poniedziałek, 03 maj 2010 14:16

Action Francaise - Sillon na odwrót

Napisane przez

Profesor Jacek Bartyzel z tradycyjną już chyba sobie - sporą docinków ad personam - w lipcowo-sierpniowym numerze "Opcji na Prawo" po raz kolejny staje w obronie "prawowierności" Charlesa Maurrasa i "Action Francaise" (dalej AF).

Niechlujna kondemnacja?
Pierwszym błędem, jaki wytyka mi p. Bartyzel, ma być opieranie się na mało wiarygodnych i rzetelnych źródłach, z których czerpałem swoje krytyczne wywody względem AF. Zdaniem mego Adwersarza nawet kościelne potępienie tego ruchu z 1926 roku, charakteryzowało się "wyjątkowym niechlujstwem" i w żadnym wypadku nie da się go porównać do potępień, jakie Magisterium obłożyło takie idee, jak: hitleryzm, komunizm, modernizm czy luteranizm. Wedle p. Bartyzela w dokumentach piętnujących wyżej wymienione idee, znajdziemy bowiem szeroki wykład odnośnie do tego, czym one się charakteryzują i na czym polega ich sprzeczność z nauką katolicką. Tej cechy na brakować jednak aktom kościelnym, potępiającym AF. Cóż można na to odpowiedzieć? Z pewnością sformułowane przez Kościół święty potępienie doktryny AF i Maurrasa nie było zbyt szczegółowe. Ale z tego faktu jeszcze niewiele wynika. Nie opierałem się bowiem tylko na treści kościelnego potępienia AF, ale również na innych ? zarówno krytycznych, jak i przychylnych temu ruchowi ? źródłach. Jeśli p. Bartyzel uważa, że wszelka pochodząca z kręgów katolickich krytyka AF była warta funta kłaków, to jego sprawa. Ja jednak mam zaufanie do kościelnych krytyków doktryny Maurrasa i nie sądzę, żeby jedynym wartym wiary źródłem w tym względzie były poglądy p. Bartyzela. Zresztą, gdybyśmy się uparli, to w myśl zastosowanej przez mego Adwersarza logiki, moglibyśmy zakwestionować także słuszność i rzetelność potępienia ideologii, z których napiętnowaniem się p. Jacek zgadza. Któż bowiem zaręczy, iż powody kościelnego potępienia np. modernizmu zostały przez św. Piusa X rzetelnie i dokładnie przedstawione? Fakt: odrzucająca modernizm encyklika "Pascendi" liczy kilkadziesiąt stron, a zawarte w niej wywody szeroko omawiają poglądy modernistów. Tyle tylko, że jeśli nie będziemy się kierować zasadą zaufania do Kościoła, niewiele będzie stało na przeszkodzie, by uznać, że św. Pius X wyrywał z kontekstu, manipulował albo błędnie rozumiał poglądy inspiratorów modernizmu, co też doprowadziło go do niesprawiedliwego napiętnowania tejże doktryny, jako "ścieku wszystkich herezji".
Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć krytykę św. Piusa X autorstwa dość znanego historyka Kościoła, ks. Jana Kracika. Otóż, ks. Kracik podsumował encyklikę "Pascendi" w następujący sposób: System błędów, uznany przez papieża za sumę wszystkich herezji, został stworzony sztucznie, przez wyliczenie wyrwanych z kontekstu zdań różnych autorów, często nie mających z sobą nic wspólnego. Encyklika traktowała o modernistach bez miłosierdzia, zarzucając im maskowanie się, brak dobrej woli, świadome szerzenie nieprawdy, wynikające z pychy i ignorancji (zob. "Znak", nr 459/ 1994). Można by w tym miejscu przytoczyć jeszcze casus jansenistów, którzy do dziś nie uznają kościelnych potępień, jakie spadły na wyznawaną przez nich doktrynę. Argumentują oni, że opinie, które Magisterium uznało za jansenistyczne herezje, tak naprawdę nie znajdują się w żadnym dziele bp. Jansena. Widać nie tylko p. Bartyzel uzurpuje sobie prawo do uznawania, które z kościelnych potępień i denuncjacji herezji oraz fałszywych doktryn były "niechlujne", a które "rzetelne". Ja ze swej strony zaś, próbując być posłusznym i ufnym synem Kościoła, wierzę, iż zarówno potępienie modernizmu, jansenizmu, jak i AF, było rzetelne i uzasadnione. Długość zaś i szczegółowość danych potępień są w mym przekonaniu kwestią drugorzędną.

 

Milcząca rehabilitacja?

