środa, 28 wrzesień 2011 21:16

Pięć kilo kirpykli

Napisał

Wilno i Lwów ? wymawiamy zwykle na jednym oddechu. A przecież owe miasta zawsze były bardzo różne. Lwów niezmiennie przebojowy, nieco rubaszny, rozśpiewany, Wilno zdystansowane, jakby delikatniejsze. Z obu wygnali nas sowieci, nie Ukraińcy i Litwini przecież. Lwów jest nadal bardziej znany i jakby wciąż obecny w duszy polskiej; Wilno zaś w pamięci o Rzeczypospolitej.

Pod wpływem impulsu postanowiliśmy z żoną i przyjacielem pojechać i bezpośrednio poznać to tajemnicze, legendarne miasto i region, małą ojczyznę Mickiewicza, Słowackiego, Śniadeckich, Mackiewiczów, Piłsudskiego i całego legionu innych wielkich Polaków.

Oficjalne dane mówią, że PKB per capita Litwy jest tylko trochę mniejsze niż Polski. Gołym okiem widać jednak, że Litwa to kraj może nie ubogi, ale na pewno biedny. Domy i samochody są przeważnie stare, ceny podobne do naszych, ale zarobki dużo mniejsze. Nadzieję na poprawę losu Litwini i Polacy, z którymi rozmawialiśmy, upatrują w wyjeździe do Polski albo, lepiej, do Anglii. Życie w niewiele większych Czechach biegnie jednak zupełnie innym rytmem. Tu jest się rzeczywiście na kresach Europy.

Zaskoczenia

Pierwsze pojawiają się zaraz po minięciu granicy. Przynajmniej ja wyobrażałem sobie Litwę jako mały, ale gospodarny i dość dobrze prosperujący kraj. Nawet jednak na tle nie najbogatszej przecież polskiej (bo jest i litewska) Suwalszczyzny Litwa robi dziwne wrażenie. Gospodarstwa są rzadko rozrzucone po wzgórzach, nieogrodzone i najczęściej bez sadów, a ziemia w sporej części zostawiona odłogiem. Domy z reguły drewniane, szare, kryte eternitem, robiące wrażenie jakby przeniesionych z głębokiej polskiej prowincji sprzed 50 lat, bez wodociągów i ze sławojkami. Im głębiej w kraj, tym bardziej pogłębia się to wrażenie. Ze zdumieniem ujrzeliśmy takie chałupy również w samym centrum stolicy, Wilna, a pełno ich w Nowej Wilejce (obecnie dzielnica Wilna, najbardziej polska), mnóstwo w Trokach, Ejszyszkach, Solecznikach, trochę i w Kownie.

Dosyć tu pusto, potwierdzają to dane statystyczne: gęstość zaludnienia jest trzykrotnie mniejsza od polskiej, a trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że jedna trzecia narodu zamieszkuje jedyne trzy duże miasta (Wilno, Kowno, Kłajpeda). W bardzo niewielu wsiach są kościoły (co nie dziwi ? sowieci byli tu przez prawie pół wieku!), zdarzają się natomiast kapliczki i przydrożne krzyże.

Drogi są dobre i zadbane, nawet boczne (choć z wyjątkami), ale na ogół wąskie. Nie ma nadmiaru znaków, jak na wielu szosach polskich. Ruch na drogach i ulicach miast jest bardzo niewielki, samochodów mało i są one dość wysłużone. We wsiach zdarzają się furmanki, które w Polsce już całkiem znikły. Uważać trzeba na kierowców ciężarówek, bo zdarza się, że jeżdżą ?po sowiecku? ? niebezpiecznie i bez zwracania uwagi na innych. Nie ma korków, a karetki pogotowia jedynie wyjątkowo używają syren (w ciągu kilku dni słyszałem je bodaj dwa razy). Przy małym ruchu drogowym wypadków jest bardzo mało.

Zadziwia znikoma ilość reklam przydrożnych ? jedziemy dziesiątki kilometrów i nie widzimy ani jednego bilbordu! Pojawiają się trochę koło Kowna, ale stolica prawie całkowicie jest ich pozbawiona. Nie ma też właściwie, oprócz zupełnych wyjątków, hipermarketów, nie mówiąc o galeriach handlowych. Sklepy są przeważnie małe, co najwyżej przypominają nasze osiedlowe supermarkety.

W ciągu kilku dni spędzonych na Litwie jedynie w Ejszyszkach widziałem dwóch czy trzech pijanych (zresztą nie wiem jakiej narodowości), mimo że piwa pije się tu dużo, jak zresztą wszędzie na Zachodzie.

Piękne są krajobrazy, łagodne wzgórza, rozległe perspektywy, liczne jeziora, meandrujące rzeki. No i mnóstwo bocianów, w Polsce jest ich tyle jedynie na Suwalszczyźnie. Skojarzenia z opisami Mickiewicza są naturalne, ?Pana Tadeusza? można tutaj czytać jak... przewodnik krajoznawczy.

