wtorek, 21 grudzień 2010 13:50

Znamiona zewnętrzne

Napisał

Przysłowie powiada, że tonący brzytwy się chwyta. Niewiele mu to, ma się rozumieć, pomaga, bo nie tylko się nie uratuje, ale jeszcze przed utonięciem pokaleczy sobie dłonie, niemniej jednak chwyta się, bo cóż ma robić, kiedy nie umie pływać, a jest w sytuacji beznadziejnej? Wykonuje więc gwałtowne i bezsensowne ruchy, które tylko pogarszają sytuację.

 
W czasach stanisławowskich władze borykające się z brakiem pieniędzy wpadły na pomysł opodatkowania warszawskich rzeźników. Ponieważ o gotówkę było trudno, podatek nałożono w naturze: rzeźnicy mieli dostarczać do skarbowych składów skóry bydlęce. Tak ich to rozwścieczyło, że do pobudowanych naprędce skarbowych szop dostarczali skóry surowe, dopiero co ściągnięte. Naturalnie skóry natychmiast się zaśmierdziały i cała okolica wokół skarbowych szop zaczęła tak przeraźliwie cuchnąć, że nie było innego wyjścia, jak wywieźć cały zapas i utopić w Wiśle.
Kiedy w drugiej połowie lat 70. okazało się, że pożyczone u zachodnich bankierów pieniądze trzeba jednak oddawać, spanikowane władze PRL zaczęły gorączkowo poszukiwać sposobów ściągnięcia z ludzi dodatkowych haraczy. Nałożono tedy haracz nazwany "jednorazowym podatkiem majątkowym", potem opodatkowano płoty i parkany, aż wreszcie jakiś spryciarz wpadł na pomysł wymierzania podatku nie na podstawie zadeklarowanego dochodu, tylko na podstawie "znamion zewnętrznych". Od tej pory urzędy skarbowe same ustalały domniemany poziom dochodów podatnika, według tego, jak mieszka, co jada, jak się ubiera, czy ma samochód i tak dalej. Ustalenie tych wszystkich "znamion" wymagało oczywiście zaangażowania całej armii donosicieli, ale tego towaru w PRL było akurat pod dostatkiem. Można zatem było rozpocząć rabunek bez obaw.
Tamte doświadczenia przydają się i dzisiaj, kiedy rząd pana premiera Millera znalazł się w podobnej sytuacji, co Edward Gierek w drugiej połowie lat 70. Ciekawe, że na podobne wyzwania reaguje tak samo, bo przecież wiadomo, że SLD prochu nie wymyśli. Rozmaici dygnitarze rządowi prześcigają się więc w pomysłach, jak by tu jeszcze ściągnąć od ludzi ostatnie zaskórniaki. Jednak czasy dzisiaj są trochę inne. Nie można już tak wprost i po chamsku, jak w latach 70. Dzisiaj trzeba to zdzierstwo trochę przynajmniej kamuflować pretekstami o wymowie szlachetnej. Ale te wszystkie szlachetności, to tylko preteksty, bo wszystko i tak sprowadza się do wspólnego mianownika, któremu na imię: znamiona zewnętrzne.
Grupą społeczną najbardziej chyba narażoną na ściąganie haraczy przez władze państwowe są posiadacze samochodów. Władze rozumują mniej więcej tak: skoro już ktoś kupił sobie samochód, to pewnie gdzieś ma schowany jeszcze jakiś szmal, a skoro tak, to dawaj go tu! Oczywiście, posiadaczy samochodów jest zbyt wielu, żeby, na przykład, wszystkich aresztować i trzymać tak długo, aż się załamią, powiedzą gdzie chowają forsę, a UB wtedy schowek ogołoci. Takie metody stosuje się wobec ludzi o wyższym poziomie zamożności, natomiast szaraczkowie załatwiani są masowo. Okłada się więc samochody podatkiem akcyzowym, ale to sposób, że tak powiem, oficjalny, więc najprostszy, no i ma się rozumieć, nie wystarczający. Od czegóż jednak troska o bezpieczeństwo? Wiadomo przecież, że państwo dba o bezpieczeństwo obywateli do tego stopnia, że całe stawia się w służbie bezpieczeństwa. No a bezpieczeństwo - wiadomo - musi kosztować. Wprowadzono więc w swoim czasie obowiązek instalowania w każdym samochodzie gaśnicy. Że niby, jak by co, nie daj Boże, samochód się zapalił, to kierowca, jak gdyby nigdy nic, wyjmie gaśnicę, popsika i pojedzie sobie dalej. Kiedy wprowadzano ten obowiązek, po polskich drogach jeździło już parę ładnych milionów samochodów, więc nietrudno sobie wyobrazić, ile pieniędzy wyciągnięto od nieszczęsnych ich właścicieli pod tym pretekstem.
