wtorek, 01 marzec 2011 01:33

Wizyta w świątyni Guanyin

Napisane przez

Trzeci lutego to pierwszy dzień Chińskiego Nowego Roku Księżycowego, zgodnie z nakazami chińskiej tradycji, szczególnie żywymi w prowincji Guangdong. Towarzysząc mojej żonie, podążyłem do położonej w odległym Foshan świątyni buddyjskiej Nanhai Guanyin Si, oddać szacunek, poprosić o pomoc i spełnienie życzeń Bodhisatvę Guanyin.

 

Bodhisatva Guanyin (Guanyin Busa), znana pod pełnym imieniem Guanyinshi, ?Obserwująca dźwięki świata?, pełni funkcję bogini miłosierdzia, ma też swój odpowiednik jako istota nieśmiertelna w taoistycznych legendach. W Chinach jest przedstawiana jako kobieta, aczkolwiek co do jej płci nie ma ostatecznej pewności, albowiem jako Bodhistava zachowuje zdolność do ukazywania się zarówno jako kobieta, jak i jako mężczyzna. Guanyin jest symbolem miłosierdzia, współczucia, odpowiada na ludzkie prośby, ma zdolność do uwalniania od trosk (rezultatu złej karmy) ludzi uginających się pod ich ciężarem. Te, brzmiące dla Chińczyków dość abstrakcyjnie i prawdopodobnie niezrozumiale, funkcje Guanyin pozostają wszakże na dalszym planie, gdyż tym, co Guanyin może im zaoferować i co jest dla nich niezwykle atrakcyjne, jest szansa uzyskania męskiego potomka. Kobiety, które niezmiernie pragną urodzić synów, po odbyciu wizyty w świątyni Gunayin, złożeniu modłów i ofiar, mają szansę spełnić swoje pragnienia.

Guanyin jest przedstawiana jako kobieta siedząca w pozycji lotosu, trzymająca dzban z czystą wodą w lewej ręce oraz gałązkę wierzbową w prawej. Często towarzyszy jej dwójka dzieci, jej uczniów: chłopiec Shancai Tongzi oraz dziewczynka Longnu. Być może obecność Shancai Tongzi, cudownego chłopca, dosłownie zwanego Dzieckiem Bogactwa, stała się przyczyną wzrostu roli Guanyin, jako bogini gwarantującej rodzicom posiadanie męskiego potomka.

Świątynia Nanhai znajduje się na terenie parku zwanego Ogrodem Brzoskwiniowym Nanguo. Jej historyczne źródła sięgają roku 990, kiedy została ukończona jej budowa. Niestety, wielokrotnie ulegała zniszczeniu. Pod koniec XIX w. była już kompletną ruiną, a po zakończeniu II wojny światowej praktycznie przestała istnieć. Miejsce, które odwiedziłem, to całkowicie nowy kompleks świątynny, otwarty dokładnie 12 lutego 1996 r., retro wybudowane w historycznym miejscu i wzorowane na stylu architektonicznym z czasów dynastii Qing, przypominającym Zakazane Miasto w Pekinie.

Po długiej, dwugodzinnej podróży metrem i autobusem, względnie szybkiej dzięki małemu ruchowi ulicznemu (są przecież święta), docieramy do końcowego przystanku w Foshan. Wysiadamy naprzeciw wielkiego zamku w typowo chińskim stylu. To miasteczko filmowe, popularne miejsce wycieczek. Jest czas wolny, nie dziwi więc wypełniony samochodami rozległy parking, przylegający do wysokich szarych murów, i tłumy ludzi. Czeka nas solidny marsz, od świątyni dzieli nas bowiem kilka kilometrów. Musimy przejść przez park, minąć rzeźby i struktury żywcem skopiowane z Zachodu (prawdopodobnie z Francji) oraz sztuczne jezioro. Pogoda dopisuje, świeci słońce, jest ciepło sucho i przyjemnie. Mijamy plantację drzewek brzoskwiniowych, podążając dalej asfaltową drogą. Wymijają nas setki samochodów oraz motocyklistów oferujących usługi przewozowe. Większość Chińczyków nie lubi marszu i jeśli może, wybiera zmotoryzowane formy transportu. Docieramy nad jezioro. Wszędzie tłum i pełno śmieci. Skórki od mandarynek zalegają na trawnikach i chodnikach. Sznur samochodów sunie w kierunku świątyni. Sygnał informuje mnie, że otrzymałem wiadomość SMS. Czytam: jazda na rowerach po przygotowanych dróżkach stała się nową modą na spędzanie świąt przez mieszkańców Guandgongu. Rozglądam się, niestety wokół mnie jedynie samochody i motocykle, nie widzę nawet jednego roweru. Realia parku brzoskwiniowego są bezlitosne. Kantończycy, bo głównie ich mowę słyszę, choć jest też spora grupa przyjezdnych, wybierają jazdę samochodem i emisję CO2 jako formę spędzania świąt. Liczba aut jest porażająca. Od razu powstaje korek. Na szczęście są policjanci na motorach, zainstalowane megafony informują o sytuacji na drogach w parku i nadzwyczajnych wypadkach. Słychać częste komunikaty nawołujące zagubione dzieci do udania się pod opiekę wujków policjantów i poczekania na rodziców.

Mijając dziesiątki samochodów zaparkowanych przy chodniku i blokujących w 50% przepustowość drogi, docieramy do bram świątyni. Dumnie stojące kolumny oznajmiają bliskość świętego miejsca. Po lewej stronie ogromny głaz otoczony fioletowymi kwiatami labahua. Głaz przemawia głosem historii, dobywającym się z wyrytych na jego powierzchni znaków: Szczęśliwy dzień, 2554 lat historii buddyzmu. Po prawej stronie apokaliptyczny parking bez wolnych miejsc otoczony rojem motocyklistów-przewoźników, jest też policja. Przypatruję się markom maszyn, które dosiadają dzielni panowie: motocykliści na chińskich hondach (być może to wersja motoru z odległej przeszłości lub też chiński model niemający nic wspólnego z japońskim), policjanci, bardziej patriotycznie, na tianda, wizualnie nie różniących się niczym prócz kolorów.

(...)

Wyświetlony 2093 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.