Żyją tu też niezwykłe koty, z wielobarwnym, brązowawym futerkiem, a w sklepach z pamiątkami też mnóstwo figurek właśnie przede wszystkim kotów, w najrozmaitszy sposób ujętych. Pytaliśmy nawet Litwinów, czy koty mają dla nich jakieś szczególne znaczenie, ale jakby nie dostrzegali tej osobliwości, którą im przypisywaliśmy. Tajemnica?!

Mnóstwo jest lasów (nawet w samym Wilnie!). Oglądając je, myślałem o żołnierzach AK i tych dziesiątkach tysięcy kryjących się w głuszy leśnej litewskich ?żołnierzy wyklętych?, którzy po wojnie beznadziejnie walczyli o wolność swojej ojczyzny. Przyroda im sprzyjała, ale przecież zwyciężyło sowieckie barbarzyństwo. Terror był tu jeszcze większy niż w Polsce, a na Syberię trafiła olbrzymia rzesza członków tego małego, dzielnego narodu.

Język

Na różnych lokalach widzieliśmy tajemnicze napisy ?Kirpykle?. Wymyślaliśmy sobie dla zabawy ich różne znaczenia: przychodzi pani do sklepu, bo skończyły się jej w domu kirpykle, a bardzo ich potrzebuje, prosi o pięć kilo... Rozważaliśmy nawet zakup testowy. Niektóre okolice, np. w Solecznikach, były dość obficie wyposażone w owe napisy. Po pewnym czasie zaskoczyliśmy: to po prostu salony fryzjerskie.

Zauroczyła nas elegancka bombonierka o nazwie ?Pupa?, oczywiście zaraz ją kupiliśmy. Od sprzedawczyni dowiedzieliśmy się, że oznacza to smak kawowy, choć słownik tłumaczy to jako fasola.

Kilka dni po nas na krótkiej wycieczce w Wilnie była nasza znajoma. Opowiadała, że zainteresował ją budynek, przed którym stała zorganizowana grupa ludzi. Dołączyła do niej i wkrótce weszła z nią do środka, sądząc, iż zaczyna zwiedzać muzeum Holokaustu, nie rozumiała przecież widniejących tam napisów litewskich, dopiero po chwili zorientowała się, że zwiedza? prosektorium z jakąś rodziną zmarłego.

Ładnie brzmi po litewsku ?dziękuję?: ačiu ? używaliśmy tego słowa często, zawsze wywołując uśmiech Litwinów. Z kolei ?do widzenia? dość trudno wypowiedzieć: iki pasimatymo.

Jest w litewskim trochę zapożyczeń z polskiego, brzmią prawie identycznie jak u nas: sejm, wiśnie, kompot, Zielna (Matka Boska), ratusz, mięso. Kiedyś było ich znacznie więcej. Sto lat temu zaczęto z premedytacją ich się pozbywać. Trochę podobnie brzmią ?tak? i ?nie? (taip, ne). Są i słowa uniwersalne z wielu języków: mechanik, telewizja, policja, kawa, restauracja, muzeum, kebab, taxi, gaz...

Język litewski jest bardzo stary i podobny jedynie do łotewskiego, a jest to, jak sądzę, takie podobieństwo, jak np. polskiego i rosyjskiego.

Znajomość polskiego, przynajmniej w tych miejscach, gdzie byliśmy, jest powszechna. Zdarzyło nam się jedynie trzy razy, że ktoś nas nie rozumiał i nie umiał odpowiedzieć (dwa razy były to Cyganki). Wszędzie, w sklepie, w restauracji, w kościele czy na ulicy, można dogadać się po polsku. Bywa, że odpowiedź padnie po rosyjsku, ale zaraz rozmówca przypomina sobie coraz więcej słów polskich. Niektórzy Litwini mówią piękną polszczyzną, jak ta dziewczyna (Litwinka) sprzedająca pamiątki przy ulicy Zamkowej w Wilnie. Skończyła polskie szkoły, do których wysłali ją rodzice, chcąc zapewnić jej większe szanse życiowe, choćby możliwość pracy w Polsce. Jest to dobitne zaprzeczenie twierdzeń władz litewskich, że wprowadzenie do polskich szkół litewskiego języka wykładowego służy Polakom, bo pomaga im w integracji i otwiera przed nimi nowe możliwości. Jest dokładnie odwrotnie.

Wilno

Banałem jest stwierdzić, że jest piękne. Trzeba je zobaczyć, a najlepiej zacząć od panoramy z baszty Giedymina na Górze Zamkowej. Stare miasto, rozmaite zaułki, przepiękna architektura, starannie po sowieckich porządkach restaurowane kościoły... Miasto jest litewskie, ale jego życie obraca się praktycznie wokół polskiej albo polsko-litewskiej przeszłości. Z tego w dużym stopniu żyje, choć może trochę wstydliwie.