Innym pretekstem są dzieci. O kogo, jak kogo, ale o dzieci, to już państwo troszczy się szczególnie. Toteż wprowadzono obowiązek przywiązywania dzieci do specjalnych fotelików do przewożenia dzieci nawet do lat 15, jeśli z jakiegoś powodu nie wyglądają na swój wiek. W międzyczasie liczba samochodów osobowych wydatnie się zwiększyła, toteż pieniądze wyciągnięte od właścicieli samochodów pod pretekstem dbałości o bezpieczeństwo dzieci będą z pewnością znacznie większe od pieniędzy wyciągniętych pod pretekstem ochrony przeciwpożarowej.
Wreszcie okazało się, że samochody powodują wypadki drogowe, w których padają zabici i ranni. Z zabitymi jest mniejszy problem, ale rannych trzeba leczyć. Więc pan minister zdrowia wpadł na pomysł, żeby ranni w wypadkach drogowych byli odtąd leczeni na koszt posiadacza samochodu, a ściślej - żeby koszty leczenia ofiary wypadku pokrywane były z ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej, które - jak wiadomo - jest obowiązkowe już od dawna. Wprawdzie ofiary wypadków drogowych, jak zresztą prawie wszyscy obywatele polscy, też są ubezpieczone w ramach powszechnego i przymusowego ubezpieczenia zdrowotnego, ale pan minister udał, jakby o tym zapomniał. Nie o leczenie bowiem tu idzie, ani też o wykonywanie przez państwo zobowiązań, przyjętych w momencie wprowadzania przymusowego i powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. Przeciwnie - chodzi o to, by państwo mogło się wymigać od przyjętych na siebie zobowiązań, na które bierze podatki, i mogło zrzucić te obowiązki na firmy ubezpieczeniowe. Ale to się tylko tak mówi, że na firmy, bo przecież firmy natychmiast przerzucą koszty leczenia ofiar wypadków drogowych na właścicieli samochodów ubezpieczonych od odpowiedzialności cywilnej, które to ubezpieczenie jest przecież cały czas obowiązkowe, więc nie ma żadnej możliwości, żeby to jakoś obejść. Krótko mówiąc, rząd chce obciążyć właścicieli samochodów kolejnym podatkiem, utrzymując jednocześnie dotychczasowe podatki w stanie niezmienionym.
Na tych przykładach widać wyraźnie, jak pod różnymi pretekstami i nazwami władze naszego państwa nakładają co i rusz na posiadaczy samochodów haracze, które naprawdę mają jedną podstawę - zewnętrzne znamiona pewnego poziomu zamożności, objawiające się w postaci samochodu. O akcyzie na paliwa już nawet nie wspominam, bo szkoda każdego słowa. Widzimy zatem wyraźnie, że mimo zapewnień o "transformacji ustrojowej", faktycznie nic się nie zmieniło. Historia nie tyle może się powtarza, co trwa w kontynuacji. Widać też wyraźnie, jak małą mądrością rządzony jest ten świat, a już Polska - w szczególności. Bo, powiedzmy sobie szczerze, czyż rządzenie polegające na rabowaniu obywateli typowanych na podstawie "znamion zewnętrznych" wymaga jakiejś specjalnej mądrości? Gdyby tak było, to musielibyśmy uznać wszystkich włamywaczy i kieszonkowców za elitę intelektualną ludzkości, bo przecież i oni w swojej działalności posługują się akurat tym samym kryterium.
Stanisław Michalkiewicz
Wyświetlony 9397 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.