piątek, 28 styczeń 2011 15:37

Następstwa deklaracji Balfoura

Napisane przez

Bardzo ciekawy był artykuł w styczniowej ?Opcji na Prawo?, którego autorem jest Song Hongbing ?Od silnika do wojny? (?Opcja na Prawo?, nr 1/2011). Chciałbym jednak wnieść do niego pewne poprawki i uzupełnienia (może pewne niedokładności spowodowane były kwestią tłumaczenia i poczynionych skrótów).

 

Autor przypomina, że W listopadzie 1917 roku Wielka Brytania ogłosiła wspierającą Żydów Deklarację Balfoura, która wyrażała poparcie dla budowy żydowskiego państwa w Palestynie (s. 43). Niezupełnie!

Dodajmy, że Arthur James Balfour był w latach 1916-1919 ministrem spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii. Jego deklaracja nie mówiła jednak o budowie żydowskiego państwa w Palestynie, lecz o utworzeniu w Palestynie żydowskiej siedziby narodowej. A to jednak co innego. Nie państwa, ale siedziby narodowej. Niby prawie państwa, lecz niezupełnie. Wiemy, że słowo ?prawie? może stanowić dużą różnicę! Wielka Brytania obiecała więc siedzibę narodową, lecz nie państwo! Takie niedookreślenie było istotne. Niby coś obiecywało, lecz nie do końca. W każdej chwili można było z takiej obietnicy wycofać się, gdyby mówiono o państwie żydowskim, a byłoby to Londynowi nie na rękę. Bo wtedy Wielka Brytania mogłaby odpowiedzieć, że wcale nie obiecywała utworzenia w Palestynie państwa żydowskiego, lecz jedynie żydowskiej siedziby narodowej, wszystko jedno jak ją pojmować.

Można oburzać się na perfidny Albion, lecz lepiej uczyć się, jak prowadzić realną i skuteczną politykę. Można coś obiecać, ale nie w sposób definitywny, lecz taki, by nie był do końca jednoznacznie określony, by zostawić sobie furtkę i w razie czego móc się wycofać ze względnie nienaruszonym honorem, a przynajmniej zostawić sobie formalnie nienaruszone konto.

W takiej sytuacji jedni (Żydzi) będą bowiem mówili, że przecież obiecano nam państwo. Ale drudzy (Brytyjczycy) w razie potrzeby będą odpowiadali, że niczego takiego nie obiecywali, utrzymywali jedynie potrzebę stworzenia siedziby narodowej, ale nie państwa! I będą mieli rację.

W każdym razie od czasu ogłoszenia deklaracji zaczął się masowy napływ do Palestyny Żydów z Europy. Faktem jest, jak podaje artykuł, że o ile w 1917 r. było ich tam niespełna 50 tys., to w 1939 r. liczba ich wzrosła do 445 tys. Stało się tak za sprawą wpływowych wówczas organizacji syjonistycznych, przeciwnych asymilacji Żydów do społeczności europejskich i marzących o utworzeniu w Palestynie rzeczywiście państwa żydowskiego. Jednakże z biegiem czasu kolejne fale przybyszy żydowskich witane były niechętnie przez osiadłych wcześniej w Palestynie Arabów, aż do konfliktów zbrojnych włącznie. Zwłaszcza że Żydzi zakładali nowe miasta, wznosili fabryki i zakłady przemysłowe, organizowali rolnicze gospodarstwa (kibuce) o wysokiej wydajności plonów, wprowadzali zaczerpniętą w Europie cywilizację, co stawiało tradycyjnie gospodarujących Arabów w położeniu ludności gorszej kategorii. Jedyną obronę przed tym stanem rzeczy dostrzegali coraz częściej w zbrojnej likwidacji przybyszów. W tej sytuacji Żydzi powołali organizacje samoobrony (Hagana, Irgun, Stern i inne). Coraz częściej też dochodziło do starć połączonych ze strzelaniną.

Sytuacja w Palestynie zaczęła niepokoić Brytyjczyków sprawujących tam mandat i nie życzących sobie militarnych starć. Pragnęli zachować spokój. W tej sytuacji więc wprowadzili około 1930 r. roczne kwoty liczbowe dla osiedleńców żydowskich, to znaczy wyznaczyli, ilu Żydów rocznie mogło przyjeżdżać na stałe do Palestyny, co zahamowało praktycznie swobodną ich tam migrację, wielu chętnych musiało zaś rezygnować z przyjazdu lub czekać w ?kolejce?. Była to tzw. Biała Księga MacDonalda, o której pisze Song Hongbing na s. 44, acz stwierdza, że została ona opublikowana w 1939 r. Jednakże szlaban na swobodny przyjazd Żydów do Palestyny i osiedlanie się ich tam na stałe ustawiono w 1930 r.

Wobec tego organizacje syjonistyczne zaczęły się oglądać za innymi tymczasowymi obszarami emigracyjnymi, dopóki nie zostanie przywrócona w Palestynie swoboda wjazdu. Rozważano Rodezję Południową (obecne Zimbabwe), wówczas kolonię brytyjską, ale Londyn nie zgodził się na to. Brano pod uwagę Peru, ale przeciwni byli temu syjoniści, jako terenowi położonemu niemal na końcu świata i niewypowiedzianie daleko od Palestyny.