Pan Bartyzel próbuje też dowieść, że zdjęcie potępiania z AF stanowiło faktyczną i milczącą rehabilitację tego ruchu. Nie przeczę, że istnieje coś takiego jak milcząca i faktyczna rehabilitacja danej osoby lub grupy osób. Takie "milczące" i "faktyczne" przyznanie racji komuś, kogo niegdyś się piętnowało, oznacza usprawiedliwienie bez oficjalnego i formalnego przyznania się do błędnego osądzenia jakiejś sprawy. Co ma, wedle p. Bartyzela, świadczyć na korzyść tezy o "milczącej" rehabilitacji AF? Przemawiać ma za tym treść deklaracji, którą w 1939 r. na ręce Stolicy Apostolskiej złożyło kierownictwo AF. Wedle Autora polemiki nie ma tej deklaracji odwołania żadnych błędów i herezji, a więc "de facto" władze kościelne, przyjmując ten akt, przyznały, iż AF nie głosiło żadnych fałszywych doktryn, a tym samym potępienie z 1926 r. było niesprawiedliwe. Czy w rzeczonej deklaracji AF nie ma wycofania się ze swych dawnych błędów? Jest to sprawa kontrowersyjna i dyskusyjna. Deklaracja AF z 1939 r. jest na tyle enigmatyczna i ogólnikowa, że może dostarczać równie wiele argumentów zarówno zwolennikom, jak i przeciwnikom tezy, iż akt ten stanowił wyraz skruchy z powodu propagowanych przez ów ruch błędów i herezji. Przyjmijmy jednak, że rzeczywiście AF w 1939 r. nie przeprosiło za promowaną przez siebie fałszywą doktryną, a mimo to kary kościelne zostały z tej organizacji cofnięte. Może to brzmieć dziwnie, ale tak naprawdę niewiele to jeszcze by wyjaśniało. Historia Kościoła zna bowiem przynajmniej parę przypadków, w których cofnięcie oficjalnych restrykcji nie jest jeszcze równoznaczne z faktycznym przyznaniem racji zjawisku, które tymi restrykcjami zostało objęte.
Przykładowo, w 1567 r. św. Pius V oficjalnie potępił i obłożył bardzo surowymi sankcjami tzw. corridę, czyli tradycyjne hiszpańskie walki byków. Papież ten zagroził ekskomuniką wszystkim uczestnikom i organizatorom tego rodzaju imprez. Następcy św. Piusa V, Grzegorz XIII i Klemens VIII uchylili jednak większość z ustanowionych przez swego poprzednika sankcji przeciw corridzie. Ostatecznie formalny i oficjalny zakaz uczestnictwa (także biernego) w walkach byków został utrzymany jedynie w stosunku do osób duchownych. Czy jednak cofnięcie wymierzonych w corridę ekskomunik oznaczało przyznanie, że impreza ta jest od strony moralnej OK? Taki wniosek byłby daleko posuniętą nadinterpretacją łagodzących posunięć Grzegorza XIII i Klemensa VIII. Po pierwsze bowiem: w omawianej sprawie cofnięte zostały tylko dyscyplinarne rozporządzenia św. Piusa V, nie towarzyszyła zaś temu próba jakiejkolwiek obrony czy uniewinniania walk byków. Po drugie: kontekst historyczny cofnięcia oficjalnego zakazu corridy wskazuje, że Kościół postanowił tolerować (to znaczy nie karać) tegoż zwyczaju ze względu na realną groźbę schizmy, jaka w związku z zamiłowaniem Hiszpanów do tej rozrywki mogłaby być odpowiedzią na podtrzymywanie przez władze kościelne oficjalnego zakazu walk byków. Po trzecie wreszcie: spora część tradycyjnej teologii moralnej poprzez wieki, aż do dnia dzisiejszego podtrzymuje moralny sprzeciw względem corridy, jako dzikiej i okrutnej rozrywki.
Ryzykując zanudzanie Czytelników sięgnę jeszcze po dwa przykłady dowodzące, że cofnięcie oficjalnych sankcji nie zawsze jest tym samym, co rehabilitacja. Paweł VI uchylił ekskomunikę rzuconą niegdyś na prawosławnego patriarchę Konstantynopola. Czy oznacza to, że ów Papież przyznał rację prawosławnym herezjom, negującym Prymat Piotrowy, istnienie czyśćca, Niepokalane Poczęcie, etc? Już słyszę niektórych katolickich tradycjonalistów, którzy odpowiedzą na to, że Paweł VI był heretykiem, a więc całkiem możliwe, iż także na prawosławne herezje patrzył on z sympatią. Sięgnę więc po przykład z zupełnie innej beczki. Otóż w 1953 r. Stolica Apostolska ekskomunikowała o. Leonarda Feeneya za kwestionowanie przez niego nauczania bł. Piusa IX, św. Piusa X oraz Piusa XII mówiących, że niekatolicy także mogą wejść do Nieba, a chrzest z wody nie jest jedynym, który otwiera bramy Raju. W latach 70. XX wieku władze kościelne zdjęły jednak ekskomunikę z o. Feeneya, mimo że ten nie odwołał swych błędów. Czy to oznacza, że tym samym "posoborowa" Stolica Apostolska przyznała rację tym, którzy głoszą, iż tylko i wyłącznie ochrzczeni z wody katolicy mogą iść do Nieba? Byłby to piramidalny absurd. Rzym uznałby bowiem w ten sposób, że co najmniej od bł. Piusa IX papieże propagują herezje.
Wróćmy jednak do AF. W ocenie tego, czy rzeczywiście doszło do milczącego uznania potępienia tego ruchu za niesprawiedliwe, ważniejsza od ogólnikowej treści deklaracji kierownictwa AF, jest fakt uznania za groźne i niebezpieczne prasy firmowanej przez ten ruch w l. 1926-1939 oraz kilku książek samego Maurrasa. Publikacje te nie zostały zdjęte z Indeksu, a więc ich czytanie, rozpowszechnianie, etc., ciągle było zabronione przez Kościół święty pod karą grzechu śmiertelnego. I nie ma racji p. Bartyzel pisząc, że nie cofnięto zakazu czytania prasy AF z l. 1926-1939, gdyż i tak archiwalnych numerów gazet prawie nikt nie czyta. Argument ten, być może, byłby w dużej części poprawny, gdyby kościelny zakaz dotyczył jedynie dziennika firmowanego przez AF (archiwalne numery dzienników, rzeczywiście są przez mało kogo czytane). Na Indeksie znalazł się jednak też, nie będący dziennikiem, magazyn prowadzony przez AF. Tego rodzaju wydawnictwa są zaś zdecydowanie częściej czytane nawet po wielu latach, aniżeli dzienniki.

