piątek, 20 sierpień 2010 11:31

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

W "Przeglądzie" (nr 39/2005) p. Bożena Umińska-"filozofka" (w zaświatach brzuchy Platona i Arystotelesa zgodnie zatrzęsły się ze śmiechu), "pisarka i poetka" (nawet Gabriela Zapolska załamała ręce), "feministka" (Mary Wollstonecraft przewróciła się w grobie) postawiła sobie następujące oto pytanie: Co bym zrobiła, gdybym została władczynią świata i miała władzę absolutną?.

 

Pozwolę sobie zatem zaprezentować fragmentaryczny rezultat jej intelektualnych deliberacji i wypływające z nich oświecone sugestie (Anglosasi mówią w takich przypadkach ? fruit of the poisoned tree): Zakazuję, w skali globu, posiadania więcej niż jednego, dwojga dzieci. (Wcale mi nie wstyd, że powielam idee chińskiego komunizmu, bo zgadzam się z nimi). Świat jest przeludniony. Nie dojdzie się też inaczej do szacunku dla jednostki i praw człowieka. Nie wprowadzam jednak przymusowego przerywania ciąży [ludzka pani, nie ma co... ? S.L.], bo to narusza podstawowe prawa kobiet ? kary byłyby inne [zapewne wymierzane męskim szowinistycznym świniom, per fas et nefas zmuszającym kobiety do reprodukcji oraz hipokrytycznie apoteozującym macierzyństwo ? S.L.]. Ten zakaz idzie w parze z zarządzeniem, że ci, którzy chcieliby mieć dzieci, musieliby przejść przynajmniej minimalną własną terapię, zdać państwowy egzamin z psychologii, psychologii rozwojowej i pedagogiki [myślę, że nie zaszkodziłby także egzamin z teorii feminizmu i doktryny Nowej Lewicy, a w panelu mogliby zasiadać np. Kinga Dunin, Kazimiera Szczuka, Jacek Żakowski, Dalajlama i Liroy ? S.L.]. Jak dalej rozkosznie gaworzy Umińska, byłby to koniec mitu rodzica. Na rodziców trzeba mieć wysokie kwalifikacje. Nikt już nie będzie cię szanował tylko dlatego, że przyszła ci do łba fantazja, żeby mieć dziecko. Druga propozycja pani Umińskiej jest już bardzie stereotypowa: Nie ma konsumpcji powyżej pewnej kwoty. Wszyscy ci, którzy dużo zarabiają, są wysoko opodatkowani. Szczególnie kosztowny jest luksus (luksus to jest np. torebka za 40 tys. euro lub wytwory wielkich kreatorów mody, luksusowe samochody, więcej niż jeden wygodny dom etc.) ? płacą do wspólnej kasy, a to idzie głównie na własną biedę oraz na kraje globalnego Południa: Afrykę, Amerykę Łacińską. (Czyli socjaldemokracja szwedzka w skali globalnej). Cele są pomocowe, edukacyjne plus ochrona środowiska. Uff, oczywiście, mógłbym tu teraz zacząć wyśmiewać intelektualny poziom wywodów pani Umińskiej, jej totalną nieznajomość ludzkiej natury i mechanizmów ekonomii (np. subiektywności ceny), wiarę w omnipotencję państwa przewyższającą nawet tę żywioną przez braci Kaczyńskich itd. Szczerze mówiąc, nie chce mi się a koń, jaki jest, każdy widzi. Powstaje jednak inne pytanie. Jak klaryfikuje notka autorska pod artykułem, Umińska wykłada na Uniwersytecie Warszawskim oraz w Collegium Civitas. Zastanawiam się, co trzeba napisać, aby władze tych szacownych instytucji wezwały swojego pracownika na dywanik? Gdy ostatnio okazało się, że progenitura jakiegoś profesora (bodajże z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika) aktywnie wchodziła na nazistowskie strony w Internecie, media wręcz zachłystywały się tą sytuacją. Gdy śp. Tomasz Strzembosz w sposób niezgodny z ustaloną wersją wydarzeń interpretował genezę i skutki zbrodni w Jedwabnem, chór autorytetów moralnych wręcz piał z oburzenia. Apologetyka chińskiego komunizmu zaś przechodzi zupełnie bez echa. No cóż, zatem Uniwersytetowi Warszawskiemu