poniedziałek, 13 wrzesień 2010 13:55

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

W ostatnich miesiącach na łamach "Opcji na Prawo" rozgorzała wartka dyskusja na temat masowości i elitaryzmu w sferze kulturowej.

Bezpardonowym fundamentalistycznym krytykom popkultury, posługującym się argumentacją niemal żywcem wziętą z "Buntu mas" Jose Ortegi y Gasseta, pozwalam sobie zadedykować narrację prototypowego przedstawiciela, zwolennika, admiratora kultury wysokiej Krzysztofa Zanussiego dotyczącą jego najnowszego dzieła ("Polityka", nr 37/2004), intelektualnie zatytułowanego "Persona non grata": To projekt dramatu psychologicznego, w którym głównym motywem jest obsesja podejrzeń. Bohater-dyplomata, grany przez Zbigniewa Zapasiewicza, jest idealistą. Najpiękniejsze lata życia oddał zmaganiom o wolność i dziś przeżywa słodycz rozczarowania. Wiktora poznajemy w chwili, gdy jako ambasador Polski w Urugwaju boleśnie przeżywa nagłą śmierć ukochanej żony. Przyjeżdżając do kraju, spotyka rosyjskiego wiceministra spraw zagranicznych Olega (Nikita Michałkow), z którym przyjaźnił się przed dwudziestu laty. Był wtedy działaczem podziemia, a Oleg stawiał pierwsze kroki w dyplomacji sowieckiej w Polsce. Z tamtych lat datuje się ich zażyła przyjaźń obciążona dwoma podejrzeniami. W oczach Wiktora Oleg mógł być w swojej ambasadzie oddelegowany do infiltrowania polskiego podziemia. Po drugie, bliska przyjaźń Olega ze zmarłą właśnie żoną Wiktora zawiera w sobie podejrzenie, czy zmarła nie zdradziła męża z ujmującym do dziś Rosjaninem. Tymczasem w polskiej ambasadzie w Urugwaju pracuje młody protegowany Wiktora, który ze studiów w Rosji przywiózł żonę Rosjankę ? Oksanę. Po powrocie z Polski Wiktor nieświadomie przelewa część uczuć do zmarłej żony na małżonkę swego podwładnego. Głównym środkiem wyrazu, na którym film się opiera jest aktorstwo [...] W kontrapunkcie pozostaje strona krajobrazowa, obraz przyrody Urugwaju ? świadectwo potęgi natury, ale i harmonii, jaką człowiek u kresu życia odnajduje zarówno w sobie, jak i w rzeczywistości. No cóż, Polakom gratulujemy... Zanussiego, a osobom cierpiącym na bezsenność lub somnambulizm życzymy miłej zabawy. Swoją drogą, pretensjonalność polskich ? przepraszam za wyrażenie ? artystów pozostaje wprost proporcjonalna do natężenia klangoru domagającego się podatkowej kroplówki dla ratowania krajowej kinematografii. Osobiście takiemu kinu mogę tylko powiedzieć ? "cześć, Tereska"...

