniony i wyróżniony pokojową Nagrodą Nobla, gdyż jego "doświadczenie w zwalczaniu muzułmańskiego terroryzmu" w Bośni i Kosowie trudno właściwie odróżnić od rosyjskich doświadczeń w Czeczenii, no z jednym może wyjątkiem: w porównaniu z niegodziwościami Rosji dokonania Miloszevièa po prostu bledną.
Zastanawia mnie, dlaczego Stany Zjednoczone potrzebują takich sojuszników jak Rosja czy Chiny, zwłaszcza że żadne z tych państw nie wniosło jakiegoś rzeczywistego wkładu do akcji wojskowej w Afganistanie. Po co wam tacy wątpliwi przyjaciele, za których przyjaźń trzeba w dodatku płacić rezygnacją z wyznawanych przez siebie zasad? Co się zaś tyczy Rosji, to owo nagłe ocieplenie w stosunkach z Zachodem nie mogło nadejść w gorszym momencie. Po dekadzie wahań i połowicznych reform Rosja jest dziś w odwrocie. Rządy po Jelcynie przejęli ludzie dawnego KGB, którzy do dziś nie zrozumieli, że upadek sytemu sowieckiego był nieuchronną koniecznością. Ich plan jest bardzo prosty: przywrócić Związek Sowiecki. Wyraźnie widać rosnącą presję na dawne republiki sowieckie, aby połączyły się z Rosją, tworząc jakąś nową formę sojuszu. Podobne procesy daje się zauważyć w części krajów Europy Środkowej i Wschodniej, wobec których Rosja wykorzystuje dostawy ropy naftowej oraz gazu ziemnego jako narzędzia swej polityki imperialnej. W samej Rosji resztki niezależnych mediów, stanowiących dotąd swoiste zawory bezpieczeństwa, są systematycznie dławione. Przez 10 lat nie było tam więźniów politycznych, teraz znów ich mamy. Został przywrócony dawny hymn ZSRR, a armia znów maszeruje pod czerwonym sztandarem. W tych okolicznościach dłoń Zachodu wyciągnięta do Rosji w przyjaznym geście łatwo może zostać odczytana jako aprobata dla bieżących poczynań politycznych i posłużyć tym samym ich umocnieniu.
Często narzekamy na krótka pamięć opinii publicznej, ale kto faktycznie ma krótką pamięć? Nie dalej jak w sierpniu 2001 r. w "Newsweeku" opublikowano artykuł, który dowodził mafijnych powiązań Putina z czasów, gdy ten był zastępcą burmistrza Sankt Petersburga. Wśród ujawnionych faktów nie brakło też oskarżeń o pranie brudnych pieniędzy. Ale na okładce tego samego tygodnika z listopada znów ujrzałem twarz Putina. Kim on teraz zostanie: jedynie człowiekiem roku czy może nawet całego dziesięciolecia?
Niestety, nie wytrzebiliśmy do końca systemu komunistycznego, dlatego też grozi nam poważne niebezpieczeństwo reintegracji różnych potworności, które pozostały po nim w całym świecie. Wprawdzie to zjawisko nie będzie już nosiło miana komunizmu, za to utrwali wiele jego groźnych właściwości.
Jestem całkowicie pewny, że komunizm dopóty nie wyląduje na śmietniku historii, dopóki my sami go tam nie wyrzucimy. Dopóki specjalny trybunał - powołany na wzór tego norymberskiego - nie osądzi wszystkich zbrodni popełnionych przez komunistów, dopóty samego systemu nie wolno nam uważać za coś martwego i twierdzić, że wojna z nim została ostatecznie zakończona.
Władymir Bukowski
tłum. Waldemar Zyszkiewicz
Wyświetlony 5178 razy

Najnowsze od Władymir Bukowski

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.