wtorek, 01 marzec 2011 00:10

Krzyk (Legenda)

Napisane przez

Wiosna roku tysiąc osiemset sześćdziesiątego czwartego przyszła w zabiedzone nowogórskie okolice po wyjątkowo długiej i mroźnej zimie. Nocami trzymał jeszcze mróz, ale w dzień śmiałe kwietniowe słońce poczynało sobie całkiem raźno. Śnieżna szata szybko znikała, odsłaniając mizerię i zniszczenia w chłopskich obejściach. Zima okrutnie przetrzebiła pobliskie lasy. Zwierzyna, albo zdechła z braku pożywienia, albo została odłowiona przez okolicznych kłusowników. Tylko wygłodniałe wilki, których w takiej liczbie nie widziano tu od lat, podchodziły bezczelnie tuż pod chałupy i warczały groźnie na widok ludzi. Nawet w dzień strach było opuszczać zagrody położone bliżej lasu.

Na rynek w Nowej Górze wiosenne życie wróciło z początkiem kwietnia. Zamiast sań pojawiły się chłopskie furmanki. Pod sklep i pod karczmę częściej zajeżdżały wozy z Krzeszowic. Ludzie we wsi zaczynali żwawiej krzątać się koło gospodarstw.

W niedzielę rano przyjechał do księdza z wizytą hrabia Potocki ze świtą. Było to dla wsi nie lada wydarzenie. Chłopi wybiegli z chałup ku drodze, żeby przyjrzeć się jaśniepaństwu. Hrabia jechał na czarnym jak smoła ogierze, w towarzystwie czterech innych jeźdźców. Nie zwracał uwagi na gromadzącą się gawiedź. Za nimi wlokła się bryczka, pusta w środku i tylko z woźnicą na koźle. Goście od razu skierowali się na plebanię. Jasiu Goryń, dziesięcioletni jąkała, chłopaczyna znany ze sprytu, pobiegł za nimi niby przypilnować koni. Liczył, że pany rzucą grosza. Długo stał tuż przy kościele, schowany za kapliczką. W końcu dostrzegł go organista i przegonił precz, kuksańców nie szczędząc. Hrabia z księdzem i z przybyłym państwem siedzieli na plebani do popołudnia. Coś tam wszyscy radzili. Ludziska gadały, że hrabia pieniędzy na kościół przywiózł. Jeszcze tego samego dnia znany z patriotycznych wystąpień stary ksiądz Gradowski na mszy modlić się kazał, za tych co majątki swe i życie poświęcili dla Ojczyzny ratowania.

Mówił te słowa głosem słabym, a z jego mądrych oczu ciekły łzy. Chłopi i tak niewiele rozumieli, miarkując po swojemu. ? A po cóż to majątek tracić. Już tam pany kształcone, to może im inaczej wypada. U nas rozumy i majątki żadne, to i cicho siedzieć musim.

Kiedy Jaśko wrócił zapłakany do domu, nie usłyszał od matki pocieszenia.

? A cóżeś ty myśloł, głupolu ? krzyczała ? prędzej w pysk od pana weźmiesz. Oni całe złoto powstańcom dają, żeby je za granicę wywozili. Nie szukoj po wsi biedy, u nos ci jej dość.

Tylko siostra Jasia, Aneczka, młodsza od niego o trzy lata przytuliła go i pożałowała, że grosza nie dostał, a jeno guza przyniósł.

? Do po? po? powstania pójdę! ? groził Jasiu ? Jeszcze o? o? mnie w ko? kościele ksiądz będą o? opowiadali.

Anusia ręce załamywała i płaczem się zanosiła święcie wierząc w każde jego słowo. Gdy wieczorem tatko wrócił od Żyda z karczmy, pobiegła do niego i obłapiając za kolana dalej lać łzy.

? Do wojska polskiego pójdzie, powiedział, a ja sama zostanę i wilcy mnie zjedzą.

Ojciec zachwiał się na nogach, legł ciężko na łóżku i zanim zachrapał, zdążył tylko wybełkotać.

? Nie ślimtaj, smarku, jąkałów nie biorą.

O upadającym powstaniu wieść rozpuścił kowal. Ten w karczmie rozgadał w tajemnicy, że już dwa razy sanie rychtował do drogi nocnym gościom księdza.

? Pany wielkie. Wielkie ? opowiadał. ? Nocą zajeżdżają, ratunku się dopominając. Ksiądz po Żyda wtedy wysyła i żarcia od niego bierze. Chleba, kiełbasy, mięsa, a i gorzałki i wina. Dla samych koni dwa worki obroku. Widziałem, powstańcy złotem płacili.

Antek Goryń, ojciec Jaśka i Aneczki, słuchając tego, zły za stołem siedział i przemyśliwał.