i Collegium Civitas gratulujemy Umińskiej. Cóż za świetny dodatek do grona kadry naukowej. Zresztą p. Umińska jest i tak umiarkowana w sądach na tle swoich znajomych. Jej inni towarzysze mają bowiem jeszcze ciekawsze idee i pomysły: delegalizacja wszystkich religii (które rzekomo są przymuszające, zastraszające, szantażujące, stadne, szczujące na innych itd.), parytet płci we wszelakich instytucjach władzy, przymusowa terapia psychologiczna dla słuchaczy Radia Maryja (a następnie pewnie czeka psychuszka dla tych niepoprawnych), likwidacja własności prywatnej itp. Oczywiście, wszyscy bohaterowie tekstu Umińskiej, jak i sama autorka, zostają w artykule zdefiniowani jako "humaniści". Jak łatwo dostrzec, niesłychanie szlachetne ideały kilku minionych rewolucji pozostają wiecznie żywe. Głupota ludzka naprawdę nie zna granic.

***
W niektórych kręgach przyjęło się rozszyfrowywanie skrótu LPR jako Liga Przyjaciół Rosji. Dwa artykuły w tygodniku "Myśl Polska" stwarzają interesujący asumpt do trafności takowego postawienia zagadnienia. Młodociany redaktor podpisujący się enigmatycznym skrótem MP argumentuje nam bowiem w taki oto sposób: Od marca tego roku usiłuje się nam wmówić, jak to źle się dzieje Polakom na Białorusi, w obronie nękanej mniejszości stanęły praktycznie wszystkie siły polityczne w kraju. Czy słusznie? Otóż wydaje się, że nie [...] Związek Polaków na Białorusi został wciągnięty w walkę o "wolność o demokrację" w tym kraju. Część jego członków słuchając podszeptów "doradców" uznała, że zamiast pracować na rzecz zachowania polskiej tożsamości w oderwanym od macierzy obszarze lepiej walczyć o "prawa człowieka" z władzą [uwielbiam te nagminne w publicystyce narodowców cudzysłowy przy określeniu "prawa człowieka" ? S.L.] [...] Oceniając wydarzenia na Białorusi należy postawić pytanie: jak czuli by się Polacy, gdyby ustrój w naszym państwie próbowałyby [jakaż urocza polszczyzna, nieprawdaż? W sam raz dla twardego narodowca ?S.L.] zmieniać osoby pokroju Henryka Krolla z mniejszości niemieckiej, a może Jerzy Gorzelik i inni śląscy autonomiści? Normalnym stwierdzeniem byłoby, że mamy do czynienia z piątą kolumną, że ktoś za pomocą mniejszości narodowej chce rozgrywać wewnętrzną politykę Polski [...] Żadna diaspora narodowa nie powinna uzurpować sobie prawa do kreowania polityki państwa, w którym zamieszkuje, rola takich organizacji to krzewienie kultury, walka o zachowanie żywego języka. Celem takich organizacji winno być również budowanie pomostów pomiędzy sąsiadującymi narodami, a nie generowanie konfliktu. Jak zatem MP interpretuje przyczyny wydarzeń na Białorusi? To Po prostu miażdżący walec rewolucji, który w całym świecie z bolszewizmu przekształcił się w demoliberalizm potrzebuje nowych ikon rewolucyjnej popkultury. No i wsio jasne.. Inny autor Myśli Polskiej, Józef Michał Janowski pomstuje natomiast zajadle: 17 września, rokrocznie ? od okrągłego stołu począwszy ? staje się dla szulerni rządzącej Polską okazją do rozpętywania wściekłej antyrosyjskiej kampanii propagandowej [...] w okolicach 17 września, wysuwane są najbardziej idiotyczne i absurdalne "zarzuty" i wygłaszane pełne nienawiści, nikczemne komentarze mające na celu przedstawienie Rosjan jako straszliwie groźnych potworów [...] jaki cel przyświeca pookrągłostołowym szulerom w oczernianiu Rosjan [...]