poniedziałek, 28 marzec 2011 15:38

Opowieść karnawałowa

Napisane przez

W którejś z podkrakowskich wsi, zimową nocą.

Doktor nauk socjologicznych Tadeusz Dwutlenek już od godziny pruł swoim ścigaczem przez białą watę. W głowie szumiało mu jeszcze zioło, wypalone tuż przed wyjazdem. Czuł w sobie głęboki oddech niczym nieskrępowanej przestrzeni oraz spokojną, niebiańską lekkość bogów. Kawały śnieżnego puchu odrywane od zasp, przelatywały z szumem gdzieś ponad burtami.

? Muszę trzymać się kursu ? myślał. ? Wprawdzie to już tuż tuż, ale zdradliwe są odmęty i bezsensy tego kraju.

Gdy wata wpełzała pod podwozie i dziób łodzi podnosił się niebezpiecznie, Dwutlenek dociskał jeszcze bardziej gaz i wołał zawadiacko:

? Fruń kareto złota,

Ćpałem dzisiaj, piłem,

Tankowałem pojazd

I dawałem w żyłę!

Za szybą, słuchając takiej poezji, niebo wzdrygało się nieswojo, a księżyc zaciskał mocno powieki. Wewnątrz łodzi, co jakiś czas brzmiał surowy głos kapitana statku.

? Za dwieście metrów skręć w lewo. Przygotuj się do skrętu w lewo. Skręć w lewo.

Tadeusz wprawdzie wiedział, że on, europoseł, jest panem i nie musi słuchać byle automatycznego chama, ale, niestety, na statku kurs to więcej niż dyscyplina partyjna.

? Dzideczku, tylko nie zabłądź. Nie zabłądź. Pamiętaj, żeby zawsze na lewo ? wzdychała młoda pasażerka. ? Dzideczku, zrób trochę cieplej. Boże, ile tam, kurwa... przepraszam, śniegu.

Dwutlenek dawniej nazywał się Tlenek. Tuż przed kandydowaniem do Europarlamentu zmienił nazwisko na bardziej postępowe. Potem, ugruntował swoją pozycję w Europie, stając się beznarodowcem, obywatelem świata.

? Dzideczku, czy to już? ? pytała pasażerka, pilnie obserwując śnieżny krajobraz. ? I uważaj na tych biednych ludzi. Tak zimno, a oni pracują. Straszny kraj.

Rzeczywiście, jakiś czas temu, gdy ich terenowa toyota prawie przewróciła się, spadając z wysokiej skarpy, nieomal wpadli na ludzi pochłoniętych rozładunkiem nieoświetlonej ciężarówki.

? Tak to jest ? dumał swobodnie Tadeusz ? kiedyś rozjadę głupków. Zresztą, kto wie skąd się tacy biorą? No, bo właściwie to skąd? ? próbował głębiej analizować problem. Po namyśle odpowiedział rzeczowo: ? Pozyskiwanie głupków wydaje się wynikiem reakcji wytrącania. Czynnikiem sprawczym reakcji jest tutaj postawa ?nie ma głupich?, charakteryzująca zdrową część społeczeństwa.

Tak więc można stwierdzić: Głupki zasadniczo biorą się stąd, że na świecie nie ma głupich.

Nagle, niespodziewanie dla pasażerów samochód zwolnił, a po chwili zatrzymał się zupełnie. Kapitan statku oświadczył z dumą: ? Jesteś u celu. Dziękuję.

Stali przed bramą jakiegoś pokaźnego domostwa.

? No tak ? mruknął zaskoczony Tadeusz. ? Dojechaliśmy.

Opuścił boczną szybę i ziewnął przeciągle. Strumień mroźnego powietrza oblał mu tłustą gębę. Od strony posesji zmierzał w ich kierunku niewielki człowieczek.

? Witam szanownego europosła! Witam pana doktora! ? wołał z daleka.

Brama otworzyła się majestatycznie.

? Hura! Jesteśmy! ? sfetował sam siebie Tadeusz.

Gospodarz machnął ręką: ? Zjedźcie na dół, do garażu. Ja tam zaraz podejdę. Cześć, Liza! ? pozdrowił młodą kobietę siedzącą obok kierowcy.

Samochód zamruczał i zsunął się we wskazane miejsce.

Willa, a właściwie pałac, była imponująca. Dwupiętrowa, z czerwonym dachem, z garażami w piwnicach. Liczne wieżyczki, rzeźbione gzymsy i iście barokowe ornamenty okien, wszystko to budziło podziw przybyłych. Na parterze i na piętrze paliły się światła, z wnętrza dobiegała głośna muzyka.

