wtorek, 03 sierpień 2010 07:50

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

Jedna z moich ulubionych nawiedzonych feministycznych felietonistek Bożena Umińska (ach – gdzieżbym bez nich wyrobił wierszówkę...) z pasją dowodzi w "Przeglądzie" (nr 46/2005), że w Polsce po wyborach parlamentarnych krąży widmo faszyzmu czy też neofaszyzmu.

Z iście bolszewicko-rewolucyjną czujnością oraz pasją autorka analizuje przejawy tegoż zaprawdę mrożącego krew w żyłach niebezpieczeństwa, posiłkując się lekturą książki Roberta Paxtona zatytułowaną Anatomia faszyzmu. Co zatem charakteryzuje owa doktrynę i praktykę? Otóż jej występowanie łączy się w świadomości jakiejś grupy ludzi z poczuciem ogromnego kryzysu, którego nie da się rozwiązać bez zasadniczych zmian, wliczając zmianę modelu państwa (np. IV RP zamiast III) [...] Obowiązuje zasada prymatu grupy (np. biedni, bogobojni Polacy) nad jednostkami [...] Ta grupa jest ujmowana jako ofiara, co usprawiedliwia różne działania podejmowane w jej imieniu bez prawnych czy moralnych ograniczeń [...] Podsyca się lęk przed szkodą czy upadkiem grupy wywołany [...] przez konflikt klasowy [...] Pojawia się potrzeba dalszej integracji, co często dzieje się przez odwołanie się do określonych wartości (np. katolicyzm) i/lub przez wykluczanie innych grup (np. geje, lesbijki, feministki) [...] Zawsze łączy się z potrzebą autorytetu i zawsze jest nim mężczyzna w roli przywódcy. Wyjąwszy jawnie szowinistyczny wydźwięk ostatniej tezy (że co, że niby kobieta nie może być porządną faszystką, a nawet leaderem całego ruchu?? Cóż za szokująco dyskryminacyjna sugestia! A fuj...), ciekaw jestem, jak pani Umińska zareagowałaby na taką parafrazę jej słów: "Występowanie mentalności faszystowskiej łączy się w świadomości jakiejś grupy ludzi z poczuciem ogromnego kryzysu (np. u kobiet eksploatowanych przez męskie szowinistyczne świnie), którego nie da się rozwiązać bez zasadniczych zmian, wliczając w to zmianę modelu państwa (z patriarchalnej, obskuranckiej, nietolerancyjnej III Rzeczpospolitej na równościową IV RP). W faszyzmie obowiązuje zasada prymatu grupy (chociażby kobiet ujmowanych jako jednolita zuniformizowana grupa o identycznych interesach) nad rzeczywistymi jednostkami (np. realnie istniejącym kobietami, które na widok pani Umińskiej i towarzyszek zazwyczaj zmykają gdzie pieprz rośnie). Ta grupa jest pojmowana jako ofiara (choćby ciągłe wmawianie kobietom, że są one poddawane nieustannej wielostronnej wiktymizacji przez rozmaite odnogi męskiego establishmentu), co usprawiedliwia rozmaite działania podejmowane w jej imieniu (czyż feministki nie uzurpują sobie prawa do reprezentowania wszystkich kobiet, nawet tych obdarzonych fałszywą świadomością swoich interesów) bez prawnych bądź też moralnych ograniczeń (aborcja jako zabieg niemal natury kosmetycznej, rezygnacja z rzymskiej zasady domniemania niewinności w sprawach o molestowanie seksualne, która służy ? i bardzo dobrze ? ? mordercom, oszustom i pedofilom). Podsyca się także lęk przed szkodą czy upadkiem grupy wywołany przez konflikt klasowy (np. kobieta versus mężczyzna). Pojawia się też potrzeba dalszej integracji, co często dzieje się przez odwołanie się do określonych wartości (choćby tolerancja, Europa, różnorodność, wielokulturowość itp.) i/lub przez wykluczanie innych grup (np. ksenofobów, rasistów, antyeuropejczyków, prawicowców). Zawsze pojawia się tutaj też potrzeba autorytetu (czyżby panie Dunin, Graff, Środa, a nawet ? o tempora! ? sama Umińska nie zasługiwały na to szlachetne miano?)". Celem tego tekstu nie jest bynajmniej potępienie tolerancji i pochwała rasizmu, co, jak przypuszczam, jest oczywiste dla każdego rozsądnego człowieka. Ponieważ jednak "Opcją" cieszą również oczy redaktorki "Zadry", to na wszelki wypadek wyjaśnię, iż tekst Umińskiej jest kolejnym przykładem typowej lewicowej techniki argumentacyjnej (niech się Schopenhauer schowa ze swoją erystyką), tj. "reductio ad Hitlerum". Przyjmując za wyznaczniki faszyzmu takie kategorie, jak czyni to wyżej Umińska, wkrótce dochodzimy do konkluzji, że "wszędzie dookoła są faszyści". Jeśli tak, no to bardzo proszę ? skoro neofaszystami są bracia Kaczyńscy, to faszystką jest też Umińska et consortes.