? Ano cel tych ataków jest następujący: Rosja i Rosjanie dysponują siłą zdolną do zachowania pełnej suwerenności tego mocarstwa, nawet wobec zakusów światowego kapitału roszczącego sobie prawo do absolutnej władzy nad światem. Jeszcze tylko Rosja i Chiny stoją temu kapitałowi (reprezentowanemu przez Klub Bilderberg) na drodze do narzucenia swego dyktatu wszystkim państwom i narodom, co niewątpliwie musi budzić wściekłość rekinów finansowych wobec tych dwóch państw. Stąd biorą się bezpardonowe ataki poprawnych politycznie "sił postępu" na Chiny i Rosję i wysuwanie przez te siły najbardziej kłamliwych i absurdalnych oskarżeń: a to o "łamanie praw człowieka" w Chinach, mimo że w Chinach skazuje się na więzienie 6 razy mniej obywateli niż w USA w przeliczeniu na 100 tys. (Argument zaiste powalający logiką...) [...] już to o "wprowadzanie władzy despotycznej w Rosji" przez prezydenta Putina. Zapewne w głowach cokolwiek bardziej podejrzliwych Czytelników tej rubryki zasiane zostaje dyskretne przeświadczenie o potencjalnej agenturalności tego rodzaju wypowiedzi. Osobiście jestem jednakże przekonany, iż panowie MP i JMJ wypisują to, co wypisują, z najzupełniej czystych pobudek. Rosja i Federalna Służba Bezpieczeństwa to zbyt poważne państwo i zbyt poważna instytucja, aby finansować tak nieudolną propagandę. A że Roman Dmowski, słysząc sugestie swoich ideowych spadkobierców i epigonów, przewraca się w grobie, to zupełnie inna bajka.
***
Jeden z najbardziej przenikliwych pośród zwolenników akcesu analityków kondycji Wspólnot Europejskich Zdzisław Krasnodębski pisze ("Nowe Państwo", 6/2005): Elitom intelektualnym i politycznym krajów zachodnich, szczególnie lewicowym, chodziło przede wszystkim o budowę transnarodowej demokracji. Unia Europejska winna stać się realizacją Kantowskiego wyobrażenia o wiecznym pokoju, przynajmniej na skalę kontynentu. Przełamywanie barier między państwami oraz pokonywanie wrogości między narodami europejskimi ma być wzorem nowych relacji w świecie. W przeciwieństwie do Ameryki Europa ma nauczyć świat polityki opartej nie na sile, lecz pokojowych negocjacjach, nie na przemocy, ale sprawiedliwości. Stary Kontynent będzie eksportować stabilność i pokój, uczyć poszanowania prawa międzynarodowego [...] Zjednoczona Europa ma także dokonać pokojowej rewolucji gospodarczej, stawić czoła globalizacji, utożsamianej z dominacją neoliberalnej Ameryki, ochronić politykę socjalną [...] nieskutecznie uprawianą na poziomie poszczególnych państw, i wyeksportować europejski model państwa socjalnego w świat [...] Integracja europejska jest dla lewicy nowym ideałem organizującym polityczną wyobraźnię, jak kiedyś socjalizm i komunizm. Po kryzysie, w jaki wtrąciły ją lata osiemdziesiąte, i ostatecznym ciosie, jakim był rok 1989, wreszcie ma nowy podmiot, wyposażony w absolutne cnoty i mesjanistyczne cele: Europę. Zastępuje ona i proletariat, i "nowe ruchy społeczne". Odżywają marzenia o trzeciej drodze. Cóż, generalnie wypada, rzecz jasna, zgodzić się z Krasnodębskim. Mam jednakże jedno zastrzeżenie. Otóż w tekście profesora z Bremy implicite (a niekiedy wprost) zawarta jest sugestia, że ta wizja Europy funkcjonuje jedynie w stricte postulatywnych wypowiedziach luminarzy lewicowego establishmentu oraz należy do jakiegoś iluzorycznego imaginarium podstarzałych i podtatusiałych bojowników z pokolenia 1968. Tymczasem w mojej ocenie, nakreślony przez Krasnodębskiego obraz celnie opisuje istniejącą rzeczywistość dzisiejszej Europy. Czyż UE nie próbuje już dziś realizować utopijnych i złudnych marzeń zum ewigen Frieden? Czyż nie znajduje się już dziś w konflikcie z USA? Czyż nie usiłuje wprowadzić (względnie objąć protekcją) socjalistycznych