? Co tak późno, doktorze drogi. Co tak późno! ? wołał właściciel, przeciskając się między luksusowymi limuzynami. ? Rany Boskie, przecież już jedenasta. Zabawa trwa na całego.

? Spokojnie, sędziulo. Powolutku ? mruknął zadowolony grubas. Spojrzał na gospodarza spoza szybek małych okularów.

Sędzia Antoni Włapski był znany jako człowiek o określonej pozycji w krakowskim świecie prawniczym, jednak dzisiaj sprawiał cokolwiek niekonwencjonalne wrażenie. Ubrany w białą, płócienną koszulę, wypuszczoną na bufiaste spodnie, przepasany jutowym sznurem wyglądał jak chłop pańszczyźniany. Komizmu dopełniał wciśnięty na głowę zbyt duży kapelusz. Zupełnie ostatnim bastionem powagi sędziego pozostawała jego twarz. Nie wyrażała absolutnie niczego.

Maskarada ubawiła gości. Elizabet aż podskakiwała na siedzeniu i wołała: ? Dzideczku, ja też chcę za chłopkę! Za chłopkę, za chłopkę!.

? Karnawał ? rzucił sędzia. ? Przebrać się to mus. Moja Zofia na pewno coś ci wynajdzie.

Pochylił się nad oknem samochodu i szepnął do Tadeusza: ? Już miałem obawy, że nawaliłeś. Burmistrz wiele razy pytał o ciebie ? patrzył w małe oczka grubasa i z każdą chwilą nabierał pewności, że ten jest pijany. ? Jechałeś do nas od strony Krzyku? ? spytał zaniepokojony. ? Przecież to wariactwo. Tu normalny dojazd jest drogą z dołu. Tamtędy straszny spad.

Europoseł wygramolił się z samochodu i grożąc sędziemu palcem wybełkotał: ? Hola, hola! Ja jak jestem napity, nigdy sam nie prowadzę! Nie namówisz mnie. Ten, co do mnie gada z mojej nawigacji, no wiesz, ten idiota ?Za dwieście metrów jedź prosto!?, on kieruje. Ale przecież to kretyn! Za tym ostrym zjazdem mało nie przygrzałem w jakąś ciężarówkę. Stoi po nocy bez świateł, jacyś ludzie coś tam cichaczem ładują. Po ciemku? ? spojrzał pytająco na sędziego.

? Sąsiad się buduje ? burknął sędzia. ? Materiał mu pewno zwożą. Poznasz go. To wybitny finansista. Ordynator przedszkola.

? Przedszkola?!  ? otrząsnął się Tadeusz próbując przetrzeźwieć.

? Tak go tutaj nazywamy. Jest właścicielem kliniki Piękni Zdrowi i Bogaci w Krzeszowicach. Chirurgia plastyczna! Nie byle co. Dawniej było tam przedszkole. Facet nazywa się Mirosław Doktorgiewicz. Musiałeś słyszeć. Prześladowany i inwigilowany w słusznie minionym okresie. Do dzisiaj znana sprawa, bo to zaledwie parę lat temu. Wirtuoz stołów operacyjnych. Tęga głowa! Większość działek w okolicy, wszystko jego. Dom buduje tu obok. Jako człowiek mądry, który z zasady grosza nie marnuje, materiały ze ?sklepu nocnego? zwozi. No chodźcie, chodźcie! Ledwie zdążyliście ? rzucił raźno. ? Za godzinę będzie kulig z pochodniami, a potem ognie sztuczne. Nie będę opowiadał, ile mnie to wszystko kosztowało!

Elizabet, która właśnie skończyła pudrowanie noska i chowała lusterko do torebki, spojrzała sędziemu głęboko w oczy.

? Ładny dom. Bogaty ? szepnęła zalotnie.

Przez chwilę czarowała obu panów, wyszczerzając do nich białe zęby. Europoseł i sędzia Antoni dobiegali właśnie sześćdziesiątki, ale nadal reagowali na uroki płci pięknej.

Tadeusz stanął przy ścianie garażu. Przyglądał się wystającym z niej tajemniczym zegarom.

? Co ty tu masz, Antek, maszynerię łodzi podwodnej?

? Jak to co? ? odbąknął sędzia. ? Prąd reperuję. Ciągle wybija, a dałem temu, no! jakże mu tam, dałem temu durniowi wolne. Tutaj wszyscy prąd bokiem ciągną. Dzisiaj, oczywiście, już też szlag trafił!

? Tak, tak. Uff! ? sapnął europoseł dopinając za ciasną marynarkę. ? Ludzie kradną, a uczciwy cierpi.

? Nie kpij! Powiedziałem przecież, że wszyscy!

Ruszyli na górę. Z garaży do salonu wchodziło się po wąskich, krętych schodach, zostawiając za sobą niewielki korytarzyk.

