wtorek, 29 czerwiec 2010 22:24

Witaj, szkoło

Napisał

Ostatnie sto lat to czasy zaawansowanego eksperymentatorstwa i reform. Wcześniej przynajmniej w pewnych sferach, takich jak rodzina czy ustrój polityczny, panował względny spokój, a zmiany następowały powoli i w sposób ewolucyjny. Oczywiście, nie obyło się bez paru szaleństw, głównie z udziałem Francuzów, którym zawdzięczamy tak zwaną francuską chorobę w postaci wenerycznej i politycznej, przy czym o ile ta pierwsza dotyczyła głównie marynarzy, o tyle druga w formie epidemicznej dotknęła całe społeczeństwa najpierw w roku 1789, a potem raz jeszcze, w 1871. Jednak pomimo tego większość ludzi mogła stwierdzić, parafrazując Talleyranda, że tylko ten, kto żył przed XX wiekiem, wie, na czym polega prawdziwe, normalne i spokojne życie.

 

Od początku ubiegłego stulecia sprawy potoczyły się inaczej i ludzkość postanowiła zafundować sobie kilka nowinek, które, dla wzmocnienia efektu, przybrały formę rewolucyjną. Na początku zaczęto eksperymentować z ustrojem, w wyniku czego kraj zajmujący sporą część Europy i niemal pół Azji wymknął się opisanym przez Marksa prawidłowościom historycznym i z epoki feudalizmu wrócił do stanu niewolnictwa. Zakrojone na szeroką skalę eksperymenty ustrojowe nieuchronnie zaczęły pociągać za sobą kolejne, bardziej lokalne zmiany. Najpierw gromada wybitnych intelektualistów uświadomiła ludzkości, że własność prywatna jest czymś złym. Aby żyć pełnią szczęścia, należy dokonać na tym polu głębokich reform i doprowadzić do sytuacji, w której nie będzie już tak, że jeden ma trzy krowy a drugi pół litra, lecz każdy ma wszystko to, co ma kto inny, czyli w rezultacie nikt nie ma niczego. Po eksperymentach z własnością poszło już z górki. Zaczęto reformować rodzinę, twierdząc, że dla kobiet będzie lepiej, jak pójdą do roboty, a dla dzieci, kiedy zamiast rodziców zajmą się nimi urzędnicy. Potem dobrano się do seksualności, w wyniku czego zasada, że każdy może z każdym w dowolny sposób została nie tylko usankcjonowana moralnie, ale nabrała wymiaru politycznego, jako podstawa wyzwolenia ludzkości. Nie oszczędzono również sztuki, co doprowadziło do masowej produkcji eksperymentalnych dzieł, z którymi obcowanie możliwe jest jedynie w stanie ciężkiego upojenia, kiedy człowiekowi i tak jest już wszystko jedno. Całe to eksperymentowanie i reformowanie miało doprowadzić do tego, że ludzie będą mądrzejsi, piękniejsi i szczęśliwsi, wydaje się jednak, że ilość szczęścia w przyrodzie specjalnie nie wzrosła, a zasadniczy postęp dokonuje się w dziedzinie zidiocenia. Powstaje zatem pytanie: jaki jest powód tego, że ludzie zamiast mądrzeć ? z pokolenia na pokolenie głupieją? Czy czasem nie ponoszą za to winy eksperymenty dokonywane tam, gdzie, jak to się mówi, skorupka za młodu nasiąka, a wiec w szkole?