eksperymentów? Czyż nie słychać w ramach UE ekshortacji do "okiełznania globalizacji"? Czyż wreszcie w enuncjacjach euroentuzjastów nie pobrzmiewa ten sam nieznośny ton "historycznych konieczności", charakterystyczny dla dawnej lewicy? I tutaj właśnie rodzi się poważny problem dla prawicowych orędowników integracji ? jak pogodzić afirmację akcesji z pleniącym się w UE lewicowo-utopijnym stylem myślenia i działania? Dalece nieprzekonujące są próby dowiedzenia, że lewicowy koncept integracji pozostaje jak dotąd w sferze dalszych planów. Po prostu rzeczywistość skrzeczy...
***
Brak oczekiwanych postępów w procesie sekularyzacji czy laicyzacji Polski po szczęśliwym upadku realnego socjalizmu budzi w kręgach lewicy źle skrywaną furię. Do niedawna, ze źle skrywaną nadzieją, wyrażano przekonanie, że "przełomem" w owej materii może okazać się dopiero śmierć Jana Pawła II. Tymczasem zarówno reakcja Polaków na zgon Papieża, jak i ich zachowanie przez kolejne miesiące okazały się dla "osobistych wrogów Pana Boga" (nie mam tu bynajmniej na myśli "zwykłych" ateistów czy niechrześcijan) powodem niesłychanej frustracji. Za emanację tego czupurnego zacietrzewienia może być przykładowo uznany tekst Michała Kozłowskiego ("Bez Dogmatu", nr 64). Autor, reflektując (choć to zdecydowanie za dużo powiedziane) nad zachowaniem Polaków w kwietniu 2005 roku, dostrzega w narodowej żałobie przede wszystkim objawy kultu jednostki, reżyserowanego spektaklu, presji i nacisku psychologicznego czy też zawłaszczania przez katolików przestrzeni publicznej. Dalej Kozłowski zadaje nam paraleninowskie pytanie (ach, te nawyki...): Czemu to wszystko służy? Skoro nie chodzi o papieską doktrynę, skoro w konfesyjnym języku gubią się treści, to po co komu ta narodowa celebra? Zapewne nie wszystkim jej uczestnikom przyświecają takie same cele, jednak funkcja spektaklu jest jednoznaczna. Konfesyjny slogan "abyśmy byli jedno" dobrze oddaje istotę sprawy. Chodzi o przeżywanie całkowitej jedności społecznej, ładu mitycznego i autorytarnego. Jedność nie ma innej treści poza czysto symboliczną, jest symulakrą-pozornie odwzorowuje nieistniejący ład. Jej funkcja społeczna jest za to bardzo wymierna. W społeczeństwie podzielonym klasowo, światopoglądowo, obyczajowo i mentalnościowo, w społeczeństwie walk i antagonizmów budowanie takiej symbolicznej jedności jest czynnikiem pacyfikującym myśl, niezależność i roszczenia wywłaszczonych. Aby taki projekt jedności spełnił swoją funkcję, musi mieć charakter kompensacyjny, a więc musi wiązać się ze stosowaniem przemocy. Konstruowanie totalnej jedności nie może się obejść bez przemocy. Jedność taka realizuje się zawsze poprzez wykluczenie, przypomina działanie partii komunistycznych, kościołów i innych pokrewnych instytucji. Im więcej mówi się o jedności, tym bardziej powinniśmy spodziewać się terroru, wykluczenia bądź anihilacji tych, którzy się w Jedni nie mieszczą. Jeśli ktoś proklamuje wszem i wobec powszechną jedność, ci, którzy się do niej nie piszą, stają się automatycznie niebezpieczni. W perspektywie jedności nie mają prawa istnieć, a więc trzeba coś zrobić, żeby istnieć przestali. No i bomba, powszechny smutek po śmierci Papieża staje się preludium do anihilacji inaczej myślących... Czy na sali jest lekarz? (przepraszam p. Kozłowskiego za zastosowanie wobec niego w tym ostatnim zdaniu przemocy werbalnej. Daję jednakże słowo, że nie pragnę go anihilować ani fizycznie, ani symbolicznie. Bez takich ludzi jak on nie wyrobiłbym przecież wierszówki).