Salon, pełniący dzisiaj rolę sali balowej, był wypełniony gośćmi. Grała muzyka, wkoło wirujących w tańcu karnawałowiczów uwijały się baloniki, kolorowe wstążki, złote serpentyny. Nad tłumkiem zwisał wielki kryształowy żyrandol. W głębi pokoju zorganizowano bar, z prawdziwym szynkwasem, wysokimi stołkami i z barmanem na stanowisku. W holu, przyległym do salonu od strony baru, stały stoły pełne jadła.

Gości było około pięćdziesięciu. Kilku siedziało przy barze, większość podskakiwała na środku parkietu w rytm piosenki

Hop, łupu cupu! Hop, przyszła pora.

Garścią zagarniaj! Garścią do wora!!!

Wysoki łysy jegomość, dotychczas tańczący w tłumie, na widok Tadeusza odłączył się od towarzystwa i wrzasnął : ? Pan europoseł! Nareszcie! ? ruszył dziarsko w jego kierunku. ? Widziałem pana w telewizji! Czyżby prosto z Mekki? Karniaka dla pana doktora. Karniaka! ? darł się.

? Spadaj, Wasyl! ? skonfundowany Tadeusz odepchnął intruza. Ten jednak nie ustępował ? Mmm! Jakie zapachy! Pewnie ze dwadzieścia eurosów za flakonik? ? próbował cmoknąć europosła w policzek. ? Mmm! Co tam dwadzieścia. Przynajmniej sto dwadzieścia!!!

? Panowie, panowie! ? pomiędzy gości wkroczył gospodarz. ? Zostawcie czułości na później! ? rzekł, odciągając Tadeusza na bok

? Nie wiedziałem, że się znacie ? rzucił cichaczem. ? Prezes Wasylewicz to nasz skarb. Znany przedsiębiorca, twórca fundacji i mecenas sztuki. To nasza młodzież. Ledwo po trzydziestce, a już ho, ho! Dbamy tu o niego.

Dwutlenek nie ukrywał oburzenia. Krzyczał : ? Prezes? Znany przedsiębiorca? Żartujesz! Przecież to Wasyl ? złodziej samochodów. Myślałem, że siedzi!!! Przedsiębiorca! A to dobre!!!

Nagle zamilkł i zamyślił się. Spojrzał podejrzliwie na sędziego

? Aha, to on daje forsę na ten pomnik pojednania? Ostro grasz, Antek. Żeby czasami nie za ostro.

Sędzia zrobił nobliwą minę

? Nasza fundacja nosi nazwę ?Prawo w służbie przyszłości?. Przyszłości, Tadeuszu, a i słowo ?w służbie? też niebagatelne. Poza tym Wasylewicz, z tego, co pamiętam, nie ma postawionych żadnych zarzutów. Jest bez zarzutu!

? Muszę się napić! ? sapnął Tadeusz, ujął Elizabet pod rękę i udali się do baru.

 W barze siedziało kilka osób. Dwóch goryli prezesa Wasylewicza gniotło zbyt małe stołki, podstarzała dziennikarka telewizji TFałszN, redaktor Katarzyna Kukiełka-Pacynka dłubała słomką w zębach. Siedzący obok, mocno pijany znany biznesmen Czesław Rączka próbował zabawiać wszystkich rozmową.

? Tak drodzy państwo! ? grzmiał bełkotliwie. ? To jest jak gra w szachy na trzech szachownicach. Moja pierwsza firma, wygrywa przetarg, bierze kredyt i rozpoczyna. W tym czasie druga prowadzi już budowę, ale, niestety, notuje opóźnienia, no i, niestety, ach, niestety, nie płaci podwykonawcom. Trzecia firma jest na etapie końcowym. Nie spłaca kredytów, zwalnia ludzi i ogłasza bankructwo. ? Tu biznesmen skulił się w sobie, rozłożył bezradnie ręce i zakwilił boleśnie

? No, nie zapłacę! Nie zapłacę. Nie mam! Jestem zrujnowany!!! ? pociągnął ze szklanki spory łyk wódki. Przełknął. Z jego otyłej, spoconej twarzy nie znikał wyraz cierpienia.

? Wszystko to prawda! ? bełkotał dalej. ? Sąd poświadczy! O! Nasz gospodarz jest sędzią. Niezawisłym! Syndykiem jest jego żona. Nomen omen moja siostrzyczka. Poświadczą z urzędu! ? rozejrzał się po obecnych i ryknął cynicznym śmiechem. ? Cha, cha! Cha, cha, cha! ? wprost pękał ze śmiechu.

(...)

Wyświetlony 2148 razy
Więcej w tej kategorii: « Magia katastrof
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.