Splotło się to z panującym w Europie powszechnym przekonaniem o przeludnieniu tego kontynentu. Jeśli więc Żydzi chcieli opuszczać Europę, przyjmowano to chętnie, gdyż liczba ludności w Europie zmniejszyłaby się. Byłbym jednak ostrożny co do sformułowania, że polityka brytyjska była najpierw prożydowska, a później proarabska (s. 44). Ta polityka zawsze była probrytyjska!, to znaczy zawsze odpowiadała aktualnym potrzebom politycznym Wielkiej Brytanii, tak jak je rozumiano.

W tym miejscu pojawia się wszakże polski wątek. W Polsce też panowało przekonanie o przeludnieniu kraju. Nie mówię, czy było zasadne, ale taki panował pogląd. Nie powiodły się zamierzenia zdobycia dla Polski jakiejkolwiek kolonii, do której mogliby wyjeżdżać chłopi, zwłaszcza bezrolni, marzący o posiadaniu jakiegoś własnego gospodarstwa, ani bezrobotni z miast, marzący o znalezieniu jakieś godziwej pracy. Dlatego popierano w Polsce emigrację, pod warunkiem wszakże zachowania przez emigrantów związku ze starym krajem, nie tylko związku sentymentalnego, ale i gospodarczego, co w założeniu powinno być ekonomicznie korzystne z jednej strony dla emigrantów, z drugiej dla Polski. Wtedy napatoczył się Madagaskar, kolonia francuska.

Pomińmy uzgodnienia międzyrządowe. W każdym razie w 1937 r. wyruszyła na Madagaskar komisja badająca szansę osadnictwa polskiego na tej wyspie. Na czele komisji stanął Mieczysław Lepecki. Wszakże w skład komisji wszedł także dyr. Alter (nie zdołałem ustalić jego imienia), jeden z liderów polskich organizacji syjonistycznych i inż. Salomon Dyk z Tel Awiwu, który wywodził się z Polski i też był związany ideowo ze syjonistami. Chodziło im o zbadanie, czy na Madagaskar mogliby udawać się także osadnicy żydowscy. Orzeczenie komisji brzmiało optymistycznie: są na Madagaskarze warunki do osiedlenia się tam emigrantów z Polski.

Pomińmy i to, że Mieczysław Lepecki był atakowany za to, że jakoby działa w interesie Żydów. W istocie działał w sprawie polskich ewentualnych emigrantów, działacze żydowscy zaś przyłączyli się do niego czy raczej jego komisji niejako okazjonalnie, bo po prostu nadarzyła się sposobność.

Wszystko było na jak najlepszej drodze, ale w pewnym momencie prasa francuska podniosła alarm, że Polacy chcą nam zażydzić Madagaskar. Było to spowodowane faktem, że nieco wcześniej, już po powrocie komisji do kraju i opublikowaniu przez nią opracowania o możliwości osadnictwa na Madagaskarze, Narodowa Demokracja rzuciła hasło Żydzi na Madagaskar. W rezultacie Francja wycofała się z zezwoleń na osadnictwo emigracyjne na Madagaskarze, a wkrótce wybuchła II wojna światowa.

Po dziś dzień hasło Żydzi na Madagaskar utożsamiane jest z polskimi poczynaniami kolonialnymi. Bzdura. Nie ma to z nimi nic wspólnego. Oczywiście, zapaleni zwolennicy kolonii dla Polski mieli nadzieję na to, że jeśli emigracja na tę wyspę będzie względnie liczna i jeśli osadnicy zamieszkają na jednym terytorium, wówczas będzie można po latach starać się u Francuzów o autonomię językową, kulturalną, a może i ekonomiczną, jeszcze później zaś o jakieś wspólne kondominium polsko-francuskie na części Madagaskaru, a wreszcie może i o odkupienie od Francji tego terytorium jako polskiej kolonii. Ale to wszystko były bardzo teoretyczne marzenia w nieokreślonej przyszłości. Chodziło jedynie o możliwość polskiego osadnictwa emigracyjnego na wyspie i o nic więcej. A przytoczone hasło z poczynaniami kolonialnymi nie miało nic wspólnego, jedynie z pozbyciem się Żydów z Polski, jak to obiecywała sobie endecja. Mogę tylko wskazać, że dokładniej na ten temat piszę w pracy Dyskurs kolonialny w Drugiej Rzeczypospolitej (wyd. DiG i IEiAK, Warszawa 2010), zaś więcej znajdzie się w przygotowywanej przeze mnie pracy Tropikalne afery.

Nie wiem dlaczego więc w potocznej wiedzy Madagaskar utożsamiany jest z dążeniami do uczynienia z tej wyspy polskiej kolonii. Chyba dlatego, że sprawa ? tak jak została przedstawiona wyżej ? nabrała rozgłosu i była to ostania, acz nieudana, polska akcja osadnicza przed wojną. A może i dlatego, że zapaleńcy osądzali powierzchnię sprawy, nie wiedząc, co się naprawdę pod nią kryje. W ten sposób widać, jak fałszywe stereotypy mają długi żywot, a co gorsza żyją własnym, fikcyjnym życiem.

Jestem też innego zdania aniżeli autor co do przyczyn wybuchu II wojny światowej. Wydaje mi się, że popada on w mitologię, sięgając lewą ręką do prawego ucha. Powody wojny widzę w konflikcie interesów między Niemcami a Wielką Brytanią i Francją, a nie w spisku żydowskim. Nadto uważam, że dodatkowych przyczyn dostarczyło dążenie do hegemonii światowej Związku Radzieckiego. Inne przyczyny mogą być co najwyżej dodatkowe, a w istocie mityczne.

Wyświetlony 3358 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.