 

Maurras a Savonarola

Jeśli już, to w historii Kościoła moglibyśmy znaleźć znacznie bardziej wiarygodne przykłady rehabilitacji "milczącej" i "de facto". Przykładem tego może być postać Savonaroli, którą p. Bartyzel nazywa "heretykiem", mimo że ostatecznie nawet Aleksander VI nie zarzucił temu florenckiemu zakonnikowi przestępstwa herezji, a od setek lat tego zarzutu nie stawiają mu nawet jego gorliwi przeciwnicy (poza kilkoma zupełnie niezorientowanymi w sprawie osobami). Tak więc o. Giromalo Savonarola został skazany przez prawowite władze kościelne, jednakże: ? Następcy Aleksandra VI: Juliusz II i Leon X, mimo nalegań wrogów niedawno wyklętego mnicha, nie potępili jego osoby i pism. Ostatni z tych Papieży nakazał nawet Rafaelowi wymalowanie postaci Savonaroli obok św. Tomasza z Akwinu na obrazie przedstawiającym debatę nt. Najświętszego Sakramentu.
? Papież Paweł III oświadczył, że uzna heretykiem każdego, kto będzie atakował pamięć owego domikanina. W 1558 r., za panowania Pawła IV, specjalnie powołana komisja papieska poddała ocenie wszystkie pisma Savonaroli i uznała je za wolne od wszelkich błędów doktrynalnych. Zakazano jedynie publikowania jednego traktatu i kilku kazań jego autorstwa. Ale i one nie zostały napiętnowane jako heretyckie, a obawiano się jedynie, że mogą one być fałszywie interpretowane, ze względu na surową krytykę ówczesnego Papieża i duchownych, w nich zawartą.
? Papież Benedykt XIV w swym wiekopomnym dziele pt. "De servororum Dei beatificatione" nie tylko wielokrotnie cytował florenckiego mnicha, ale jeszcze umieścił jego nazwisko w indeksie "błogosławionych sług Bożych i mężów czcigodnych i znakomitych świętością".
? Tajemnicą nie jest też, iż wielu Świętych bardzo ceniło Savonarolę. Można to powiedzieć, m.in. o: św. Filipie Nereuszu, św. Piusie V, św. Janie Marii Vianneyu, bł. Piotrze Grzegorzu Frassati, św. Franciszku Paoli, św. Katarzynie z Bresci. I nie da się tej estymy ograniczyć jedynie do pochwalania tylko pewnych aspektów życia Savonaroli. Święci oceniali pozytywnie Savonarolę w generalnym i ogólnym tego słowa znaczeniu. Bez przesady można stwierdzić, że zaistniał wśród nich kult apostoła Florencji. Św. Fraciszek Paola wprost uważał Savonarolę za Świętego. Św. Katarzyna z Bresci czytała dzieła tego domikanina, a jego wizerunek miała w swej celi. Św. Filip Nereusz swą głęboką cześć względem Savonaroli okazywał w ten sposób, że na przedstawiającym go portrecie domalował aureolę. Bł. Piotr Grzegorz Frassati, przyjmując szkaplerz III zakonu dominikańskiego, przyjął imię Giromalo na cześć Savonaroli. Każdemu, kto witał go tym imieniem odpowiadał zaś: Obym umiał go naśladować w walce i cnocie. Bł. Piotr Frassati tak to objaśniał: Imię to przypomina mi postać drogą mojemu sercu (...) postać Fra Giromalo Savonaroli, którego imię ja, niegodny, noszę. Żywiąc gorący podziw dla tego zakonnika, który poszedł na śmierć jak święty, postanowiłem zostać tercjarzem jego zakonu i wziąć go sobie za wzór, choć niestety bardzo mi daleko do tego, by stać się do niego podobnym.
Oj, cośik słabo i bladziutko wygląda, p. Jacku, Pańska domniemana "milcząca rehabilitacja" Maurrasa i AF w porównaniu z postawą, jaką względem piętnowanego i ośmieszanego przez Pana Savonaroli, przyjął po Aleksandrze VI Kościół święty. W przypadku bronionej przez p. Bartyzela AF po Piusie XI nie mam bowiem takich faktów jak: ? uznanie przez Kościół pism Maurrasa i AF za wolne od wszelkich błędów i herezji.
? Papieży broniących dobrego imienia Maurrasa, a nawet wielce go chwalących.
? Wyniesionych na ołtarze Świętych Pańskich upatrujących w Maurrasie i AF wzoru chrześcijańskich cnót.

