wtorek, 21 grudzień 2010 15:08

Miłe popołudnie

Napisał

Kończył się kolejny dzień naszej redakcyjnej batalii przeciw faszyzmowi i obskurantyzmowi. Jeszcze tylko na zlecenie naczelnego udać się miałem na wernisaż naszego postępowego twórcy Adama Pozyry.

Samochód powitał mnie jak zwykle komunikatem o gotowości do drogi, po czym włączyła się moja ulubiona stacja radiowa. Nieodmiennie od wielu tygodni pierwsze miejsce listy przebojów zajmował mój ulubiony utwór. Jadąc, podśpiewywałem wraz z radiem:
Lubie mieć troche w czubie.
Lubie!
Lubie, kiedy mnie skubiesz.
Lubie!
Lubie gadki niedługie.
Lubie! Lubie! Lubie!
To przecież manifest naszego pokolenia! Prosta forma, zwięzła, a przecież tak wiele prawd kryjąca treść.
Mijałem właśnie billboard z wielkim napisem TOLERANCJA!, kiedy radio zaczęło nadawać inny z przebojów. Solista ochrypłym głosem, z nonszalancją ignorując linię melodyczną, śpiewał rozkosznie postępową pieśń miłosną:
I wanna be happy,
I wanna be rich,
Will you be near me,
my darling, my Nick!
Cóż za wspaniałe czasy!
W dzienniku, jak zwykle, podano szereg istotnych informacji z frontu walki o tolerancję. Zainteresowała mnie ta o zdelegalizowaniu - wreszcie! - Partii Ograniczonego Postępu. Przywódcy tej organizacji w demonstracyjny sposób ignorowali wymóg 50-procentowego udziału kobiet w swoich władzach. Ta bezczelna faszystowska prowokacja wreszcie doczekała się odpowiedzi. I pomyśleć, że hipokryci ci nie zawahali się zbrukać pięknego słowa "postęp"!
Zelektryzowała mnie wiadomość, że Klub Intelektualistów na swą patronkę wybrał złotoustą "Korę". Wreszcie! Jak długo można było ignorować tak ważkie wypowiedzi tej wybitnej artystki na wszelkie możliwe tematy?!
Z wiadomości zagranicznych wspaniała była ta o obejmującym całą Europę zakazie publicznego wymieniania nazw "Austria", "austriacki", "wiedeński". Dotychczasowy walc wiedeński to od dziś walc środkowoeuropejski. Och, wreszcie się doczekali, podli rewanżyści!
Minąłem kolejną rewelacyjną planszę, na której obleśny klecha wznosił ręce ku piramidzie ułożonej ze złotych sztabek, nie zważając na głodne dziecko konające u jego stóp, i wjechałem na parking przed salonem wystaw przy ul. Marilyna Mansona.
Adam Pozyra znany jest z działań artystycznych wymierzonych w konserwę, określany bywa więc jako twórca kontrowersyjny. Ale jakie tam kontrowersje! Tak może gadać tylko jakiś zacofaniec z kościelnej kruchty. Nic dziwnego, że na jego wernisaż stawiła się cała elita intelektualna miasta. Tuż przy wejściu wianuszek wielbicieli otaczał niezwykle popularnego prof. Kupścia i jego nową żonę. Profesor wsławił się właśnie rozwodem z byłą modelką i małżeństwem z piękną inaczej specjalistką do spraw oczyszczania (co dawniej określano wzgardliwie jako sprzątaczka). Dagmara ma charakterystyczny wąsik i góruje nad otoczeniem swoją olbrzymią, rubensowską bryłą ciała. Stała się obecnie jakby wyznacznikiem nowej, poprawnej politycznie estetyki.
Do estetyki tej nawiązały zresztą hostessy roznoszące drinki i częstujące gości tradycyjnymi chipsami. Sala dudniła, kiedy kroczyły po sali na solidnie umięśnionych nogach, wypływając wręcz ze swoich tiulowych strojów. Muzy dzisiejszych czasów.
Pewne zamieszanie wywołało wejście malowniczej grupy znanego lolitafila Armanda Bąka z jego sześcioma dwunastoletnimi kochankami. Młodość, zapał, energia - nasza duma i przyszłość! Rozszczebiotane dziewczęta na długi czas zawładnęły salą wystawową.
Bohater dnia pojawił się w nader oryginalnym stroju, ubrany jedynie w dżinsową kurtkę. Wyraźnie widoczne były granatowo-zielone barwy jego penisa. Gdy już minęło początkowe zamieszanie, postarałem się o wypowiedź artysty dla czytelników naszej gazety.
- Uwagę wszystkich zwrócił pański niecodzienny strój, no i kolor penisa. Czy to rodzaj deklaracji ekologicznej albo politycznej?
- A wie Pan? Rzeczywiście tak można to interpretować... Ale było trochę inaczej. Gdy szykowałem się do dzisiejszej uroczystości, zacząłem prać spodnie i przytrzasnąłem sobie penisa drzwiczkami pralki.
- Musiało boleć!
- A co pan myśli! Wielka sztuka to zawsze cierpienie...
- A skąd te kolory?
- No cóż, one są chwilowo naturalne. Gdy je zobaczyłem, postanowiłem to twórczo spożytkować. Zresztą i tak przez pewien czas nie mogę nosić spodni.
- W imieniu czytelników dziękuję za tę krótką rozmowę i gratuluję pomysłu.
Był już wieczór, gdy syty wrażeń opuszczałem wernisaż. Przy wyjściu drogę zastąpiła mi zwalista postać. W pierwszej chwili przestraszyłem się, ale po pastelowych tiulach rozpoznałem: to jedna z hostess. Gdy zalotnie trąciła mnie łokciem, wyleciałem za drzwi.
Podążyła za mną. Czekają nas teraz rozkoszne chwile. Idziemy do niej pieszo wieczornymi ulicami miasta - samochód niestety zabrał ktoś uczciwy inaczej.
Miło tak iść i nie bać się niczego. W razie czego obroni mnie moja potężna kochanka. Co za przyjemny dzień. Ile doznań, ile uroczych chwil!
Romuald Lazarowicz
Wyświetlony 12014 razy
Więcej w tej kategorii: « Grzyby
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.