***
"Rzeczpospolita" (231/2004) zamieszcza artykuł Piotra Skwiecińskiego, reprezentanta rzekomo prawicowego środowiska tzw. pampersów, poświęcony obronie idei... wrażliwości społecznej i sprawiedliwości społecznej. Skwieciński przekonuje, że koncepty owe w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wydawały się stopniowo i nieodwołalnie przechodzić do lamusa, albowiem na Zachodzie był to czas [...] rozwoju "nowej ekonomii", upadku tradycyjnych przemysłów i tradycyjnych wspólnot, zachłyśnięcia się indywidualizmem, ideologią osobistego sukcesu. My, w naszej części kontynentu odrzucaliśmy wszystko, co kojarzyło nam się z komunizmem. Tym chętniej więc przyjmowaliśmy doktrynę firmowaną nazwiskami czołowych wrogów naszego wroga ? Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Ale dekada, która nastąpiła po upadku komunizmu, skończyła się. Reaganowsko-thatcherowska rewolucja przyniosła różne efekty. W tym i takie, których ? jak należy przypuszczać ? na początku lat 80. nie przewidywali ani prezydent, ani pani premier. Los pracowników skazanych na zagładę sektorów "starego" przemysłu zaczynają dzielić znacznie szersze segmenty społeczeństwa, włącznie z będącą przez dziesięciolecia fundamentem stabilności Zachodu klasą średnią. Struktura krajów rozwiniętego kapitalizmu zaczyna ewoluować w niepokojącym kierunku ? w stronę tak zwanego społeczeństwa 20:80 ? czyli dwudziestu procent bogatych i bardzo bogatych, opętańczo pracujących 24 godziny na dobę, aby utrzymać ten status, i osiemdziesięciu procent na różnych poziomach wykluczenia. Będąca wytworem reaganizmu-thatcheryzmu ideologia drapieżnego indywidualizmu urodziła słynne hasło "anything goes" ? [...] wzbogacenie jest wystarczającym usprawiedliwieniem dla wszystkiego. A to zaowocowało szeregiem skandali korporacyjnych, ze słynnym Enronem na czele. Uff, od czego by tu zacząć, aby wypunktować absurdy tekstu? By wymienić jedynie te najbardziej oczywiste rzeczy: 1: Reaganizm-thatcheryzm to co najwyżej "półpoważna" reforma systemu państwa-niańki, a nie żadna rewolucja; 2: na Zachodzie mamy dzisiaj nie żaden "rozwinięty kapitalizm", a zwykły demokratyczny socjalizm (większy w Europie, mniejszy w USA); 3: za nędzę wielu osób i degrengoladę klasy średniej odpowiedzialność ponoszą struktury Welfare State, niczym pijawki wysysające jednostkowe i społeczne bogactwo; 4: model 20/80 stanowi zwykły lewicowy wymysł, nie poparty żadnymi poważnymi i przekonującymi danymi, który jest automatycznie powielany w dyskursie publicznym na podobnej zasadzie, jak "200 tys. nielegalnych aborcji w Polsce co roku" czy też "dwadzieścia lat do ostatecznej katastrofy ziemskiego ekosystemu"; 5: oskarżanie anglosaskich konserwatystów o promowanie haseł w rodzaju "anything goes" czy forsowanie ideologii chciwości to powtarzanie supozycji Olivera Stone'a z "Wall Street", ewidentnie sprzecznych z poglądami wyznawców reaganizmu oraz thatcheryzmu. Z naprawdę grubej rury wypala Skwieciński z następnym akapicie, pisząc, że w Polsce lat 90. radykalny liberalizm gospodarczy był ideologią niemal obowiązującą. Ach, ten thatcheryzm Hanny Suchockiej, reaganizm Aleksandra Kwaśniewskiego, hoppizm Leszka Balcerowicza, hayekizm Józefa Oleksego, bastiatyzm Waldemara Pawlaka, friedmanizm Grzegorza W. Kołodki (pseudonim TIGER), rothbardianizm Jerzego Buzka, misesizm Leszka Millera, randyzm Jana Olszewskiego... Skwieciński zdaje się dysponować godną najwyższego pozazdroszczenia umiejętnością autonomicznego osiągania odmiennych stanów świadomości.
