wtorek, 31 sierpień 2010 19:29

Feministyczna dysekonomia

Napisał

Jedną z najlepszych metod argumentacji i próby przekonania przeciwnika w dyskusji do swojego stanowiska jest zadawanie prostych pytań. Niektóre pytania mogą być wręcz tak kłopotliwe, że strona na nie odpowiadająca musi zdobyć się na wyjątkowo zawiłe tłumaczenie, aby odwrócić naszą uwagę od sedna problemu i wskazania na błąd w rozumowaniu oponenta.

Doskonałym przykładem tego są "ekonomiczne" teorie feministek. Chodzi głównie o tak zwany problem "dyskryminacji" na rynku pracy. Nie powinienem chyba w zasadzie używać określenia "ekonomiczne teorie", ponieważ feministki zazwyczaj nie mają żadnych teoretycznych i przemyślanych wyjaśnień kształtowania się płac. Zamiast tego przedstawiają jakiś problem ? różnice w płacach między kobietami a mężczyznami ? i twierdzą, że jest to objaw dyskryminacji, który powinien być natychmiast zwalczony przez odpowiednią interwencjonistyczną politykę. Państwo musi wkroczyć, państwo musi poprawić sytuację.
Jakież to trudne pytanie należy zadać feministce, która uważa, że kobiety są z zasady dyskryminowane na rynku pracy w postaci mniejszych (o ileś tam procent) płac? "Skoro tak jest, że kobiety zarabiają X% mniej niż mężczyźni, to czemu nie znajdzie się jakiś mądry, chętny na zysk przedsiębiorca, który wyrzuci wszystkich mężczyzn z pracy, zatrudni na ich miejsca kobiety po niższych stawkach i zgarnie owe X%?"
Ekonomiczne postulaty feministek cierpią na podobny problem, jak większość wydumanych postulatów ruchów politycznych. Sama tylko szeroka obserwacja zjawiska różnic płacowych i stwierdzenie, że należy w celu walki z tym uruchomić narzędzia etatystyczne to wyjątkowo płytka analiza problemu. Co więcej, nie jest to w ogóle analiza, lecz propagowanie myśli, która wprowadzona w życie spowoduje jedynie więcej dodatkowych kłopotów.
Powtórzmy raz jeszcze, jak prosto wygląda świat przez feministyczne okulary. Kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni. Dlaczego? Ponieważ są dyskryminowane. Co należy zrobić? Państwo musi zacząć łamać prawa własności, by płace wyrównać. Kropka.
Nas tymczasem takie postawienie sprawy nie satysfakcjonuje. Zamiast tego lepiej wniknąć trochę głębiej w problem. Dlaczego występują różnice w zarobkach między mężczyznami a kobietami? Feministka jest w stanie dopatrzyć się odpowiedzi w biologicznej strukturze człowieka (płeć to baza, a wszystko ponad biologię, jak kultura, polityka, gospodarka, zdaje się być nadbudową ? analogia do marksizmu jest uderzająca), ekonomista natomiast zastanowi się, jaka może być ekonomiczna przyczyna różnic w zarobkach. Albo: dlaczego w ogóle występują różnice w zarobkach między jakimikolwiek ludźmi?
Samo stwierdzenie "kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni" nie mówi nam zbyt wiele poza ogólnym faktem statystycznym, który powinien zostać wyjaśniony. Podobnie jak "emigranci zarabiają mniej" albo "emeryci zarabiają mniej", albo "osoby nie mające doświadczenia zarabiają mniej" etc. Oczywiste jest, że łatwo znaleźć kobietę, która zarabia więcej od jakiegoś mężczyzny, podobnie jak łatwo jest znaleźć emigranta zarabiającego więcej niż jakiś Polak, czy osobę niedoświadczoną, która zarabia więcej niż osoba mająca za sobą długi staż. Różnice w płacach, jakie objawiają się w przypadku wszystkich grup społecznych, sugerują nam, że kształtowanie się płac na rynku nie może podlegać prymitywnym podziałom na poszczególne grupy. Proces "dystrybucji" zarobków musi zatem mieć charakter bardziej indywidualistyczny, a nie holistyczny, co zdają się sugerować feministki.
