wtorek, 07 grudzień 2010 01:05

Polskę mamy w sercu

Napisała

Z Prezesem Kongresu Polonii Amerykańskiej Edwardem Moskalem rozmawia Natalia Dueholm

Co uważa Pan za najbliższe cele dla Kongresu Polonii Amerykańskiej?

Jest to na pozór łatwe pytanie, ale muszę się zastanowić. Nie, właściwie nie mamy takich doraźnych celów. Nasze działania są tak skonstruowane, że zawsze stanowią jakąś kontynuację tego, co od początku postawiliśmy sobie za główny cel. Przez dziesięciolecia było to przywrócenie Polsce wolności i samostanowienia. Działaliśmy na rzecz tej sprawy dalej, po wyborach 1989 r. przy współpracy poprzedniego prezydenta Polski, Lecha Wałęsy, a teraz kontynuujemy nasze starania, chociaż w kraju zmienił się prezydent i rząd (wiele razy).
Dzisiaj najważniejsza praca przebiega w ramach akcji naszej fundacji charytatywnej. Sytuacja Polski dotycząca bazy i opieki medycznej była i jest dalej bardzo zła. Staramy się więc na tym polu jak najwięcej pomóc. Wysyłamy leki, sprzęt medyczny dla szpitali. Pomagamy także domom dziecka. Wyposażamy je w autobusy, sprzęt, odzież dla dzieci.
Na wschodzie Polski jest wiele dzieci, którzy nie mają nawet butów, i dzieci te często nie jedzą śniadań. Staramy się wszędzie tam coś dobrego zrobić. Niestety, często natrafiamy na paradoksalne przeszkody. Na przykład, kilka razy zdarzyło się, że nasze dary, leki czy sprzęt medyczny, mimo swego oczywistego przeznaczenia zatrzymywany był na granicy. Toczyły się potem dłuższe i krótsze negocjacje o charakterze biurokratycznym, czasem ze stratą dla tych, dla których dary były przeznaczone.
Wydaje mi się, że byłoby dużo lepiej, gdyby polski rząd przestał zajmować się tak pojmowaną polityką, a bardziej zaczął pomagać ludziom. Najważniejsze jest w końcu, żeby ludzie mieli co jeść, mogli żyć przyzwoicie, mieli pracę i opiekę zdrowotną ? co niestety w Polsce należy do sfery pobożnych życzeń. Potem dopiero można już tylko politykować.

Jak opisałby Pan relacje Kongresu Polonii Amerykańskiej z obecnym rządem polskim?

Cóż, muszę przyznać, że byłem i jestem wdzięczny premierowi Millerowi. To on w swoim czasie zadzwonił do celników, kiedy zatrzymali nasze transporty na granicy na długie godziny. Wystarczył jeden jego telefon i wszystko już potem odbyło się bez problemów. Mam także wiele respektu dla marszałka senatu Longina Pastusiaka, który zaprosił mnie w kwietniu 2002 r. na debatę polonijną i przez to sam wpakował się w pewne kłopoty. Podczas tej debaty przedstawiłem stanowisko Kongresu, jeśli chodzi o wejście Polski do Unii Europejskiej. Moja pozycja była jasna. Wcale nie jesteśmy całkowicie przeciwni samej Unii. Uważamy tylko, że są dla Polski inne rozwiązania, w tym daleko bliższa i ściślejsza współpraca gospodarcza Polski ze Stanami Zjednoczonymi. Poza tym uważamy, że polskie społeczeństwo nie jest właściwie poinformowane o tym, co je naprawdę w Unii czeka. Powinna mieć najpierw w Polsce miejsce szeroka, prawdziwa, otwarta dyskusja na temat plusów i minusów funkcjonowania Polski w tym szczególnym europejskim układzie. Prawdą jest, że widzieliśmy inne alternatywy, np. wejście Polski do NAFTA, jako rozsądną ofertę. Wydawało się nam to korzystniejsze, lepsze dla Polski. Martwi nas groźba utraty suwerenności Polski po wejściu do Unii, co przy położeniu geopolitycznym Polski jest sprawą niebezpieczną. Te wszystkie zastrzeżenia przedstawiłem podczas debaty polonijnej, ale kiedy opublikowałem później swoje stanowisko w naszej prasie, zostało to skomentowane przez marszałka senatu, pana Pastusiaka, w sposób, który nie mógł mi przypaść do gustu. Choć mój język jest zawsze prosty, to przedstawiłem swoje zastrzeżenia jasno, we właściwy mi sposób. Mogę tylko zrozumieć, że poglądy, jakie zaprezentowałem, nie były panu marszałkowi na rękę.
Ale wracając do tematu. Niestety, obecne relacje z polskim rządem nie są najlepsze, ponieważ obserwujemy, jak w praktyce dąży się teraz do ograniczenia wpływów Kongresu Polonii Amerykańskiej. Unika się oficjalnych spotkań i wizyt, sztucznie natomiast wspiera się i animuje nowe, alternatywne organizacje, otwarte dla tych, którzy z Kongresu odeszli. Szanse przezwyciężenia tego sztucznego konfliktu pomiędzy polskim rządem a Kongresem Polonii Amerykańskiej leżą po stronie polskiej. Nie wiem, dlaczego nie możemy po prostu usiąść i porozmawiać o tym, co nas różni. Szczególnie na te tematy, które strona polska uważa za drażliwe. Przecież możemy zgodzić się z tym, że się w wielu kwestiach po prostu różnimy. To przecież naturalnie i historycznie wytłumaczalne. Z naszej, amerykańskiej perspektywy rozumiemy to tak, że strona polska chce wszystko robić po swojemu. OK, ale czy my nie mamy już prawa do wygłaszania swojego zdania? Przecież nie jesteśmy ich podwładnymi. Strona polska przedstawia tymczasem sprawę w ten sposób, że "albo po naszemu, albo w ogóle". Nie możemy się na takie reguły zgodzić.
Mamy za sobą lekcje "Światpolu", jeszcze z lat trzydziestych, kiedy Warszawa próbowała jawnie podporządkować sobie wszystkie środowiska polskie i polonijne w świecie i chciała być ich centralą. Wtedy już delegacja amerykańska powiedziała ? nie. Jesteśmy odgałęzieniem żywiołu polskiego, ale uformowanym w nowym kraju, na nowym kontynencie. Tak myślimy dalej, domagając się zawsze uznawania naszej odrębności i autonomii. Jesteśmy Amerykanami polskiego pochodzenia, a nie obywatelami polskimi, choć zawsze Polskę mamy w sercu.