***
Wszystko, co zostało napisane powyżej, bynajmniej nie oznacza (jak dobrze wiedzą czytelnicy tej rubryki), że darzę braci Kaczyńskich jakąś szczególną dozą admiracji. Właściwie jedynym pozytywnym aspektem powyborczej sytuacji jest frustracja środowisk skrajnego lewactwa. Natomiast bodajże najcelniejszy opis mentalności naszych Chemical Brothers znalazłem, o dziwoto, na łamach "Polityki" (nr 45/2005). Mariusz Janicki pisze bowiem tak: Kaczyńscy wiedzą o wyborcach coś cennego: nie szukają oni w politycznych deklaracjach wewnętrznej spójności, w polityce nie ma czegoś takiego jak poczucie wstydu, zażenowania, jest tylko mądrość etapu. Liczy się zdobycie realnej władzy, to jest rola dla poważnych ludzi, reszta to dziecinada dla naiwnych. Tylko sprawując realną władzę można wprowadzać w życie nową wizję państwa. Oczywiście w miarę możliwości. Wizja ta może być zrealizowana dokładnie w takim zakresie, aby nie zagroziła utratą władzy, bo bez władzy nie można realizować wizji. Że to błędne koło? Nic podobnego. Jeśli wizja jest nierozerwalnie związana z władzą, to trzeba obie wartości traktować równorzędnie. A jeśli coś trzeba poświęcić, to raczej wizję, bo utrata władzy kończy wszystko. Ta wizja powinna być tak ustawiona, aby zawsze się do niej dążyło, aby można było stwierdzić: musimy rządzić jeszcze cztery lata i kolejne, nie jest łatwo, walka (kiedyś powiedziałoby się ? klasowa) zaostrza się, wrogowie nie śpią, są trudności, musicie nam zaufać, cel jest słuszny, a środki, jakie musimy podejmować, mogą być gorzkie. Ale tak trzeba. Kaczyńscy mówią to społeczeństwu od dawna, tylko trzeba ich dobrze słuchać [...] Będzie im zależeć, by byli rozliczani z samego sprawowania władzy i tropienia zła, dlatego zawsze w ich deklaracjach IV RP była dokładnie zdefiniowana w sferze rozliczeń, bezpieczeństwa i sprawiedliwości, a znacznie mniej w kwestiach ekonomicznych [...] A więc piękna wizja ? obojętnie czy do spełnienia, a raczej nie do spełnienia-plus chwytliwy konkret, a właściwie nie do końca konkret, bo żadnych kierunków działania nie podano. Ale w świat idzie przekaz, z którego wynika, że nadchodzi wielki, niespotykany przełom kończący z haniebną III RP. Do tego dochodzi patos, z jakim Kaczyńscy przedstawiają niemal każdą propozycję, każdy pomysł wpisuje się w walkę sił dobra z siłami ciemności, w świat wielkich wartości. Patos jest do użytku zewnętrznego, dobrze osłania twarde polityczne gry liderów PiS. A na ataki Kaczyńscy reagują wstępnie wielkim oburzeniem, zarzucając wrogom złą wolę i socjotechnikę, co ma pokazać, że sami są prostolinijni i zapatrzeni w Polskę. Mój kluczowy zarzut wobec Prawa i Sprawiedliwości jest właściwie identyczny. W polityce personalnie zawsze preferowałem Machiavellego nad Savonarolę. Pewna doza