 

Herezje Maurrasa

Pan Bartyzel niezwykle kulawo odpiera me zarzuty co do heretyckiego oblicza doktryny propagowanej przez Maurrasa i AF. Zważywszy na wielkie oczytanie mego szanownego oponenta z pismami obu ww., a także większą niż przeciętną znajomość przez p. Bartyzela doktryny katolickiej, jego obrona maurrasistowskiej ideologii wydaje się mało wiarygodna. Jeśli rzeczywiście bowiem moje zarzuty odnośnie do heretyckości maurrasizmu są wyssane z palca, p. Bartyzelowi nie powinno sprawić większego wysiłku udowodnienie mi tego. Tymczasem obrona prawowiernego oblicza AF w wykonaniu p. Jacka wygląda żenująco słabo. Przypomnijmy bowiem główne zarzuty, jakie postawiłem maurrasistowskiej doktrynie, i zestawmy je ze sposobem obrony, jakie prezentuje p. Bartyzel. Otóż, w swym pierwszym tekście wytknąłem Maurrasowi i AF trzy herezje i błędy doktrynalne:
a) wstręt okazywany hebrajskim korzeniom chrześcijaństwa, wyrażający się w de facto heretyckim i bluźnierczym podejściu do Pisma Świętego oraz w używanych przez Maurrasa wyrażeniach mówiących o odrzucaniu "hebrajskiego Chrystusa".
b) skrajnie negatywne podejście do demokracji i republiki, wyrażające się w bezwzględnym potępianiu tychże ustrojów.
c) promowanie zasady "Cel uświęca środki" .
Jak p. Bartyzel odpowiada na te zarzuty?
Ad. a) Do tego zarzutu p. Bartyzel w zasadzie się nie odnosi. Próbuje za to przypisać mi coś, czego nie pisałem. Mój Szanowny Adwersarz pisze bowiem, że częściowo ("nieśmiało" w jego nomenklaturze) p. Salwowski wycofał się z przypisywania Maurrasowi "rasizmu". Niestety, ale Panie Jacku, w tym wypadku nie musiałem się wycofywać z niczego ani "częściowo", ani "całkowicie" czy choćby "nieśmiało". W żadnym mym tekście nie twierdziłem bowiem, że Maurras był antysemitą w sensie rasistowskim. Powtarzam w tym momencie to, co napisałem już w mej ostatniej odpowiedzi na polemikę p. Bartyzela. Maurrasistowski antysemityzm był podobny do hitlerowskiego nazizmu, jeśli chodzi o stosunek obu do żydowskich korzeni chrześcijaństwa. Nie utrzymywałem zaś, że Maurras podobnie jak Hitler uważał Żydów za nieuleczalnie i dziedzicznie zdegenerowaną rasę. Hitler był antysemitą zarówno rasowym, jak i religijnym. Maurras był zaś antysemitą religijnym, ale nie rasowym, i to zarazem łączyło, jak i dzieliło z przywódcą III Rzeszy. Pan Bartyzel nie próbuje zresztą temu zaprzeczać, co przy jego wielkiej znajomości pism Maurrasa oznacza, że de facto przyznaje mi rację. Jakim mianem bowiem, jeśli nie "odrzucaniem hebrajskich korzeni chrześcijaństwa" można nazwać wyznanie Maurrasa, nazywające Ewangelię naszego Pana Jezusa Chrystusa "pismami czterech ciemnych Żydów"? Jest to pełne pogardy znieważenie Słowa Bożego objawionego w Biblii, no, chyba że uznamy, iż w ustach Maurrasa określenie "ciemny Żyd" pełniło funkcję komplementu...
Ad. b) Tutaj p. Bartyzel próbuje bronić maurrasizmu za pomocą rozróżnień na "demokracją realną" i "demokrację abstrakcyjną". Trudno jest w tym miejscu końca zrozumieć intencje p. Jacka, ale wydaje się, że obrana przez niego taktyka obrona antydemokratycznego fanatyzmu Maurrasa wygląda mniej więcej tak: nauka katolicka nie potępia "demokracji in abstracto", maurrasizm surowo gani zaś "demokrację realnie zaistniałą", a więc nie piętnuje jeszcze "demokracji in abstracto". Wniosek? Maurrasistowska krytyka demokracji mieści się w nauce Kościoła. Powiedzieć, że wyżej zakreślona linia obrony antydemokratycznego fanatyzmu AF jest naciągana, byłoby eufemizmem. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy p. Bartyzel wierzy w to, co pisze, czy też próbuje zamaskować własną wrogość do demokracji sztucznie stworzonymi rozróżnieniami?
Pierwszą obserwacją, jaka rzuca się w tym miejscu w oczy, jest fakt manipulacji, jaką p. Bartyzel stosuje zarówno względem tradycyjnej nauki Kościoła o demokracji, jak i moich wyjaśnień w tej kwestii. Pan Profesor pisze bowiem ? sugerując przy tym, jakoby Papieże, jak i moja skromna osoba, używali sformułowania, że "demokrację się dopuszcza". Nie bez przyczyny podkreśliłem tu słowo "dopuszcza", albowiem wymowa tego terminu jest obecnie wieloznaczna. W sensie stricte teologicznym określenie, że coś jest "dopuszczalne" oznacza, iż dany akt, zachowanie, pogląd, etc., być może nie jest ideałem, czymś, co się i chwali, ale, jako takie, mieści się ono w porządku moralnym i na pewno nie jest samo w sobie nieprawością. Przykładowo, w świetle katolickiej nauki moralnej czymś godnym pochwały i idealnym było zachowanie się św. Maksymiliana Kolbe, który oddał swe życie za bliźniego. Gdyby jednak św. Maksymilian nie poszedł na śmierć, byłoby to zachowanie mieszczące się w ramach chrześcijańskiej moralności i nie można byłoby powiedzieć, że ów zakonnik postąpił źle. Takie zachowanie byłoby zatem "moralnie dopuszczalne".