? Ileż to kowalowi dać złota musieli, że mu się gęba tak wrednie śmieje. Co dzień złodzieja na gorzałkę stać. Ech, ręka świerzbi, żeby przywalić! Przecie każden lubi wypić, ino nie każdemu starcza, a Żyd, parch jeden, groził na krechę już więcej nie dawać. Ten dopiero złodziej ? pomyślał, czapkę z nerwów ścisnął i przed karczmę wybiegł żeby splunąć. Spojrzał w gwiazdy.

? Co tak łypieta na mnie psie juchy. Złota macie do syta, to i durne miny wam się stroić chce ? pogroził pięścią księżycowi. ? A i o tobie powiadają, żeś książę złodziei, bo im drogę nocą przyświecasz. Wszyscyście z tej samej parafii ? mruknął i poczłapał do domu.

Nie mógł spać tej nocy. Najpierw obudziło go okrutne pragnienie. Wypił ze trzy kwaterki wody, a jeszcze mu się pić chciało. Potem długo przewracał się w łóżku z boku na bok, w końcu wstał i zarzuciwszy kapote wyszedł przed chałupę. Noc grała lśniącymi gwiazdami. Księżyc, jasny i pełny świecił, że w koło widno jak w dzień. Stał w tym blasku i patrzył na swe połatane buty.

? Suszy jak w jaki gorąc ? mlasnął językiem.

Podszedł do studni. Oparł się rękami o kamienie. Tylko on jeden w całej okolicy miał własną wodę. Cała wieś stała na skale, dlatego od zawsze wodę donoszono tu z odległych miejsc. Studnię zaczął kopać jeszcze jego dziad. Choć podobnie jak inni prędko natrafił na twarde kamienie, jednak on, stary galmanowy górnik, nie poddał się. Zaczął kuć. I tak trwało to latami. Po troszeczku, po troszeczku. Nie zaprzestał nawet wówczas, gdy do wsi zaczęto tłoczyć wodę z Czernej i właściwie każdy mógł ją sobie nosić z rynku.

Pewnego dnia, a było to jeszcze na długo przed narodzinami Antka, ze szczeliny spomiędzy skał na dnie głębokiej sztolni trysnęła krystalicznie czysta ciecz.

Ani dziad, ani ojciec, ani on sam, Antek, nigdy nie dali nikomu nawet jednej kropli. Zresztą Antkowi, gdy myślał o życiu i o świecie, zawsze wychodziło, by dbać o swoje. Jednak z samej tej, jakże światłej myśli bogactwa nie przybywało, więc Antek klepał biedę, nędzą przekładając. Może dlatego tak często głaskał kamienie studni, zaglądał do jej wnętrza i pytał o radę.

Odsunął drewniany kubeł i wsadził głowę pod daszek. Czarna, nie kończąca się otchłań ciągnęła go do siebie. Strach jaki siedzi w tej głębi ? pomyślał. ? Nie bez powodu gadają, że kto tam zagląda ze śmiercią i z diabłem paktuje. Odetchnął ciężko. Z ust poszła mu para. Po chwili dosłyszał echo. Było rozedrgane, złamane na wiele kawałków. Zajrzał jeszcze głębiej i szepnął ? Co, studnio, radź. Czy życie z taką bidą i taką nędzą, to nie kłopot to?

? Pieniądzom, pieniądzom, złoto, złoto ? odpowiedziała studnia. ? Kruca fuks ? poderwał się, aż huknął łbem w daszek. ? Jeszcze i ta do mnie gada? ? Oszołomiony zrobił parę kroków w tył. Spojrzał w kierunku kościoła. Zdawało mu się, że słyszy parskanie konia.

? Już ścierwy zajechały? Psie syny ? smarknął na ziemię ? Musi im jest bardzo pilno. Drogą wóz przecie ledwie przelizie, takie błoto.

Wytężył wzrok ? Jakby co tam świeci. Pewnie na Śląsk uciekają. Pany wielkie.

Nagle usłyszał szelest. Koło dziurawego płotu błyszczały dwie pary wilczych ślepiów. Doszedł go cichy warkot. Białe kły szczerzyły się w wykrzywionych pyskach. Z gardeł bestii dochodził bulgot. Przeszły go ciarki. Popatrzył po podwórzu. Z dziesięć kroków od niego stała otwarta na oścież drewutnia. Tam, wiedział o tym, leżała na pieńku wyostrzona gładko siekiera. Spojrzał jeszcze raz na wilki. Zrobił krok. Stały nieruchomo. Ruszył biegiem do drewutni, złapał za siekierę i unosząc ją w górę, obrócił się ku wilkom. Nie było ich. Uciekły. Widocznie uznały, że nie dadzą mu rady. Był dumny. Przegonił gadzinę.

(...)

Wyświetlony 1894 razy
Więcej w tej kategorii: « W poczekalni
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.