Wspominał Pan o opinii Kongresu Polonii Amerykańskiej, przeciwnej wejściu Polski do Unii Europejskiej. Czy uważa Pan, że Polonia Amerykańska mogłaby jakoś bardziej skutecznie przekonać Polaków, że nie jest to dobry pomysł?

Skoryguję najpierw Pani pytanie. My nie jesteśmy całkowicie przeciwni wejściu Polski do Unii. Chciałbym to wyjaśnić i odpowiednio podkreślić. Kwestia ? kiedy, pod jakim patronatem i na jakich warunkach. Wolelibyśmy, oczywiście, wiedzieć Polskę w innych układach, próbującą inne alternatywy, choćby w bliższych ekonomicznych układach ze Stanami Zjednoczonymi, co wydaje nam się ofertą korzystniejszą z amerykańskiej perspektywy. Unia Europejska z tej strony Oceanu jest tworem kryjącym swoje prawdziwe oblicze i zamiary, tworem wielce podejrzanym. Jej cele i polityka coraz bardziej stają się rozbieżne z tym, co rozumiemy jako dobre dla Polski i dobre dla Ameryki. Nie wierzymy też, że dotychczasowe negocjacje były korzystne dla strony polskiej. Potwierdzają to gesty i reakcje z ostatniego czasu. To, jak Chirac, na przykład, potraktował kraje aspirujące do Unii w swoim ostatnim przemówieniu (po poparciu przez Polskę wojny z Irakiem), powinno stać się w kraju podstawą do przemyśleń. Nie od dziś są kraje i środowiska traktujące Polaków jak pachołków. Polacy są przez nich uważani za ludzi niedouczonych, za barbarzyńców. My tutaj, w Ameryce, wiemy bardzo dobrze, jak Polacy są postrzegani za granicą. Jeśli tak o Polakach myśli prezydent Francji, to ja ze swej strony nie chcę wyciągać wniosków, które należą do innych. Skomentuję tylko pytaniem, jak mądrzy w polityce okazywali się często Francuzi?
Jeśli chodzi o drugą część Pani pytania. Cóż, próbowaliśmy na wielu zjazdach dyrektorów Kongresu przekonać Polaków, że Unia to nie jest jedyne ani idealne wyjście. Gościliśmy ludzi, którzy zaprezentowali nam swoje ekspertyzy i oceny. Nagłośniliśmy je w naszej prasie i w mediach. Generalnie, społeczność polonijna jest zdecydowanie przeciwna wprowadzeniu Polski do Unii. Chodzi jednak o mieszkańców Polski, którzy dokonają tego wyboru w nadchodzącym referendum. Wydaje mi się, że powinno być tak w demokratycznym państwie, że w dyskusji o takim znaczeniu, nad wejściem kraju do Unii z wszystkimi tego kroku konsekwencjami ? 50 proc. pieniędzy i czasu antenowego powinno być przeznaczane dla zwolenników i tyle samo dla przeciwników. Ludzie powinni zrozumieć, że nie wszystko złoto, co się świeci. Tymczasem jak to wygląda w Polsce, w prasie, radiu i telewizji? Sama pani wie o tym najlepiej.
Polscy negocjatorzy i obecny rząd wydają się jednak zainteresowani własnymi korzyściami z tego w sumie niekorzystnego dla Polski, rozwiązania. Pozostaje pytanie, które powinno sobie zadać całe społeczeństwo: dlaczego to właśnie ich tak bardzo interesuje? Każdy kij ma zawsze dwa końce. Siły wpychające teraz tak zdecydowanie Polskę do Unii, wiedzą dokładnie, co jest na jest na drugim, brudnym końcu kija, ale nie powstrzymuje ich to przed głoszeniem, że wszystko będzie tak, jak na "dobrym końcu".

(?)
Wyświetlony 4744 razy
Więcej w tej kategorii: « Getto czy autonomia Fala w skansenie »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.