Potocznie jednak, gdy mówimy, że coś się "dopuszcza", często używamy tego jako synonimu wyrażenia "toleruje się", i to używanego, nie w nowoczesnym, ale tradycyjnie chrześcijańskim tego słowa znaczeniu. Tolerancja oznacza zaś brak aktywnego przeciwstawienia się złu, wówczas, gdy realnie przewidujemy, że nasza gwałtowna interwencja mogłaby zaowocować powstawaniem jeszcze większego zła. Toleruje się więc coś, co jest mniejszym złem i czego nie jesteśmy w stanie wytrzebić. Mam podstawy przypuszczać, że właśnie w tym sensie p. Bartyzel użył słowa "dopuszcza się". Ale wróćmy do sedna sprawy. Tradycyjna doktryna katolicka przeważnie nie używa względem ustroju demokratycznego sformułowania "dopuszcza się". Papieże, mówiąc o różnych ustrojach, w tym także demokracji, jako możliwych do zaakceptowania przez chrześcijan, używają takich określeń jak: nie sprzeciwia się doktrynie katolickiej (Leon XIII, "Diuturnum"); każda z nich jest dobr (Leon XIII, "Au de milieu des solicitudes"); dają się pogodzić ze sprawiedliwością (św. Pius X, "Notre de charge apostolique"). Z kolei Sobór Watykański II w konstytucji "Gaudium et Spes" uczy: Na pochwałę zasługuje postępowanie tych narodów, w których jak największa część obywateli uczestniczy w sprawach publicznych warunkach prawdziwej wolności (tamże: n. 31). Nie będę już przypominał słów Jana Pawła II mówiącego o sympatii, z jaką Kościół patrzy na procesy demokratyczne. Tak czy inaczej jedno jest pewne: prawowierni katolicy ? nawet, jeśli pod tym mianem mielibyśmy określać także lefebrystów i sedewakantystów ? po prostu nie mają prawa uważać ustroju demokratycznego za zły, sam w sobie, z konieczności destrukcyjny, rewolucyjny, niszczący religię, moralność, etc. Magisterium Kościoła tradycyjnie uczy bowiem, że także demokracja może być dobra i sprawiedliwa.
Konia z rzędem temu, kto udowodni, że Maurras nie potępiał demokracji jako wewnętrznie złego i destrukcyjnego systemu. Lider AF mówił wszak, że demokracja jest: "trucizną", "złem powszechnym, duchowym i apokaliptycznym", "śmiercią", która z konieczności niszczy wszystko (...) religię, rodzinę, tradycję. Charles Maurras wspominał też o ogromie nienawiści, jaką środowisko AF darzy demokrację, a także deklarował: Każda demokracja izoluje i osłabia jednostkę. Jeśli wyżej wymienione sformułowania nie wyrażają poglądu, że demokracja ze swej konieczności i natury jest systemem destrukcyjnym i zgubnym, to ja jestem prawdziwym obyczajowym libertynem. Doszukiwanie się zaś, w tej fanatycznej wrogości do demokracji furtki, pozwalającej domniemywać, że Maurras mógł nie negować "demokracji in abstracto", doprawdy jest niepoważne. Równie dobrze można, by pastorom z "Westboro Babtist Church", pikietującym na pogrzebach homoseksualistów z plakatami "God hates fags" ("Bóg nienawidzi pedałów") przypisywać twierdzenie, że potępiają oni tylko rozpowszechnioną formę homoseksualizmu, nie zaś koniecznie sodomię jako taką.
Zresztą, nawet, gdybyśmy przyjęli, skrajnie niewiarygodną sugestię o potępianiu przez Maurrasa tylko demokracji "realnie istniejącej", to i tak było by to niezgodne chociażby z nauczaniem Piusa XII, który w swej alokucji z dn. 16 stycznia 1946 r. uczył, że wedle "świadectwa historii" istniały prawdziwe i zdrowe formy demokracji. Tak więc dobra i sprawiedliwa demokracja nie jest tylko jakimś nigdy niezrealizowanym abstraktem, ale stanowi prawdziwą historyczną rzeczywistość.
Podkreślić należy w tym miejscu, że akceptacja Kościoła dla ustroju demokratycznego nie oznacza uznania za słuszną tych form demokracji, które sprzymierzają się z liberalizmem, to znaczy roszczą sobie prawa do legalizowania, a nawet wspierania różnych nieprawości. Tradycyjna doktryna katolicka uczy jednak, że demokracja ze swej natury nie musi być liberalna albo też pozostawać w sojuszu z innymi antychrześcijańskimi ideologiami.
