wtorek, 21 grudzień 2010 13:54

Szpachlówka Leszka Millera

Napisane przez

Brak porządnej definicji prawicy i lewicy wywołuje zamieszanie publicystyczne. Przekłada się ono zwrotnie na układy polityczne.

Nic w tym dziwnego: wielu parlamentarzystów nie ma żadnych poglądów politycznych. Źródłem ich wypowiedzi są zatem nie własne przemyślenia, a wcześniej przeczytane artykuły w prasie. Powoduje to swoistą schizofrenię posłów, którzy nie wiedzą, czy są prawicowi, czy lewicowi.
Niektórzy praktykujący katolicy twierdzą, że sam fakt uczęszczania do kościoła w niedzielę automatycznie nadaje status prawicowca. Lewicowcem natomiast sam się określa głosujący wcześniej na PZPR, a teraz na SLD właściciel stacji benzynowej, który zatrudnia 15 piszczących z głodu osób (płaci im po 450 PLN, bo się już nauczył od hipermarketów zatrudniać na ćwierć etatu). Kompletne pomieszanie pojęć.
W większości dzisiejszych parlamentów (ograniczmy się tu do obszaru euroamerykańskiego) ugrupowania polityczne rozmieszczane są od lewej do prawej według kryterium stosunku do gospodarki. Na lewo są ci, którzy uważają, że centralnie sterowana ekonomia kraju jest najefektywniejszym sposobem zapewnienia dobrobytu mieszkańcom. Na prawo zaś - ci, którzy uważają, że mieszkańcy zapewnią sobie sami dobrobyt, byle żadna centralna władza się w to nie mieszała. Przyjęcie takiego kryterium eliminuje na wstępie wiele nieporozumień.
Polski Sejm, jak większość parlamentów otaczających nas krajów, grawituje do układu bipolarnego: na lewo 35-procentowa partia poststalinowska, a na prawo liberalna partia biznesu o podobnej liczbie miejsc. A między nimi poutykane mniejsze ugrupowania, wchodzące w różne koalicje z dwoma głównymi graczami na scenie.
W polskich warunkach do lewackich terrorystów zaliczyć należy przede wszystkim Piotra Ikonowicza i dużą część Samoobrony wraz z tzw. ekologami. Spory fragment Unii Pracy, ale także jakiś odłam Ligi Polskich Rodzin: szczególnie ten, który różnicuje kapitał wg kryterium narodowego i próbuje wmówić ludziom, że płacenie wysokich podatków jest cnotą, do której należy szybko przymusić każdego inwestującego w Polsce przedsiębiorcę zagranicznego.
Poststalinowcy to odpowiednik angielskiej Labour Party, holenderskiej Partei van de Arbeit (PvdA) czy szwedzkich socjaldemokratów. W polskim wydaniu to dziś SLD-UP, ale przede wszystkim ta część koalicji, która identyfikuje się z teoretykami marksizmu ze śmietnika historii, jak Jerzy Wiatr czy Longin Pastusiak. Formacja ta - istniejąca w każdym współczesnym parlamencie - przy nawrocie napięć na tle narodowym może łatwo zwyrodnieć w narodowo-socjalistyczną partię faszystowską. Historia to już nam pokazała: Narodowo--Socjalistyczna Niemiecka Partia Pracy (NSDAP) pod kierownictwem demokratycznie wybranego przywódcy bardzo szybko wprowadziła centralne rządy silnej ręki... Przybudówką tej formacji są polityczni działacze związków zawodowych - dziś w Polsce skłóconych, ale czas leczy rany i niedługo OPZZ i NSZZ Solidarność usiądą obok siebie.
Neutralne gospodarczo centrum tworzy się dziś w Polsce wokół "Prawa i Sprawiedliwości". Działacze PiS nie mają wyraźnych poglądów na gospodarkę. Wokół nich gromadzić się prawdopodobnie będą niedobitki z Unii Wolności i AWS-u, ale także część PSL-u. Spoiwem mogłoby być szeroko i niefundamentalnie pojęte chrześcijaństwo. Wtedy taka formacja stałaby się odpowiednikiem centrowych gospodarczo, chadeckich ugrupowań w innych krajach. Miałoby to tym bardziej sens, że Polska jest krajem tradycyjnie katolickim, więc przełożenie tego na udział w parlamencie wydaje się jak najbardziej naturalne.
