poniedziałek, 31 październik 2011 21:04

Wojna szpitalna

Napisane przez

Pan Lu spojrzał na bramę i potężną betonowo-marmurową, ponad dwudziestopiętrową, bryłę szpitalnego budynku. Po raz ostatni zawahał się, wsunął dłoń do wewnętrznej kieszeni swej marynarki. Upewnił się, że caidao, ostry jak brzytwa, wyposażony w dwudziestocentymetrowe ostrze, ciepły od letniego żaru tasak do krojenia mięsa i warzyw, jest na miejscu. Upokorzył mnie, ludzie się ze mnie śmieją, przez niego straciłem twarz i tak dużo pieniędzy, dałem mu kopertę, oszukał mnie, nie wywiązał się z obietnicy, zrobię to, nic już się nie liczy ? te myśli kłębiły się w jego głowie. Długa podróż nie osłabiła jego determinacji. Cała noc w pociągu z Pekinu do Dongguanu i kolejne dwie godziny w autobusie z Changping, gdzie znajduje się stacja kolejowa, aż do Changan, do szpitala, gdzie pracuje cel wendetty, sześćdziesięcioletni Liu Zhong Lin, lekarz neurolog.

 

Lu przypomniał sobie początek roku, gdy po raz pierwszy spotkał lekarza Liu. Dolegały mu bolesne zarówno fizycznie i psychicznie spazmy, niekontrolowane skurcze twarzy. Dwudziestodziewięcioletni Lu wyglądał szpetnie, a nie był aż tak bogaty, by kupić sobie żonę. Od zawsze był ambitny i uparty, dlatego też choroba tak dotkliwie raniła jego dumę.

Wizyta w gabinecie lekarskim przebiegła standartowo. Najpierw rejestracja, kilkadziesiąt minut oczekiwania. Następnie błyskawiczne pięć minut z doktorem, czekali przecież inni pacjenci. Niektórzy z nich za szeroko otwartymi drzwiami, ale większość ? tych bardziej walczących o swe prawa, nieufnych, obawiających się, całkiem słusznie, że ktoś wskoczy przed nich, stracą nie tylko czas, ale i szansę na wizytę, a opłata rejestracyjna, 7,5 yuana przepadnie na zawsze ? stała w gabinecie lekarskim, wsłuchując się z odległości kilkudziesięciu centymetrów w rozmowę lekarz-pacjent. Lekarz Liu spojrzał na Lu, przyjrzał się groteskowym grymasom na jego twarzy, zadał kilka mało istotnych pytań i przepisał lekarstwo: pigułki plus kroplówka. Lu pamiętał doskonale, lekarz Liu chłodno, bez współczucia, niczym nienawidzący zwierząt weterynarz dał gwarancję: Trochę czasu minie, ale powinno pomóc, jedz lekarstwo regularnie, nie pij alkoholu, nie jedz owoców morza i pij dużo wrzątku. Te tradycyjne chińskie rady dla umęczonych dolegliwościami pacjentów wtedy wydawały się rozsądne, teraz jednak brzmiały jak farsa, dowód niewiedzy czy wręcz złej woli. Wizyta nie była aż tak droga, 136 yuanów do kasy szpitala. Nie wiadomo, czy Lu wręczył lekarzowi czerwoną kopertę z czerwonymi stujuanowymi banknotami.

Niestety, późniejsze wydatki na lekarstwa znacznie przewyższyły te początkowe koszty. Tak się złożyło, że niezatrudniony na stałe Lu nie miał ubezpieczenia społecznego i zdrowotnego. Gdyby miał, wówczas większość kosztów poniósłby ubezpieczyciel, czyli pobierające składki państwo, a dokładniej Biuro Ubezpieczeń Shebaoju. Wykłócałoby się na pewno ze szpitalem o pieniądze, sprawdzałoby listę usług i refundowanych leków, Lu coś by dopłacił, ale nie doprowadziłoby go to do ruiny. Parszywy los ? dręczył się Lu ? gdybym tylko był urzędnikiem państwowym albo policjantem ? wtedy niestraszne, z punktu widzenia finansowego, byłyby dlań nawet poważne choroby, bowiem Lu przysługiwałoby uprawnienie do refundacji 80% kosztów leczenia i ewentualnych 90% kosztów operacyjnych, bez pobierania składek.

To był początek finansowej katastrofy. Nieposiadający ubezpieczenia Lu zjadał lekarstwa i kupował nowe. Szumiało mu w głowie, czuł się osłabiony, a efekty wciąż nie przychodziły. Postanowił skorzystać z drugiej opinii. Lekarze z Guangzhou, a później Pekinu, stanęli twarzą w twarz z jego chorobą. Oni również zawiedli. Ostatecznie Lu usłyszał porażającą diagnozę: Twoja choroba jest nieuleczalna Wpadł szał: Pół roku, 30 tysięcy wydane i dopiero teraz mówią mi, że nic nie da się zrobić? Dlaczego nie powiedzieli mi tego na samym początku, nie jestem bogaty, zrujnowali mnie. Żebym jeszcze miał gdzie pójść, odwołać się. Sąd? Nie mam czasu ani pieniędzy, poza tym zgubiłem faktury i książeczkę choroby. Poczucie beznadziei jak potężna fala ogarniało go i wciągało w głębię rozpaczy. Otrząsnęła go nienawiść, którą z całą mocą skoncentrował na pierwszym z tych, którzy obrabowali go z dorobku całego życia. Znienawidził lekarza Liu. Postanowił się zemścić, konsekwencje zemsty stały się mało istotne. Zabiję go ? pomyślał ? a potem spróbuję uciec do innej prowincji albo w rodzinne strony, rodzice mi pomogą, może mnie nie znajdą.

Robiło się coraz cieplej: nie ma czasu do stracenia. Lu minął budkę dozorcy pilnującego poruszającej się po szynie składanej bramy. Od pielęgniarki na parterze uzyskał informację, że lekarz Liu już przyjmuje, jest w swym gabinecie na trzecim piętrze wydziału neurologii. Lu podążał bez strachu. Wiedział o niedawno otwartym małym komisariacie w szpitalu (po zabójstwie lekarza w Dalang w 2008 roku władze postanowiły w każdym większym szpitalu otworzyć mały posterunek policji w celu zwiększenia poziomu bezpieczeństwa), ale obecność policji w niczym nie wpływała na jego determinację. Niczym kamikadze idący na śmierć za cesarza, stanął przed szeroko rozwartymi drzwiami gabinetu, tego samego, gdzie rozpoczęła się jego droga przez mękę.

(...)

Wyświetlony 1463 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.