Ad. c) Pan Bartyzel utrzymuje, że bezpodstawnie kojarzę ogłaszaną przez AF wolę walki z republiką "wszystkimi środkami" z zasadą "Cel uświęca środki". Mój Adwersarz odsyła mnie do swej książki pt. "Umierać, ale powoli", w której ? jak sugeruje ? znajduje się prawowierne wyjaśnienie sformułowanej przez AF zasady "walki wszystkimi środkami". Idąc za zachętą p. Bartyzela, sięgnąłem więc po wzmiankowane dzieło. W swej książce p. Jacek "odpiera" zarzut propagowania przez AF zasady "Cel uświęca środki" argumentem markiza de Roux, który swego czasu miał wskazać, że także w aktach Magisterium kościelnego znajdują się wezwania skierowane do katolików, by bronili wiary katolickiej "wszystkimi środkami". Już byłbym gotów przyznać, że zagalopowałem się, łącząc sformułowanie "wszystkimi środkami" z zasadą: "Cel uświęca środki", gdyby nie szerszy kontekst, w jakim się ono pojawia. W przypadku Magisterium Kościoła mamy bowiem cały szereg innych wypowiedzi, które bez żadnych dwuznaczności potępiają zasadę "Cel uświęca środki". Nie chcę się teraz nad tym rozwodzić, bo musiałbym rozpoczynać kolejny artykuł na przeszło 30 tys. znaków, ale naprawdę istnieje niejeden kościelny dokument, w którym stwierdza się, że istnieją tzw. akty wewnętrznie nieuporządkowane, których czynienia nie usprawiedliwia żadna choćby najchwalebniejsza intencja i najbardziej ekstremalna sytuacja. Kościół święty zawsze i wszędzie nauczał o istnieniu aktów wewnętrznie złych, których czynienie nie jest dozwolone nigdy i nigdzie. Zainteresowanych pogłębieniem tego tematu odsyłam do takich dokumentów jak: "Veritatis splendor" Jana Pawła II (zwłaszcza zaś punkty: 52, 76, 80, 81, 91-93; Katechizmu Kościoła Katolickiego (punkty nr 1753-1754, 1756); "Humanae vitae" Paweł VI (punkt nr 14). Tym, którzy uznają jednak powyższe akty za "lewe", jako że "posoborowe", polecam przyjrzeć się stosunkowi przedsoborowej doktryny katolickiej do kwestii moralnej dopuszczalności choćby kłamstwa. Na sam początek, proponuję lekturę dwóch poniższych wypowiedzi: Nigdy nie można kłamać, ani w żartach, ani dla własnej korzyści, ani dla korzyści kogoś innego, gdyż kłamstwo zawsze jest złem samym w sobie (Katechizm św. Piusa X, cz. III, VIII. 11); Wszystkie te rodzaje kłamstw są grzechem. Nie wolno więc nigdy kłamać, ani dla uniknięcia śmierci i mąk, ani dla zachowania sobie samemu lub innym życia, sławy lub majątku, ani dla ocalenia niewinnego, niesłusznie oskarżonego, ani nawet dla zapewnienia bliźniemu zbawienia (Ks. J. Gaume, "Zasady i całość wiary katolickiej, czyli wykład jej historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny, apologetyczny, filozoficzny i socjalny, od stworzenia świata aż do naszych czasów", Kraków 1870, t. IV, s. 445).
Tak też jasne jest, że w świetle szerszego kontekstu katolickiej nauki moralnej, używane czasami przez Magisterium sformułowanie wzywające katolików do obrony wiary "wszystkimi środkami" mogło oznaczać jedynie wszystkie środki mieszczące się w ramach porządku moralnego. W innym wypadku musielibyśmy zaś zarzucić doktrynie Kościoła, że jest wewnętrznie sprzeczna i wykluczająca się.
Jak jednak wypada określenie "wszystkie środki" w szerszym kontekście doktryny wyznawanej przez samego Maurrasa i AF? Bardzo kiepsko. Zarzutu o promocję zasady "Cel uświęca środki" nie osłabiają bynajmniej wezwania dziennika AF do kupowania sumień, kupowania nielojalności, kupowania kobiet. Cóż oznacza kupowanie "sumień i nielojalności"? Czyż tym mianem nie określa się czasem zachęcania ludzi do niemoralności w zamian za doczesne korzyści? Co może kryć się pod określeniem "kupowanie kobiet", wolę nie pytać, bo może się jeszcze okazać, że AF sprzyjała prostytucji. Na korzyść AF nie przemawia też jej "założycielski mit", jakim było podtrzymywanie fałszywych oskarżeń względem Alfreda Dreyfusa oraz pochwalanie ludzi, którzy dopuścili się w tej sprawie kłamstwa. Nie piszę w tym miejscu o początkowej postawie środowiska, które później utworzyło AF, ale o linii, jaką przyjął Maurras i jego zwolennicy, już po tym, jak Dreyfus został prawomocnym wyrokiem sądu uniewinniony i oczyszczony z zarzutów. Linii, która polegała na obronie nieprawdy, po tym, jak owa nieprawdziwość była już jasna, a więc krótko mówiąc ? linii oznaczającej obronę i poparcie kłamstwa. Gdy dodamy do tego jeszcze wypowiedzi Maurrasa mówiące o tym, że dobry król powinien darzyć "nienawiścią" wrogów swej ojczyzny, to wspierana przez AF etyka wydaje się coraz bardziej odbiegać od wiary katolickiej i zbliżać się wielkimi krokami do herezji moralności sytuacyjnej.