Dobrym początkiem partii biznesu jest oczywiście Platforma Obywatelska. To naturalny sojusznik wszelkich animatorów zdrowej gospodarki. Odpowiednik amerykańskich republikanów czy angielskich konserwatystów. Platforma dryfuje ostatnio, niestety, w stronę optymalniejszego podziału paszy w korycie (Zyta Gilowska), zamiast przeć do likwidacji samego koryta. Do formacji tej powinni dołączyć PSL-owscy farmerzy (tzn. nieroszczeniowo nastawieni chłopi) oraz porozsiewani od LPR do PiS przedsiębiorcy. Ale przede wszystkim partię tę zasilą wkrótce uciekinierzy z SLD. Nie wiadomo jeszcze, czy przywodzić im będzie Szmajdziński, Cimoszewicz, Janik czy może sam Kwaśniewski, ale z pewnością grupa ta interesować się będzie jedynie silnym prawem własności i niskimi podatkami. Cóż, nabyte w różny sposób majątki należy chronić przed bandytami, a także przed pazernym fiskusem...
Pod prawą ścianą sejmowej sali powinno się znaleźć kilku radykalnych i nieprzejednanych libertarian. Paleoliberałów można dziś znaleźć głównie w Unii Polityki Realnej, ale chyba także w młodszej części SLD. Czy Leszek Balcerowicz swoją ewolucję od lewej do prawej zakończy postulatem podatku pogłównego w miejsce proponowanego już wcześniej liniowego?
Kiedy po ostatnich wyborach prezydenckich napisałem do Andrzeja Olechowskiego list z gratulacjami oraz prośbą o nietracenie impetu i utworzenie jakiejś sensownej partii liberalnej - znajomi pukali się w głowę. Pisałem o dekompozycji AWS-u i środowiskach, które poparłyby nowe ugrupowanie. Pisałem również o tym, że SLD rozpadnie się na dwie partie. Może trochę za wcześnie. Ale dziś...?
Gołym okiem widać, że balony próbne wypuszczane przez ministra Belkę przekłuwane są już na samym początku swego lotu przez samą koalicję SLD-UP. Jeszcze dobrze dziennikarze nie rozpoczną krytyki kolejnego "ulepszenia" systemu podatkowego, a już sam premier studzi rozpalone głowy, dementując sugestie własnego ministra. Weźmy taki pomysł likwidacji Kas Chorych i scentralizowania funduszy "zdrowotnych". Jest on jak najbardziej zrozumiały dla teoretyków marksizmu-leninizmu i ich pilnych uczniów (Wiesław Kaczmarek). Ale już po wymianie rad nadzorczych kas, wewnętrzna opozycja wobec słusznego ideologicznie postulatu ministra Kaczmarka oczywiście wzrośnie i prawdopodobnie nie pozwoli, by odciąć od darmowego źródełka finansów kolejną plejadę pijawek - tym razem z SLD.
Inną zadrą wewnątrz koalicji SLD-UP jest roszczeniowo nastawiony OP ZZ, któremu nie da się wytłumaczyć, że Kodeks Pracy krępuje ręce przedsiębiorcom. A przedsiębiorców sympatyzujących z SLD mamy w Polsce całe multum. Maciej Manicki - obecnie szef pro-SLD-wskich związkowców - znany z pomysłowego spowalniania pracy Sejmu, jest prawdopodobnie w stanie zablokować projektowane zmiany w Kodeksie Pracy. Czy będzie jednak kąsał rękę, która go karmiła?
Takich sprzeczności w Sojuszu Lewicy Demokratycznej jest coraz więcej. W kontekście normalizacji polskiego parlamentu - czas na rozpad SLD już najwyższy. Szczeliny widać coraz wyraźniej, a szpachlówka Leszka Millera coraz bardziej kruszy się i pęka.
Paweł Falicki
 
Wyświetlony 8305 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.