***
Tadeusz M. Płużański ("Najwyższy Czas", 40/2004) publikuje ogromną serię laudacji, jakimi ważni "dostojnicy" (hi, hi, hi) państwowi obdarzyli kombatantów Gwardii Ludowej i Armii Ludowej. Poseł-pornograf Piotr Gadzinowski napisał np.: Żołnierze Armii Ludowej, Obrońcy Ojczyzny, Wyzwoliciele Narodu Polskiego [..] To dzięki Wam m.in. nasz kraj został wyzwolony spod okupacji hitlerowskiej, a w konsekwencji żyjemy teraz w wolnym, niepodległym i suwerennym państwie [...] Pragnę [...] zapewnić Was, że pamięć o waszych bohaterskich czynach przetrwa. Co tam Gadzinowski, spójrzmy lepiej, cóż takiego spłodził nasiąknięty głęboką i niesłychanie przenikliwą wiedzą historyczną umysł ex-premiera Leszka Millera: Państwa dokonania i rola, jaką przyszło Wam spełnić w najnowszej historii Polski, pozostaną w pamięci mojej i moich najbliższych przyjaciół jako dług do spłacenia przez następne pokolenia. Niech mi wolno będzie w imieniu własnym [...] powiedzieć jedno słowo: dziękuję. My również dziękujemy byłemu premierowi... Vaya con dios... Zobaczmy teraz, co mówią w przedmiotowej kwestii inne gwiazdy lewicowego panteonu. Krystyna Łybacka: Pragnę wyrazić mój głęboki szacunek oraz uznanie dla Zarządu i Rady Krajowej oraz Członków Związku [Kombatantów RP] za wspólny trud na rzecz kultywowania tradycji niepodległościowych, wychowania patriotycznego młodzieży oraz upamiętnienia w świadomości społeczeństwa doniosłego znaczenia Armii Ludowej. Tak, drodzy Czytelnicy, ta pani jeszcze niedawno miała istotny wpływ na edukację i wychowanie Waszych dzieci. Ciekawe, ile z nich przeszło kurs "upamiętniania AL" bądź kultywacji patriotycznej tradycji a' la GL? Senator Ryszard Jarzembowski twierdził: Poświęcenie i oddanie, jakie okazaliście podczas II wojny światowej, zasługuje na najwyższe uznanie i chwałę. Jako Polak i senator Rzeczypospolitej [..] jestem dumny, że ludziom takim jak Wy, miliony rodaków zawdzięczają życie w niepodległej Polsce Jesteście wzorowym przykładem odwagi i obywatelskiej postawy dla wielu pokoleń Polaków. A właśnie, a co na to wszystko Prezydent Wszystkich Polaków, miłościwie nam panujący Aleksander II Kwaśniewski? Cóż On napisał Kombatantom GL i AL? Oto jego słowa: Składam hołd wszystkim Waszym współtowarzyszom walki, którzy swoje życie oddali za wolność i niepodległość Polski. Przed sześćdziesięciu laty, 1 stycznia 1944, z przekształcenia oddziałów Gwardii Ludowej, utworzona została Armia Ludowa, największa konspiracyjna organizacja wojskowa [...] Szanowni Weterani. Ideałom wolności i niepodległości Rzeczypospolitej ofiarowaliście Waszą młodość, a przez całe swoje dorosłe życie pracowaliście na rzecz jej rozwoju [...] Wasze wczorajsze i dzisiejsze dokonania mogą być dla młodego pokolenia przykładem patriotycznej postawy wobec Ojczyzny. Miałem pokusić się teraz o jakąś dowcipną puentę, ale odechciało mi się, albowiem, nie odmawiając czcigodnych motywacji części szeregowych żołnierzy GL/AL, mixtum compositum arogancji oraz ignorancji zawarte w wypowiedziach członków SLD po prostu zapiera dech w piersiach. Cóż, to w takich momentach jednak najlepiej widać, skąd komu wyrastają nogi.