***
W periodyku "Cywilizacja" (nr 12/2005) Kazimierz Ostaszewski rozważa problem własności prywatnej w perspektywie katolickiej nauki społecznej. Publicysta dowodzi, że niewłaściwe rozumienie znaczenia własności prywatnej środków produkcji prowadzi zawsze do kryzysów i napięć społecznych. Wiek XIX i XX to okres panowania dwóch skrajnych ideologii: liberalizmu i socjalizmu. Zarówno liberalne, jak i socjalistyczne rozumienie własności prywatnej jest błędne. Wprowadzenie w życie społeczno-gospodarcze obu skrajnych ideologii doprowadziło do skrajnych wynaturzeń. W liberalizmie własność prywatna traktowana jest w sposób całkowicie indywidualistyczny jako prawo do swobodnego dysponowania bez jakichkolwiek ograniczeń społecznych. Prawo własności prywatnej uznano "świętym" i "nienaruszalnym; za grzech śmiertelny uchodziło jej naruszenie przez osoby trzecie, za co uznawano też ingerencję państwa. Nieskrępowany liberalizm gospodarczy zabezpieczający absolutną dominację kapitału oraz własności doprowadził do olbrzymiej pauperyzacji mas pracujących i ich rodzin. Wielki postęp techniczny realizowano kosztem upadku moralnego. Skutkiem była sytuacja, w której ? jak pisze papież Leon XIII ? "garść możnych i bogaczy nałożyła jarzmo prawie niewolnicze niezmiernej liczbie proletariuszy. Ofiarą padła godność osobista robotnika, stał się on przedmiotem wyzysku, jego płacę obniżono do minimum, nie zwracano uwagi na warunki życia, a tym bardziej na jego potrzeby religijne. Nasuwają się w tym miejscu dwie zasadnicze wątpliwości. Po pierwsze, zrównanie liberalizmu z socjalizmem jest całkowitym nieporozumieniem, nawet jeżeli zaadoptujemy poglądy doktrynalne autora tekstu. O ile bowiem socjalizm jest systemem inherentnie niemoralnym, o tyle liberalizm (w najgorszym razie) stwarza człowiekowi możliwość wyboru określonej (moralnie dobrej bądź też moralnie złej) drogi postępowania. Po drugie, wizja stosunków gospodarczych w Europie w dziewiętnastym stuleciu eksponowana przez Ostaszewskiego została jakby żywcem wzięta z komunistycznych czytanek. Wszelkie obiektywne statystyki (choćby te zgromadzone przez Johna Stuarta Milla, żadnego przecież tam skrajnego leseferystę) pokazują jednoznacznie, że poziom życia niższych warstw społecznych w XIX wieku bardzo znacząco się podniósł. Poza tym owo złote stulecie nie znało choćby plagi bezrobocia (nawet dzieci wszak miały pracę...). Wreszcie pozostaje argument logiczny ? aby owi paskudni kapitalistyczni wyzyskiwacze mogli się wzbogacić, konieczne było istnienie popytu na wytwarzane przez nich produkty. Jeśli nie sprzedasz, to nie zarobisz. Tajemnicą wszelkiej maści lewicy pozostaje tedy, jak tych rzekomo brutalnie eksploatowanych robotników stać było na nabywanie wyprodukowanych dóbr. W dalszym fragmencie tekstu Ostaszewski argumentuje, że własność prywatna posiada podwójny charakter: indywidualny, który służy dobru jednostki i zaspakajaniu jej potrzeb, oraz społeczny, który ma na względzie