wtorek, 28 styczeń 2014 11:29

Jak zatrzymać seks-edukatorki

Napisała

Trudno niektórych przekonać, że realizowane w części szkół lekcje edukacji seksualnej są złe. Najtrudniej jest trafić do ludzi, którzy bardzo chcą być postępowi i nowocześni, a do tego chcą zrobić na złość Kościołowi. W jaki sposób rozmawiać z takimi osobami? Być może warto spróbować zwrócić im uwagę na aspekt prawny tego przedsięwzięcia i precedens otwierający drogę sektorowi komercyjnemu. A na początek podziałać na ich wyobraźnię.

Seks-edukatorki w domu prywatnym?

Na początek dyrektor szkoły mógłby sobie zadać pytanie, czy zgodziłby się na lekcję edukacji seksualnej prowadzoną przez seks-edukatorki w swoim własnym domu, aby wyedukować np. własną córkę i jej rówieśników. Czy czułby się bezpiecznie, goszcząc pod swoim dachem młodzież zebraną do tego celu, nawet w przypadku, gdy ich rodzice wcześniej wyrazili na to zgodę? Czy pozwoliłby na zakładanie prezerwatywy na drewnianego penisa, przyglądanie się temu, komentowanie za ścianą we własnym domu, gdzie seks-edukatorki są z młodymi sam na sam? Wydaje się, że niejeden dyrektor mógłby mieć z tym problem. Na pewno trzeba mieć nadzieję, że miałby. Jeśli nie z powodu jakichś słusznych oporów natury moralnej, to choćby z tego powodu, że obawiałby się zainteresowania lokalnego prokuratora i oskarżeń o seksualne molestowanie, które ze względu na to, że nie jest definiowane w polskim prawie, może być dość szeroko interpretowane. Czy jednak decyzji o wizycie takich seks-edukatorek w szkole, którą kieruje, nie podjąłby bez mniejszych oporów?

Wydaje się, że tak. Jest jednak różnica pomiędzy prywatnymi lekcjami w czyimś domu, za które ktoś zapłacił z własnej kieszeni, a lekcjami dla nieletnich w szkole publicznej, finansowanej z kieszeni wszystkich podatników. Podatnik nie powinien być zmuszany do finansowania projektów kontrowersyjnych, podejrzanych pod względem moralnym i prawnym, a do takich te lekcje właśnie należą. Przy okazji warto zaznaczyć, że teoretycznie dobrym testem na sprawdzenie rzeczywistej potrzeby istnienia lekcji edukacji seksualnej byłoby spytanie rodziców, czy byliby gotowi za nie zapłacić z własnej kieszeni i czy sami byliby gotowi udać się z dziećmi do organizacji, która zajmuje się ich przeprowadzaniem lub samodzielnie ją zorganizować.

Aspekt prawny

Dyrektorzy jednak zdają się dość pochopnie podejmować decyzję o wpuszczeniu seks-edukatorek do szkół. Można to zinterpretować w ten sposób, że robią to bez większej refleksji i idą po prostu z pewnym prądem, lansowanym przez tzw. postępowe środowiska. Tym samym ułatwiają im sprawę i współdziałają w seks-eksperymentowaniu na nieletnich. Czyżby mieli pewność, że prokuratorzy nie będą ich niepokoić za ich działania na terenie szkoły?

Lekcja seks-edukacji, podczas której uczy się dzieci nakładania prezerwatywy na drewnianego penisa jest odgrywaniem części aktu seksualnego. Warto zapytać osoby, które pozwoliły na tego typu lekcje w szkołach, czy zdają sobie z tego sprawę.

Poza tym, wpuszczając na teren szkoły prywatne edukatorki organizujące lekcje o seksie, podczas których nieletnich szkoli się w użyciu prezerwatyw, otwierają mury szkoły na całą masę potencjalnych działań o podłożu komercyjnym.

(...)

Wyświetlony 2357 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.