Kiedyś było coś takiego, jak klasyczne wychowanie. Uczeń szedł do szkoły po to, by się czegoś nauczyć, choćby i na pamięć, a jeśli był bardziej bystry, to mógł to jeszcze zrozumieć i przedstawić własnymi słowami. Nauczyciela się bał, bo ten mógł go nie tylko źle ocenić, ale kiedy trzeba, również przyłożyć w ucho lub kazać klęczeć na grochu. Nauczano języków klasycznych, wbijano do głowy mowy Cycerona, kazano recytować Fausta, męczono algebrą i geometrią, a kto nie podołał, miał szansę pracować na świeżym powietrzu. Nie chciało się nosić teczki, trzeba ciągnąć dziś woreczki ? tłumaczył kiedyś Zenon Laskowik mało rozgarniętemu Bolkowi ? Chodziło się na wagary, trzeba dźwigać ciężary. System funkcjonował dość skutecznie, choć z postępowego punktu widzenia uznawano go za reakcyjny zamordyzm: uczeń nie miał praw, lecz obowiązki. Nic więc dziwnego, że kiedy widmo emancypacji zaczęło krążyć nad Europą i Ameryką, oprócz robotników i kobiet postanowiono wyzwolić też inną ciemiężoną grupę ? uczniów. Reformatorzy w rodzaju Deweya i jemu podobnych przyjrzeli się szkole i doszli do wniosku, że tak dalej być nie może. Wbijanie wiedzy do głów jest niczym więcej, jak przemocą, zresztą wbita wiedza jest bezużyteczna. Trzeba podejść pragmatycznie, uczeń ma być traktowany jak partner, a edukacja powinna być prowadzona w duchu dialogu. No i zaczęto eksperymentować.
W naszym kraju reformy szkolnictwa sięgają czasów PRL-u. Rozpoczynając budowę socjalistycznej ojczyzny uznano, że nadmiar wiedzy jest szkodliwy i nie ma potrzeby, aby uczeń wbijał sobie do głowy jakieś informacje o, dajmy na to, Katyniu czy cudzie nad Wisłą. Lepiej żeby się uczył o Leninie w Poroninie lub uranie w Magadanie. Przyznać trzeba jednak, że owe reformy przede wszystkim dotyczyły treści, a nie formy nauczania: uczniowie nadal wkuwali na pamięć wiersze wieszczów i daty bitew, biedzili się nad trygonometrią, na świadectwach znajdowali oceny niedostateczne i nieodpowiednie, a jak któryś zbyt długo męczył się w podstawówce, to zawsze czekały na niego ośrodki przysposobienia zawodowego, w których miał szansę zamiast Słowackim zająć się układaniem bruku. Prawdziwe reformy i eksperymenty zaczęły się dopiero po 1989 roku, kiedy uznano, że jedynym sposobem na usunięcie naszego zapóźnienia cywilizacyjnego jest dokładne kopiowanie tego, co wcześniej wymyślono i wprowadzono na Zachodzie. Nawet jeśli Zachód już zdążył się z tego wycofać.
W każdym razie na fali rozmaitych alternatywnych i eksperymentalnych metod edukacji, z których większość była mniej więcej tak skuteczna jak alternatywna medycyna, zaczęto kombinować, co by zrobić, aby nasz uczeń upodobnił się do swoich kolegów z Francji, Niemiec czy USA, mających problemy z odpowiedzią na pytanie, kto rozpętał II wojnę światową albo odszukaniem na mapie świata Japonii. Okazało się, że zrobić to się da i to dość szybko, wystarczy bowiem uznać, że nie chodzi o to, żeby uczeń wiedział to czy tamto, lecz, żeby umiał działać, czyli, jak mówiły fachury od reform, nie wiedza się liczy, lecz umiejętności. Ten ideał szkoły "bliższej życiu" obrazowo wyjaśnił jeden z autorów postępowych przemian, stwierdzając, że ważne jest przede wszystkim to, aby uczeń nauczył się wypełniać PIT, gdyż potrzebne informacje zawsze może sobie znaleźć w Internecie. I można powiedzieć, że doskonale oddaje to socjalistycznego ducha całego projektu: nieważne, czy ktoś pozostanie kompletnym głąbem, czy nie, grunt żeby płacił państwu podatki.
Zgodnie z takimi wytycznymi przystąpiono do realizacji eksperymentu, który stał się jedną z czterech wielkich reform przeprowadzanych przez rząd AWS-UW. Reformy te, jak wiadomo, przyniosły tyle pożytku, co reforma rolna, która, czy ją realizowano na Ukrainie, czy w krajach Afryki, efekt miała podobny: degradacja rolnictwa, ciągły niedobór żywności, a w skrajnych wypadkach i głód. Z reformą edukacyjną było podobnie: nie tylko skutecznie obniżono poziom nauczania, ale przy okazji zbiurokratyzowano szkolnictwo do granic absurdu, a dzięki chybionemu systemowi awansu zawodowego nauczycieli doprowadzono do tego, że nadal najlepiej trzyma się stara, niedouczona i broniona przez związki kadra, która tzw. mianowanie otrzymała nie na podstawie umiejętności, lecz stażu pracy, a młodzi, choćby i "z powołaniem", są skutecznie eliminowani. Jeśli zaś chodzi o uczniów, to na tym polu w pełni zadbano o to, aby się specjalnie nie przemęczali i nie tracili dobrego samopoczucia nawet jeśli są kompletnymi ignorantami. Zgodnie z lansowaną ideologią, głoszącą hasła w rodzaju "pełnomocności ucznia", w szkole powinien zapanować duch całkowitego egalitaryzmu. Nie ma miejsca na lepszych i gorszych, mądrzejszych i głupszych. Wszyscy są równie dobrzy, bo każdy coś tam potrafi ? jeden umie rozwiązywać równania z dwoma niewiadomymi, a drugi jest mistrzem w pluciu na odległość. Stąd niedaleka droga do sytuacji, w której szkoły wyższe opuszczać będąc tabuny Forrestów Gumpów, a więc poczciwych analfabetów, którzy uzyskali dyplomy dzięki kształceniu się w dziedzinie football studies czy gender studies. W każdym razie należy już od małego przyzwyczajać dzieciaki do tego, że nieważne co umiesz, i tak jesteś cool, a nauczyciel może ci skoczyć. A jak skoczy, to zawsze można mu założyć na głowę kubeł na śmieci, a potem nakręcić filmik o tym, jak się nieborak obija o ściany.
(?)
Damian Leszczyński

 

Wyświetlony 4465 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.