 

Owoce Action Francaise

Pan Bartyzel lekceważy związek pomiędzy radykalnym antysemityzmem i związanym z tym niemoralnym postępowaniem kolaboracyjnego rządu Vichy a doktryną Maurrasa i AF. Cóż do doktryny AF i jej relacji z Kościołem ma nadgorliwość w wyłapywaniu Żydów przez niektórych urzędników Państwa Francuskiego, które było stopem wielu nurtów ideowo-politycznych, a nie jakąś prostą aplikacją zasad AF? ? pyta się mój oponent.
Panie Jacku, nieco więcej logiki i konsekwencji w rozumowaniu. Gdy chodziło o wykazywanie dobrych owoców AF, jakoś się Pan nie pytał, czy aby na pewno owe dobre owoce miały bliski związek z doktryną Maurrasa. A przecież równie dobrze można by to odwrócić i stwierdzić, że dobro, jakie p. Bartyzel przypisuje AF, nie było właściwym owocem działalności tego ugrupowania, ale na jego powstanie miały wpływ inne czynniki. Jeśli p. Jacek bezrefleksyjnie przypisuje AF dobre owoce, to czemu nie chce zastanowić się nad ewentualnym złem, jakie mogło zostać zrodzone w wyniku doktryny Maurrasa? A doprawdy trudno nie dostrzegać bliskiego związku pomiędzy fałszywą doktryną Maurrasa i AF a późniejszą tragedią kolaboracji sporej części radykalnej prawicy europejskiej z bezbożnym nazizmem. Po pierwsze: to sam p. Bartyzel w swych publikacjach wskazuje, że w dwudziestoleciu międzywojennnym radykalna prawica (w tym skrajni nacjonaliści) mocno inspirowała się doktryną AF. W naturalny sposób dotyczyło to także Francji, w której jedną z głównych sił prawicowych była AF. Po drugie: smutne i tragiczne, ale niestety prawdziwe, jest to, że wszystkie kolaboracyjne rządy w okupowanej Europie wywodziły się z kręgów tejże skrajnej prawicy, a zwłaszcza ze środowisk narodowo-radykalnych. Po trzecie: w samym rządzie Vichy eksponowane stanowiska zajmowali działacze AF. Co więcej, bezpośrednio odpowiedzialnym w rządzie Peitana za wyłapywanie Żydów był jeden (co prawda) z aktywistów AF. A teraz zadajmy parę niewygodnych pytań. Jaki związek z współpracą europejskiej (w tym zwłaszcza francuskiej) skrajnej prawicy w "dziele" hitlerowskiego ostatecznego rozwiązania ma agresywny antysemityzm AF wyrażający się m.in. w przedstawianiu Żydów jako wielkich wrogów Francji i cywilizacji europejskiej; w pogardzie okazywanej żydowskim korzeniom chrześcijaństwa; w podtrzymywaniu i bronieniu kłamstw nt. Dreyfusa? Wreszcie, jaki związek z wyłapywaniem Izraelitów ma wspierana przez AF zasada mówiąca, że "Cel uświęca środki"? Czy naprawdę zafascynowani myślą Maurrasa i AF funkcjonariusze reżimu Vichy nie mieli prawa poczuć się przynajmniej trochę usprawiedliwieni, wspominając tradycyjny agresywny antysemityzm AF? Żydzi są tacy źli. A więc pozbądźmy się ich raz na zawsze ? czy rzeczywiście trudno jest powiązać tego rodzaju myślenie z fałszywą doktryną AF?