***
Aleksander Smolar ("Krytyka Polityczna", bez numeru wydania... sic!) w zaskakująco wyważonym tekście poświęconym wydarzeniom marca 1968 roku, wzmiankuje również (w pewnym sensie na boku) o ważnej, aczkolwiek częstokroć nieuświadomionej, geopolitycznej reperkusji, jaką przyniosło za sobą zdecydowane opowiedzenie się Polski po stronie USA w konflikcie, przeciwstawiającym Amerykę części Europy, głównie Niemcom i Francji. Udział Polski po stronie USA w wojnie oraz okupacji Iraku uczynił z naszego kraju bliskiego sojusznika Izraela. Pośrednia konsekwencja wybrania przez nas Ameryki. USA jest bowiem ostoją bezpieczeństwa Izraela w świecie coraz bardziej wobec niego krytycznym, jeżeli nie wrogim. Problem istnienia Izraela, który niedawno jeszcze nie budził wątpliwości, dziś staje się ponownie przedmiotem publicystycznych dywagacji i klubowych rozmów. Dziesiątki delegacji z Izraela, przedstawiciele instytucji żydowskich w świecie przyjeżdżają do Warszawy z nadzieją, że Polska stanie się sojusznikiem i rzecznikiem Izraela w ramach Unii Europejskiej, coraz bardziej krytycznej i surowej wobec państwa żydowskiego. Tysiące Izraelczyków wystaje przed polskim konsulatem w Tel Awiwie, starając się odzyskać polski paszport-ubezpieczenie przed tym, co może przynieść przyszłość. Naprawdę zdarzają się na świecie rzeczy, o których politologom jeszcze dekadę temu nawet się nie śniło. Wysysający namiętnie antysemityzm z mlekiem matki Polacy czołowym europejskim aliantem Izraela? W gruncie rzeczy jednakowoż wynika to po prostu z naturalnych sprzeczności interesów między Polską a osią francusko-niemiecką wraz z jej drobniejszymi sojusznikami, czyli z tego, o czym konserwatywno-liberalni przeciwnicy akcesji Polski do UE mówili już bardzo dawno. Muszę natomiast wskazać również, iż innym interesującym materiałem zamieszczonym w okropnie nudnym piśmie, jakim jest "Krytyka Polityczna", są kombatanckie wspomnienia Kingi Dunin z okresu jej działalności w obrębie antykomunistycznej opozycji. Dunin egzaltuje się tamże nie tyle ideowym programem opozycji, co zadymiarskim i kontestatorskim klimatem sprzeciwu wobec PRL. Cóż, można i tak interpretować sens anty-PRLowskiego zaangażowania. Mnie ujęła natomiast duninowska reminiscencja, wspominająca Ludwika Dorna... rozbierającego się podczas spektaklu awangardowego teatru japońskiego. I już przestałem się dziwić, że Kinga D. została feministką. Po takim traumatycznym doświadczeniu ja chyba też bym został.
***
Za to w "Newsweeku" (41/2004) Danuta Waniek zaiste pieni się z wściekłości z powodu projektów prywatyzacji telewizji publicznej oraz zniesienia abonamentowego haraczu. Samo w sobie nie stanowi to specjalnego zaskoczenia, ale sposób obrony mediów publicznych może wydawać się niektórym zaskakujący. Waniek pisze bowiem, że TVP stanowi instytucję życia kulturalnego, utrwalającą tożsamość narodową oraz forum służące prezentowaniu polskiej racji stanu. Zaraz, zaraz, to my nie żyjemy w świecie postnarodowym czy postsuwerennym, z "ciekłymi" i wielopłaszczyznowymi tożsamościami? Czy polska tożsamość narodowa nie wymaga gwałtownej modernizacji i nawrócenia na (po)nowoczesność? Czy kategoria "racji stanu" nie jest opresywna, antagonizująca, wieloznaczna, a nawet prefaszystowska? Przecież tyle nam o tym mówiono ostatnimi czasy... No, ale idźmy dalej. Dalej oto Waniek sięga po kolejne interesujące argumenty rodem z arsenału "ksenofobicznych narodowców" (czekamy na krytykę nacjonalistycznych resentymentów szefowej KRRiTV w "Gazecie Wyborczej"): Są oczywiście w Polsce ludzie, którym jest wszystko jedno, czy będzie istniała publiczna TVP, czy też nie. Tak jak są ludzie, którym nie przeszkadza, że praktycznie cały rynek prasowy jest w rękach przeróżnych grup kapitałowych, przeważnie niepolskich. Ale trzeba sobie zadać pytanie, czy niemieckie lub norweskie spółki będą chciały respektować nasz punkt widzenia i interes narodowy w taki sam sposób, w jaki zabiegają o niego polscy, a szczególnie publiczni nadawcy [...] Tylko publiczne media mogą pełnić misję w interesie narodowym. Wszelkie grupy kapitałowe związane z innymi państwami będą się raczej liczyły z ich rodzimymi interesami. I konkluzja Waniek: Ten, kto waży się dokonać zamachu na Polskie Radio i Telewizję Polską, temu władza ludowa tę rękę odrąbie. Ups, przepraszam za błąd. Powinno raczej być: Ten, kto waży się dokonać zamachu na Polskie Radio i Telewizję Polską, bierze na siebie historyczną odpowiedzialność za pozbawienie Polaków ważącego elementu naszej narodowej tożsamości. Cóż, nasuwają się dwa spostrzeżenia. Po pierwsze, jak już wcześniej mądrzy ludzie dostrzegli, od socjalizmu do socjalizmu narodowego jest tylko jeden krok. Po drugie, gdy lewicy grozi utrata synekur, posadek i propagandowego instrumentu, jej politycy gotowi są osiągać szczyty hipokryzji, używając w dyskusjach argumentów i retoryki, których zasadność i celowość podważali usilnie w toku swojej niemal całej aktywności publicznej.
