piątek, 31 grudzień 2010 14:46

Szkolne chomąto

Napisał

Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał ? powiada przysłowie. Ale nie dodaje, że czego Jaś się nauczy, to Jan i tak zapomni, zmuszony uczyć się rzeczy, o których Jaś nawet nie myślał. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, a to, czy Jan coś umie, czy nie, jest wyłącznie jego sprawą ? podobnie jak to, czy i co umie Jaś, powinno być sprawą jego rodziców.

 

Człowiek uczy się przez całe życie ? co do tego nie ma wątpliwości, gdyż napotykane nowe okoliczności zmuszają do poszukiwania nowych sposobów adaptacji. Jednak w perspektywie obecnego systemu nauczania powiedzenie to nabiera złowieszczego wymiaru. Jeśli bowiem policzymy lata, które współczesny człowiek musi bądź chce spędzić w różnego rodzaju szkołach, dojdziemy do wniosku, że stwierdzenie o uczeniu się przez całe życie jest zatrważająco prawdziwe. Najpierw wyrywa się malca z beztroski i radości dzieciństwa, pchając do zerówki, która w stosunku do szkoły pełni mniej więcej taką rolę, jak poprawczak dla prawdziwego więzienia. Potem mamy sześć lat szkoły podstawowej, trzy lata gimnazjum i trzy lata liceum. Wreszcie przychodzi czas na maturę, dla kpiny nazwaną egzaminem dojrzałości, chyba że dojrzałość polega na umiejętności mechanicznego rozwiązywania trywialnych testów i ściąganiu z sieci wzorców prezentacji ? ale to już potrafi ośmiolatek. Skoro poziom egzaminu maturalnego został ustalony na pułapie, który powstrzymać ma jedynie kompletnych analfabetów, nic dziwnego, że po maturze trzeba się uczyć dalej. Rynek pracy, intuicyjnie wyczuwając, że ludzie z obecnym średnim wykształceniem w gruncie rzeczy są równie nieprzydatni, jak przedszkolaki, słusznie domaga się dyplomu wyższej uczelni od kandydatów do najbardziej banalnej pracy. W normalnej sytuacji mogłoby to stać się powodem braku rąk do pracy, wyższe wykształcenie zdobywało bowiem jedynie kilka procent populacji, ale urzędnicy i o tym pomyśleli, likwidując egzaminy na studia.

W ten sposób po niemal piętnastu latach zmarnowanych w szkołach podstawowych i średnich, młodego człowieka, który nadal nie umie nawet tyle, by sprostać wymogom stawianym przed sprzedawcą czy magazynierem, pcha się na studia. Tak zimuje on kolejne trzy lata i jeśli trafił na uczelnię techniczną, ma szansę zdobyć w końcu jakiś fach, jeśli zaś wylądował na uniwersytecie bądź, nie daj Boże, w jakiejś ?szkole biznesu? czy innej podrzędnej szkole ?wyższej?, pozostaje mu pobieżne przerabianie ogólników dostarczanych przez jedną z interdyscyplinarnych ?nauk?, które rozpleniły się po uczelniach. Trzeba zresztą na ich obronę powiedzieć, że nie mogło być inaczej. Jeśli bowiem nagle wyższe wykształcenie trzeba zapewnić nie pięciu, ale pięćdziesięciu procentom ludzi, to ? o ile w jakiś cudowny sposób nagle nie wzrosła średnia ludzka inteligencja ? nie pozostaje nic innego, jak dostosować poziom do większości. Stąd biorą się te wszystkie europeistyki, filmologie, kulturologie, genderologie i futbologie, przygarniające nieszczęsnych licealistów, którzy dzięki temu przez trzy lata przyswajają sobie hobby podniesione do rangi nauki, choć w zasadzie równie dobrze mogliby wszystkiego tego dowiedzieć się w ciągu paru miesięcy z internetowej Wikipedii. Po tych trzech latach otrzymują tzw. licencjat, czyli zaświadczenie o posiadaniu wykształcenia wyższego zawodowego. Biorąc pod uwagę jakość i poziom kształcenia oraz egzotykę kierunków, zaświadczenie to jest zazwyczaj tyle samo warte, co dyplom ukończenia warsztatów filatelistycznych bądź korespondencyjnego kursu jogi. Ustawodawca jednak bierze to wszystko pod uwagę, dlatego licencjat nie jest jeszcze końcem tej drogi przez mękę. Następnym krokiem są dwuletnie studia magisterskie, które większość ludzi wykonuje w ramach innej dziedziny niż ta, którą jako tako przyswoili sobie w trakcie studiów pierwszego stopnia. Ponieważ przez dwa lata niczego poważnego nauczyć się nie da, służą one zazwyczaj pogłębianiu interdyscyplinarnego chaosu w głowie i jedynym ich poważnym uzasadnieniem jest możliwość prowadzenia bogatego życia towarzyskiego w czasie wolnym od pisania rozprawki, zwanej na wyrost pracą magisterską.

(...)

Wyświetlony 2396 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.