dobro publiczne. Własność prywatna jest obciążona hipoteką społeczną. Jest to zaprzeczenie pojmowania własności prywatnej znanej w starożytnym Rzymie, a w nowszych czasach w doktrynie liberalizmu, gdzie właściciel mógł według własnego uznania dysponować swoją własnością. Cóż, niby prawda, ale jednak nie do końca. Niewątpliwie sposób korzystania z własności może podlegać waloryzacji etycznej i moralnej. Właściciela jak najbardziej wolno przeto poddawać krytyce, jeśli używanie przezeń przedmiotu własności zostaje uznane za naganne. Czymś zupełnie innym jest zaś zagadnienie możności ograniczania właściciela w jego prawie do posiadania, korzystania i dysponowania rzeczą czy prawem (w szczególności chodzi tutaj o ograniczenia legalne). Naturalnie można bronić zasadności przyjęcia poglądu o potrzebie wprowadzenia jakiegoś wędzidła na prawa właścicielskie (aczkolwiek ja się z tym nie zgadzam). Pamiętać jednak należy, że w tym momencie własność nieodwołalnie traci swój charakter, przekształca się w jakieś ograniczone prawo rzeczowe. Własność bez pełni praw po prostu przestaje być własnością.
***
W tygodniku "Ozon" (27/2005) Lena Kolarska-Bobińska uskarża się na przebieg prezydenckiej kampanii wyborczej oraz na poziom prowadzonych dysput: W obecnej debacie dyskutowano model społeczno-gospodarczy Polski, ale stworzono kompletnie sztuczną opozycję: liberalizm (Tusk) kontra model socjalny (Kaczyński). Zapomina się jednak, że od kilku lat tak socjalne państwa jak kraje skandynawskie rozwijają się bardzo dynamicznie i świetnie umieją pogodzić, dzięki konkretnym rozwiązaniom na rynku pracy, zadania socjalne z wysokim wzrostem gospodarczym. Wytworzona natomiast u nas dychotomia, była być, może aktualna kilkanaście lat temu, ale nie dzisiaj. Jest zupełnie oderwana od rzeczywistych problemów społecznych. Obecnie na świecie nie myśli się bowiem już w sposób ideologiczny, lecz zadaniowy, poprzez konkretne przypadki ? na przykład, jak pomóc samotnej matce odnaleźć się na rynku pracy. Nie ma to wiele wspólnego z ideologicznymi określeniami: liberalizm czy solidaryzm, które u nas zastąpiły rzeczową debatę. Teza, że stara Europa sprawnie zmaga się z problemami społecznymi i gospodarczymi trąci komizmem a'la Buster Keaton. Socjalizm, interwencjonizm i etatyzm są wprawdzie przypuszczalnie w stanie uporać się z szeregiem problemów (każde ludzkie działanie prowadzi w konkluzji do jakiegoś celu), ale Kolarska-Bobińska zapomina o dwóch prostych prawdach. Po pierwsze, interwencja kreuje zupełnie nowe problemy, częstokroć w pozornie niepowiązanych sferach życia (słynne bastiatowskie "to, co widać, i to, czego nie widać"). Po drugie, rozwiązania etatystyczne praktycznie zawsze mają krótko- lub średnioterminowy charakter, a następujące wkrótce po wyczerpaniu się ich użyteczności kryzysy charakteryzują się najczęściej dramatycznym przebiegiem.
Stary liberał

Wyświetlony 4363 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.