Oczywiście sporo tu budynków pozostawionych przez sowietów; atrakcyjna i godna uwagi jest wszakże jedynie wieża telewizyjna (o ponad dwa metry wyższa od wieży Eiffla!), a przy niej memoriał zabitych litewskich jej obrońców z 1991 r. Niemal wszystko, co jest warte zobaczenia, mieści się na starym mieście i ma co najmniej 70 lat, choć przykuwa uwagę i z pięć bardzo wysokich wieżowców, postawionych już w wolnej Litwie. Chyba budzą dumę ? widziałem bowiem reklamę telewizyjną, w której wykorzystano je w tle, aby zapewne tworzyć pozory wielkiego miasta zabudowanego takimi nowoczesnymi gmachami. Lekkie przesunięcie kamery niweczyłoby złudzenie ? byłoby od razu widać, że to jedyne w mieście nowoczesne wyskościowce, wyrastające z dużo niższego otoczenia.

Rytm życia wydaje się tu dość powolny ? często musiałem sobie przypominać, że jestem w jednej z europejskich stolic, bo nawet mała Nysa wydaje się czasem dynamiczniejsza. Ta powolność, tutejszy spokój to jednak nie wada. To jest sympatyczne, a Wilno wydaje się znakomitym miejscem do mieszkania. Doskonałym pomysłem na komunikację miejską są trolejbusy ? mają wszystkie zalety tramwajów i żadnych ich wad. Ciche, szybkie, elastycznie włączające się w ruch.

Obserwowaliśmy młodych Litwinów, spotykających się przed ratuszem i na innych placach. Rozmawiali, śmiali się, śpiewali, popijali piwo, ale nie było żadnych awantur, pijaństwa, zaczepiania przechodniów. Nie wiem, czy przeklinali, ale jeśli tak, to szczęśliwie nie rozumieliśmy. Może idealizuję, ale ta młodzież robiła bardzo dobre wrażenie. Pojazdy policyjne przejeżdżają ulicami bardzo rzadko, a patrole piesze widać zupełnie wyjątkowo. Zachowanie młodych nie wynika więc z obawy przed karą.

Wizytę w Wilnie zaczęliśmy jak przystało: od Ostrej Bramy. To wzruszające, ale i dziwne doświadczenie. Bo na Jasnej Górze tłumy są zawsze i trudno nawet dojrzeć Obraz, a tu wspinamy się po stromych schodach i wśród kilkudziesięciu osób stajemy na wprost, na wyciągnięcie ręki przed jedną z naszych największych świętości... Wzruszenie olbrzymie.

Niedzielna msza w Archikatedrze była ciekawym doświadczeniem, bo po litewsku. Wileńscy Polacy żartują, że msze będą tam i po polsku, gdy w Katedrze warszawskiej będą msze po litewsku... Kościół był pełny, ale przeważali ludzie starsi, w tym bardzo wiekowe stylowe damy. Po mszy jeden z księży, oczywiście doskonale władający polskim, poświęcił nam medaliki spod Ostrej Bramy.

Akurat następnego dnia konfrontowaliśmy wrażenia, uczestnicząc w mszy w ?polskim? kościele ? było Matki Boskiej  Zielnej. Tu był właściwie kawałek Polski ? były całe rodziny z dziećmi, większość z zielnymi bukiecikami. Zaskoczyło nas, że celebrans nawet jednym słowem nie wspomniał polskiego wymiaru tego święta (cud nad Wisłą), choć samo kazanie było bardzo ładne, nieco poetyckie.

Zaraz po wyjściu z kościoła z zaskoczeniem usłyszeliśmy jednak (w centrum litewskiego Wilna!) polski hymn. Dobiegał z naszej ambasady, gdzie rozpoczynała się właśnie uroczystość. Zmierzało na nią grono staruszków w polskich mundurach.

Interesem, z którego żyje wiele osób, jest sprzedaż pamiątek. Imponuje ich duża różnorodność i dobre wykonanie. Stosunkowo mało typowego kiczu. Na pewno warto też zwrócić uwagę na wspaniałą, oryginalną litewską ceramikę. Nie oparliśmy się i kupiliśmy jedną filiżankę z podstawką, choć chciałoby się znacznie więcej, z przepięknej serii szkliwionej na czerwono.

Kupowanie pamiątek sprzyja rozmowom z rodakami. Tak właśnie poznaliśmy Jana Kozicza, wileńskiego poetę i marszanda sprzedającego niezłe obrazy na ul. Zamkowej. Dał nam odbitkę ze swoimi wierszami. Jest żonaty z Litwinką, tworząc z nią w domu, jak twierdzi, Rzeczpospolitą Obojga Narodów w miniaturze. Jest patriotą jednocześnie litewskim i polskim.

(...)

Wyświetlony 2539 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.