***
"Res Publica Nowa" (nr 3/20004) publikuje obserwacje jednego z najinteligentniejszych zwolenników realizmu geopolitycznego Hansa J. Morgenthaua. Wysuwane przezeń tezy zdają się szczególnie interesujące w kontekście zasadności amerykańskiej inwazji na Irak (a zwłaszcza w perspektywie motywów przyświecających w tym przedsięwzięciu administracji George'a W. Busha). Morgenthau przestrzega bowiem przed przywiązywaniem nadmiernej wagi do motywacji podejmowania określonych działań na arenie geopolitycznej. Jak zauważa amerykański analityk, poszukiwanie klucza do polityki zagranicznej wyłącznie w motywach działań samych polityków to strategia zwodnicza i bezowocna. Bezowocna, ponieważ motywacje to najbardziej złudne spośród danych psychologicznych: ulegają zniekształceniom i często wymykają się uwadze i emocjom tyleż samego działającego co i obserwatora [...] Nawet gdybyśmy jednak mieli dostęp do rzeczywistych motywacji polityków, wiedza ta niewiele pomogłaby nam zrozumieć, jeśli idzie o politykę zagraniczną: mogłaby wręcz sprowadzić nas na manowce. Faktem jest, że znajomość motywacji męża stanu daje nam czasem jakąś wskazówkę [...] co do możliwego kierunku jego polityki zagranicznej. Nie może natomiast dać nam tej jednej wskazówki, która pozwoliłaby przewidzieć jego działania polityczne. Historia nie wskazuje na żadne ścisłe ani konieczne korelacje między charakterem motywów a charakterem polityki zagranicznej. Dotyczy to zarówno kwestii politycznych jak i moralnych. Nie jesteśmy w stanie wnioskować na podstawie dobrych intencji męża stanu, czy jego działalność w polityce zagranicznej będzie chwalebna z moralnego bądź skuteczna z politycznego punktu widzenia. Oceniając jego motywacje możemy stwierdzić, że nie będzie on w sposób celowy uprawiał polityki moralnie nagannej, ale nic nam to nie mówi o prawdopodobieństwie sukcesu owych działań. Jeżeli chcemy znać charakter moralny i polityczny działań, musimy poznać same te działania, a nie motywacje działającego. Wiadomo przecież, jak często politycy powodowali się chęcią naprawy świata, a w końcu jeszcze bardziej go popsuli [...] jak często dążyli do jakiegoś konkretnego celu, by ostatecznie osiągnąć wynik, którego ani się nie spodziewali, ani nie pragnęli. Neville Chamberlain ze swoją polityką ugłaskiwania miał, o ile możemy to ocenić, dobre intencje; prawdopodobnie motywacje związane z osobistą władzą powodowały nim w mniejszym stopniu, niż wielu innych brytyjskich premierów. Chodziło mu o zachowanie pokoju i szczęście wszystkich zainteresowanych. A jednak jego polityka przyczyniła się do tego, że wojna stała się nieunikniona, a tym samym do niesłychanego cierpienia milionów ludzi. Z kolei motywy działań Winstona Churchilla miały wymiar znacznie mniej uniwersalny, znacznie węższy, bardzie związany z władzą osobistą i potęgą własnego kraju ? a jednak działania polityczne, które wynikły z tych przyziemnych motywacji, miały znaczną przewagę nad działaniami poprzednika, i to zarówno polityczną jak i moralną. Gdyby wedle motywacji oceniać Robespierre'a, byłby on jedną z najcnotliwszych postaci w dziejach. A jednak właśnie utopijny radykalizm tejże cnoty kazał mu mordować ludzi mniej cnotliwych niż on sam, co ostatecznie zaprowadziło go na gilotynę i zniszczyło rewolucję, której przewodził. Dobre motywacje stanowią ochronę przed złą polityką uprawianą z premedytacją; nie dają natomiast gwarancji, że inspirowane przez nie działania będą moralnie właściwe i politycznie skuteczne. Jeżeli chce się rozumieć politykę zagraniczną, nie wystarczy znać motywacje męża stanu; istotna jest też jego intelektualna umiejętność pojmowania podstawowych zasad polityki zagranicznej, jak również polityczna zdolność przekładania tego, co zrozumiał, na skuteczne działanie. O ile więc abstrakcyjnie ujmowana etyka osądza moralne przymioty motywacji, teoria polityczna musi osądzać polityczne przymioty umysłu, woli i działania. A zatem w stosunkach międzynarodowych Machiavelli na pewno wygrywa z Savonarolą...
