wtorek, 31 sierpień 2010 18:45

Eurosocjalizm? Notatka z Wiednia

Napisał

W prorynkowych środowiskach przyjął się zwyczaj nazywania wszystkich przeciwników rozwiązań rynkowych "socjalistami". Wydaje się to jednak nie do końca uprawnione, ponieważ jest zasadnicza różnica między socjaldemokracją, która dzisiaj opowiada się za zawansowanym etatyzmem, a socjalizmem, zgodnie z którym należałoby usunąć własność prywatną. Oczywiście, obydwa nurty mają podobne podłoże, filozofię i historię. Niemniej jednak w praktyce różnią się między sobą.

Socjalizm jest systemem, który polega na nacjonalizacji przez instytucje państwowe wszystkich czynników produkcji. Zamiast prywatnego handlowania między suwerennymi właścicielami, posiadającymi rzadkie zasoby, mamy jedno kolektywne ciało, obojętnie, czy demokratyczne, czy też nie, które decyduje ostatecznie o tym, w jaki sposób zasoby mają być wykorzystywane. Jak swego czasu w doskonałej analizie pokazał Mises, skutki takiego systemu są katastrofalne. Jeśli mamy jednego państwowego właściciela wszystkich zasobów, to nie jest on w stanie wycenić czynników produkcji, ponieważ nie ma wymiany (nie ma z kim handlować, ponieważ jest jeden właściciel). A jeśli nie ma cen czynników produkcji, to nie działa również mechanizm zysków i strat, a zatem nie ma możliwości sprawdzenia, jakie procesy są opłacalne, a jakie nie. Wynikiem tego jest totalne zacofanie cywilizacyjne, krach gospodarczy, załamanie się podziału pracy etc.
Dlatego też socjalizm jest ruchem, który zdecydowanie osłabł (nawet kraje socjalistyczne nie były, na szczęście, w pełni socjalistyczne, ponieważ zostawiały pewien zakres prywatnej własności). Na jego miejsce wyrosła socjaldemokracja, która nie opowiada się za całkowitą nacjonalizacją czynników produkcji, lecz za nacjonalizacją większości dochodów osiąganych z tytułu posiadania czynników produkcji ("redystrybucja dochodu" jest nazwą myląca, ponieważ błędnie sugeruje, że jest coś takiego jak "dystrybucja dochodu"). Kapitalizm jest potrzebny, mówią socjaldemokraci, ale tylko w pewnym zakresie. Na niego powinny zostać nałożone poważne regulacje, obciążenia podatkowe, a przy tym należy też zlikwidować rynkowy pieniądz. Pewien zakres własności prywatnej wystarczy, ale należy tę własność solidnie ograniczyć, aby realizować jakieś "społeczne potrzeby".
Przeciwnicy Unii Europejskiej, sympatyzujący z zasadami wolnego rynku, mają tendencję do nazywania jej "kołchozem" i siedliskiem "eurosocjalizmu". Wydaje się jednak, że takie postawienie sprawy nie jest do końca słuszne, ponieważ UE nie proponuje nacjonalizacji czynników produkcji i likwidacji przez to mechanizmu cenowego. Zamiast tego oferuje cały zestaw socjaldemokratycznych narzędzi, które mają na celu postępujące ograniczanie własności prywatnej i oddalanie gospodarek od systemu wolnorynkowego. Koncesje, inflacja prawa, harmonizacja i zwiększanie podatków, państwowa, lub jak kto woli: etatystyczna międzypaństwowa, waluta ? wszystkie te rozwiązania mają "wspomagać" funkcjonowanie gospodarki, a nie likwidację własności w ogóle.
Czy więc, aby oddać sprawiedliwość sprawie, powinniśmy przestać mówić o UE jako "siedlisku socjalizmu" i zacząć mówić o tej organizacji jako o "siedlisku socjaldemokracji"? Jeśli mówimy o powyższych etatystycznych narzędziach UE, to raczej tak, jeśli natomiast o innej polityce, o której niżej, to zdecydowanie nie.