Od czego zatem zależą płace pracowników? A może inaczej, od czego w ogóle zależą jakiekolwiek zarobki na rynku czynników produkcji? Od czego zależy cena surowców, od czego zależy cena sprzedawanej maszyny, od czego zależy cena wynajmowanej hali produkcyjnej? Wykształcony ekonomista odpowiada w takiej sytuacji, że cena czynnika produkcji (pracy, ziemi, czy dobra kapitałowego) zależy od jego produktywności.
I tak przedsiębiorca, który jest zainteresowany zyskiem, będzie kupował maszynę do produkcji za 20 jednostek pieniężnych tylko jeśli uważa, że wkład wniesiony przez maszynę do produkcji nie będzie mniejszy niż właśnie 20 jednostek. Załóżmy, że owa produktywność wynosi 20. Przedsiębiorca oczekujący właśnie takiej produktywności nie zapłaci za maszynę więcej niż 20. Jeśli cena zostanie podniesiona powyżej tej wielkości, przedsiębiorca nie będzie zainteresowany zatrudnieniem maszyny. Jemu zdecydowanie odpowiadałoby, gdyby cena była zdecydowanie niższa. 19, 18, a może nawet 10. Z chęcią zapłaciłby i zero.
Co się dzieje, jeśli cena maszyny jest dużo mniejsza niż 20, powiedzmy, gdy wynosi właśnie 10 jednostek pieniężnych? Wtedy wystarczy, że na rynku pojawi się przedsiębiorca konkurent i zauważy tę niesamowitą szansę na dodatkowy zysk. Zauważy, że cena maszyny wynosi 10, że jej produktywność znacznie więcej (20), a więc dodatkowy, potencjalny zysk dla niego to 10 (20-10), zaczyna zatem o maszynę konkurować i chętnie zgłasza na nią swój popyt. I tak, dzięki konkurencji, cena maszyny sobie rośnie, powiedzmy, do 11. To jednak nie koniec, ponieważ cena 11 dalej gwarantuje jakiemuś przedsiębiorcy czysty zysk ponad zatrudnienie wynikające z produktywności (9). I inny przedsiębiorca z wielką chęcią będzie konkurować o tę maszynę, ponieważ jej zatrudnienie da mu większy zysk.
Oto właśnie chodzi w regule "marginalnej produktywności czynników produkcji". Stawki za nakłady stosowane w procesie produkcji są zależne od ich produktywnego wkładu. Jeśli cena jakiegoś czynnika produkcji (nie ma to znaczenia, czy będzie to ziemia, maszyna czy praca) jest mniejsza niż jej wkład w produkcję, to konkurencja między przedsiębiorcami prowadzi do podbijania ceny, do momentu aż odzwierciedla ona produktywny wkład.
Są jednak dwa przypadki, kiedy nie mówimy o zastosowaniu tego prawa (chociaż w szerokim aspekcie w zasadzie jeden). Pierwszy przypadek dotyczy sytuacji, gdy przedsiębiorcy nie konkurują o czynniki produkcji. Po prostu stwierdzają, że nie zależy im na konkurencji i nie będą walczyć o zysk i nikt z nich nie podejmuje się zadania poszerzania zakresu swojego własnego rynku. W tym scenariuszu przedsiębiorca jest po prostu leniem (lub siedzi spokojnie z nadzieją, że wraz z nim leniami są wszyscy inni przedsiębiorcy i żaden z nich nie pokusi się o próbę zdobycia nowego rynku; wystarczy jeden przedsiębiorca wyłamujący się z lenistwa, aby tę sytuację zmienić). Drugi przypadek natomiast dotyczy sytuacji przedsiębiorcy, który nie ma ochoty zarabiać pieniędzy i nie jest nastawiony na zysk monetarny, lecz psychiczny. Wynikać to może z różnych powodów. Przedsiębiorca może widzieć, że cena wynosi 10, produktywność 20, ale stwierdza, że nie kupi tej maszyny od właściciela, ponieważ go nie lubi z jakiegoś absolutnie subiektywnego powodu. Być może, ma rude włosy, być może czyta Marksa, być może, źle tańczy albo fatalnie się ubiera. A być może, sprzedawca jest kobietą! A przedsiębiorca kupujący maszynę jest uprzedzony.

(?)

 

Mateusz Machaj
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 4061 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.