***
Awantura po śmierci Czesława Miłosza, dotycząca miejsca pochówku poety, ukazała dobitnie wszystkie ułomności polskiej debaty publicznej, przebiegającej ostatnio zgodnie z pewnym powtarzalnym, acz mocno zwietrzałym i niekiedy obrzydliwym, schematem. Otóż w rzeczonym pseudosporze mieliśmy dwie antagonistyczne strony. Pierwsza ograniczyła się w zasadzie jedynie do wypominania Miłoszowi jego komunistycznej przeszłości (owi ludzie są bowiem skłonni wybaczać przeszłe zaangażowanie w popieranie ustroju demokracji ludowej jedynie Bohdanowi Porębie i Kazimierzowi Kąkolowi) oraz piętnowania jego "antypolskiej" postawy. Druga strona natomiast "upupiała" poetę swoimi peanami, apologiami, apoteozami, hagiografiami i panegirykami. Rzetelnej dyskusji i namysłu nad całokształtem miłoszowego dorobku najzwyczajniej w świecie zabrakło (jak to zwykle w kraju nad Wisłą). Tymczasem, tylko tytułem egzemplifikacji, przyczynkiem do refleksji nad stanowiskiem poety w sprawach narodowych nie powinny być ani gloryfikujące wspominki, ani odsądzające od czci i wiary pohukiwania, ale choćby ten fragment tekstu Dariusza Gawina ("Teologia Polityczna", nr 1), którego nie można wszak kwalifikować jako oszołoma i ekstremistę: Kiedy głębiej wczytać się w "Rodzinną Europę", "Zdobycie Władzy" czy "Rok Myśliwego", nie sposób nie dostrzec, że krytyczny stosunek do Polaków jest u Miłosza czymś znacznie więcej niż tylko snobizmem Litwina patrzącego z niechęcią na ? jak on sam mówi ? Lechitów, czyli na grupę etniczną żyjącą w dorzeczu Wisły, zdradzającą notoryczną skłonność do popadania w nacjonalistyczną gorączkę i katolicki tradycjonalizm. W jego sądach daje się wyczuć ton o wiele poważniejszy i dający zarazem do myślenia-ton zdecydowanej niechęci. Snobizm to w końcu niewiele więcej niż słabość, śmiesznostka, coś, czego nie sposób traktować poważnie. Rodzaj przekory okazywanej demonstracyjnie pour epatez le bourgeois. Miłosz nie jest jednak dobrodusznym seniorem polskiej kultury, jak często pokazują go nasze media, od czasu do czasu przekomarzającym się ze swoją publicznością. Zawsze był kimś innym ? napastliwym, zawziętym i drapieżnym krytykiem Polaków. Czasem wręcz strasznym w swoim zapamiętaniu. Aprobatywne bądź też polemiczne odniesienie się do tekstu Gawina mogłoby wywołać ciekawą dysputę na temat ideowych źródeł zaangażowania polskich intelektualistów po II wojnie światowej w komunizm oraz powinności poety w kwestiach narodowych. Ale w Polsce taka dyskusja nie wydaje się prawie nikomu potrzebna.
Stary liberał
Wyświetlony 5466 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.