Mam tutaj na myśli temat, który w środowiskach prorynkowych nie został i nie jest dobrze wyeksponowany. Chodzi mianowicie o problem tak zwanej "polityki antytrustowej", której celem jest walka z "monopolami". W Polsce obowiązuje zaawansowane "prawo antymonopolowe", na straży którego stoi "Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów", którego właściwszą nazwą powinno być "Urząd Walki z Konkurencją i Konsumentami". Prawo to jest wzorowane na innych aktach antytrustowych i obowiązuje także w Europie. Polska naturalnie, wchodząc do Unii Europejskiej, włączyła się w "europejski" system "prawa konkurencji". Za politykę konkurencji odpowiada w UE Komisja Europejska.
Realistyczna teoria ekonomiczna postrzega zjawisko konkurencji jako dynamiczny proces i walkę rywali o rzadkie zasoby. Dywersyfikacja rynków, promocje, dotarcie do konsumentów, reklama, spekulacja ? są to wszystko naturalne elementy zjawiska konkurowania i przyciągania klientów w swoją stronę. Skutkiem tego ceny są w nieustannym ruchu tak, aby najlepiej odzwierciedlać warunki rynkowe i potrzeby konsumentów. Nie ma zatem nic dziwnego w tym, że w świecie tak niepewnej przyszłości doświadczamy zjawiska drastycznych różnic cenowych, zysków i strat.
Realistyczna teoria (czyli "austriacka teoria") widzi istotną rolę rozwiązań instytucjonalnych. Sprawnie działająca konkurencja potrzebuje precyzyjnego systemu własności. Ceny i produkcja są w całości pochodną przyjętego porządku prawnego. To, co sprawia, że konkurencja jest efektywnym mechanizmem, to właśnie własność prywatna i wolność. Swoboda prowadzenia działalności, zakładania dowolnych firm i walki o rzadkie zasoby sposobami nieagresywnymi (na przykład poprzez podbijanie cen, tj. zwiększanie ofert kupna), a nie przez grabież (nielegalną lub też zalegalizowaną w postaci rozwiązań etatystycznych).
Nierealistyczna teoria ekonomiczna natomiast postrzega konkurencję jako stan kwadratowego koła. "Neoklasyczna" teoria, którą wpaja się studentom ekonomii, uznaje, że idealny stan platoński opisuje "konkurencję". Jakiż to nierealistyczny stan? Wszystkie produkty są takie same, całkowicie homogeniczne ? nie ma żadnej różnicy między sprzedawanymi towarami. Mamy doskonałą informację, wszyscy wszystko wiedzą. Nikt nie ma wpływu na ceny ? ani konsumenci, ani producenci. Jeśli producent podniósłby cenę o jeden grosz, to straciłby wszystkich klientów. Mamy w zasadzie nieskończoną liczbę producentów i konsumentów, przy czym ani jedni, ani drudzy nie mają żadnego wpływu na cenę. Wszystkie ceny są równe z kosztami; nie ma w ogóle zysków, nie ma strat.
Na pierwszy rzut oka widać nonsens takiego podejścia i każdy zdroworozsądkowo myślący człowiek się z tym zgodzi. Ludzie są różnorodni, a ich potrzeby niejednorodne. Ludzie nie robią także nieskończenie małych kroczków. Produkty są różne, a ponieważ ceny są wynikiem działań ludzi, to nie spadają z nieba jako "równe kosztom", tylko są zależne od ich woli. Platońska teoria konkurencji prezentowana w podręcznikach przedstawia nie ludzi, lecz bandę nieskończonej liczby mrówek, z których każda wykonuje dokładnie taką samą czynność (a nawet wśród mrówek nie jest to prawdą). Tak właśnie wygląda model "konkurencji doskonałej", robiący z człowieka bezmyślny automat i trybik w maszynie (i do w dodatku wewnętrznie sprzecznej; maszyna nie może być "nielogiczna").
Moglibyśmy zadać pytanie, co to za absurdalna teoria konkurencji, której nonsens widać na pierwszy rzut oka? Na co ta cała "konkurencja doskonała", skoro zupełnie nie przystaje do świata realnego i powinna zostać wyrzucona na śmietnik historii? I tu właśnie tkwi cała magia ? w oparciu o "doskonałą konkurencję" teoria "neoklasyczna" definiuje zjawiska "monopolizujące" i "szkodliwe dla rynku".

(?)

 

Mateusz Machaj
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 4836 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.