Kilka odpowiedzi na zarzuty ad personam

Profesor Bartyzel chyba nie byłby sobą, gdyby nie uraczył Czytelników "Opcji na prawo" oraz witryny "Konserwatyzm.pl" dużą dawką personalnych uszczypliwości skierowanych wobec mojej osoby. Zajmę się tym razem tylko tymi, które nastrajają p. Jacka co najmniej nieufnie i sprawiają, że trudno oprzeć się podejrzeniu, że mamy wówczas do czynienia z jakimś poważnym rozchwianiem osobowości. Konkretnie chodzi zaś p. Bartyzelowi o moją dawną współpracę z pismem "Szczerbiec". Jako że owe pismo szerzy negacjonizm Holocaustu, a także sedewakantyzm, a ja ze swej strony mam być dzisiaj obsesyjnym wrogiem antysemityzmu (a więc zażartym filosemitą) i lefebryzmu ( a więc "gorliwym wojtylianistą"), zapewne muszę podpadać pod sugerowaną przez p. Jacka diagnozę. Na samym wstępie swej "denuncjacji" mój Szanowny Polemista popełnia lekką pomyłkę. Otóż, Panie Jacku, artykuły mego autorstwa, w piśmie "Szczerbiec" można było odnaleźć nie "kilka lat temu", a 10-11 lat temu. Istnieje zaś pewna różnica pomiędzy określeniem "kilka", które zwykło stosować się jako synonim liczb jednocyfrowych, a okresem czasu rzędu 10-11 lat. Przejdźmy jednak do rzeczy. W l. 1996-1997 na prośbę mego znajomego podjąłem luźną współpracę z magazynem "Szczerbiec", która zaowocowała publikacją tam pięciu tekstów mego autorstwa. Czy moje artykuły miały coś wspólnego z historycznym rewizjonizmem, będącym domeną tego pisma? Nie, albowiem były one poświęcone zupełnie innej tematyce. Czy moja współpraca z "Szczerbcem" oznaczała podpisywanie się pod radykalnym antysemityzmem uprawianym przez to czasopismo? Kolejne pudło. Nigdy nie utożsamiałem się z jadowitą antyżydowskością "Szczerbca", a co więcej, jeszcze w trakcie trwania mojej współpracy z tym pismem, wystosowałem do p. Adama Gmurczyka (redaktora naczelnego owego periodyku) prywatny, acz stanowczy protest wobec promowanego przez niego radykalnemu antysemityzmowi. Nie jest więc tak, jak to insynuuje p. Bartyzel, że w krótkim czasie przeszedłem od żarliwego antyizraelityzmu do gorliwego filosemityzmu. Czym zresztą miałby być ów gorliwy filosemityzm, jakim mam się dziś charakteryzować? Czy dla p. Bartyzela nie do przełknięcia jest to, że staram się kochać Izraelitów? Czy mierzi mego oponenta uważanie antysemityzmu za herezję i grzech przeciw miłości bliźniego? A może fakt, że nie doszukuje się w każdej pladze i tragedii macek Żydów, jest już dla p. Bartyzela przejawem filosemityzmu?
Nieco bliższe prawdy jest sugerowanie przez p. Jacka mego porzucenia lefebryzmu. Istotnie przed 10-11 laty byłem gorliwym lefebrystą, co znalazło swój oddźwięk także w artykułach, jakie opublikowałem na łamach "Szczerbca". W międzyczasie nawróciłem się jednak z lefebryzmu. Co jednak ma oznaczać twierdzenie p. Jacka, że co rusz obnoszę się ze swym gorliwym wojtylianizmem, doprawdy nie wiem. Uznaję Sobór Watykański II oraz "posoborowych" Papieży za w pełni legalnych i prawowiernych. Nie mam zamiaru wynosić własnej interpretacji Tradycji Kościoła ponad interpretację, jaką dało nam w tym względzie Vaticanum II oraz "posoborowi Papieże". W wypadku zaś, gdy w mym odczuciu pojawiają się trudności w znalezieniu zgodności pomiędzy przedsoborowym a posoborowym nauczaniem Kościoła, ufam, że owe trudności są bardziej pozorne, aniżeli realne i wynikają one bardziej z mojego niedoskonałego i narażonego na błędne interpretacje oglądu Tradycji Kościoła, aniżeli z rzeczywistego stanu rzeczy. W skrócie: jestem gotów podporządkować swój umysł i serce całości oficjalnego nauczania Kościoła, nie wyłączając z tego zakresu mandatu apostolskiego, jaki Vaticanum II i posoborowym Papieżom, powierzył Pan Jezus. Dalej jednak trudno jest mi zrozumieć, na czym polega moje "obnoszenie się z gorliwym wojtylianizmem". Obawiam się, że większość czytelników mych tekstów czy książek ma raczej nieodparte wrażenie, że jestem "kryptolefebrystą" (co także jest wnioskiem błędnym, ale mimo to nieraz właśnie tak byłem traktowany). Nie traktuję bowiem Vaticanum II jako początku historii Kościoła, Jana Pawła II zaś jako jedynego Papieża, który istniał. Obu w pełni pragnę się podporządkować, co przecież nie oznacza, że nagle mam spalić na stosie wszystkie przedsoborowe katechizmy, podręczniki apologetyczne i żywoty Świętych, jakie w ciągu lat gromadziłem. Obawiam się zresztą, iż ani Ojcom ostatniego Soboru, ani samemu Janowi Pawłowi II by się to nie spodobało, gdyż ww. w swych oficjalnych aktach nieraz powoływali się na bogactwo przedsoborowej doktryny Kościoła. Jestem jednak nawróconym exlefebrystą. W moim wypadku był to wybór sumienia. Sumienia, które nakazało mi odrzucić wewnętrznie sprzeczne spojrzenie na Tradycję, jaką charakteryzuje się lefebryzm, a które polega na odrywaniu Tradycji od żywego, aktualnego Magisterium. Nie twierdzę przy tym, że wszystko w lefebryzmie jest złe. Z pewnością godne docenienia jest w tym ruchu choćby to, że daje on okazję do zainteresowania się i wgłębienia w bogactwo przedsoborowej duchowości i doktryny Kościoła. Pułapka lefebryzmu polega jednak na tym, że próbuje się to bogactwo (nieraz na siłę) przeciwstawiać się soborowemu i posoborowemu nauczaniu Kościoła. Wszechmogący dał mi łaskę i siłę, aby się temu przeciwstawić.
A tak na marginesie, jeśli p. Jacka niepokoi rzucanie się "od ściany do ściany", to niech lepiej nie sięga po żywoty Świętych, bo jeszcze spore grono spośród nich gotów będzie uznać za schizofreników. Co p. Bartyzel powiedziałby bowiem np. choćby o św. Franciszku z Asyżu, który w krótkim czasie porzucił hulaszcze, bogate i wystawne życie, by stać się jednym z najbardziej biednym i pogardzanym człowiekiem ówczesnego świata?

 

Ultraprawicowy remake Sillonu

Cała sprawa Maurrasa i AF jest dla nas tak naprawdę lekcją nadziei i nadprzyrodzonego charakteru Kościoła. Jak nauczał św. Paweł Apostoł zadaniem zwierzchników kościelnych jest: Przepowiadać Słowo, nalegać w czas, nie w czas, karcić, prosić, gromić z wszelką cierpliwością i nauką (2 Tm 4, 2-3). Kościelne potępienie AF jest tak naprawdę dowodem na to, że nasi pasterze, mimo swych wad i słabości, potrafią karcić, prosić, nalegać w "czas i nie w czas", niezależnie od doczesnych kalkulacji i sympatii. Potępiony przez św. Piusa X Sillon pragnął podporządkować chrześcijaństwo lewicy, za co słusznie spotkała go zdecydowana nagana. Potępiona przez Piusa XII AF, pragnęła z kolei trzymać chrześcijaństwo na pasku skrajnej prawicy. Za co też została słusznie ukarana. I o to w tym wszystkim właśnie chodzi. Chociaż prawicowość, w dużej mierze, jest naturalnym sprzymierzeńcem chrześcijaństwa, to jednak w imię doczesnych sojuszów, nie możemy pozwolić być najpierw prawicowymi, a później chrześcijańskimi (kolejność musi tu być dokładnie odwrotna).
Mirosław Salwowski

 

 
Wyświetlony 3768 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.