cynizmu, pragmatyzmu, umiejętności socjotechnicznych, zmysłu taktycznego ? to elementy niezwykle cenne. Z kolei idealizm, doktrynerstwo, fanatyzm, przeświadczenie o własnej nieomylności oraz o moralnej słuszności to cechy osobników, których od władzy trzeba trzymać jak najdalej. Wbrew tonacji dominującej w mass-mediach, zwłaszcza zagranicznych, Kaczyńscy (a na pewno Jarosław) należą raczej do pierwszej kategorii osób. Tyle tylko, że Machiavelli swoje porady dla władcy oraz formułowane pryncypia technologii władzy chciał zaprząc w służbę republikańskiego ideału politycznego; innymi słowy, panowanie Księcia miało być tylko środkiem, a nie celem per se. Przypuszczam natomiast, że dla Big Brothers ideały, wizje, plany i koncepcje są tylko instrumentami służącymi utrzymaniu władzy. Ot, taki machiavellizm dla ubogich duchem.
***
Ponure konsekwencje interpretowania zasady solidarności jako reguły nakazującej "oddawaj osiemdziesiąt procent swoich dochodów, bo jak nie to pójdziesz do ciupy" trafnie diagnozuje w "Newsweeku" (nr 46/2005) jego redaktor naczelny Tomasz Wróblewski: Solidarna Polska, jakże znajomo dziś w Europie pobrzmiewa ta nuta. Jak blisko jej do haseł troskliwego kapitalizmu ? francuskiego etatyzmu. Systemu, który właśnie na naszych oczach rozbłysnął tysiącami płonących aut na przedmieściach Paryża. Można zrozumieć, kiedy francuską utopią fascynują się lewaccy idealiści, jak Jeremy Rifkin, autor "Europejskiego marzenia", któremu system sterowanego kapitalizmu, troski i solidarnych podatków na rzecz walki z biedą wydaje się ideałem. Ale jak mogą brnąć w to odpowiedzialni politycy? Jak Polski rząd może przyklaskiwać państwu z rozbuchaną nadbudową socjalną, z gospodarką na uwięzi działaczy związkowych i korporacji zawodowych, wiedząc, czym to się kończy. Krótsze dni pracy, hojne emerytury, gwarancje zatrudnienia, wygórowane świadczenia socjalne, administracyjne niwelowanie konkurencji dla tych, którzy mają już pracę i chcą gwarancji państwa, że bez wysiłku mogą trwać wiecznie. To nie rasizm doprowadził do największych rozruchów w powojennej Europie. To dyskryminacja nowego stulecia. Zamykanie dostępu do pracy młodym i utrudnianie powrotu do życia bezrobotnym. Spychanie na margines całych generacji miast i miasteczek. Od czasu do czasu rzuca się im charytatywne ochłapy, mające propagandowy efekt, ale żadnego znaczenia na drodze do budowy godnego życia. W Polsce nie mamy przedmieść pełnych bezrobotnych muzułmanów, ale mamy biedne podwarszawskie miejscowości, ba, całe województwa biedy, które w systemie solidarnej Polski z łatwością mogą jak we Francji stać się trwałym elementem krajobrazu [...] Trudno dziś wyobrazić sobie w Polsce wybuch na podobieństwo Paryża. Czy Nowego Orleanu, który według Francisa Fukuyamy ma te same korzenie systemowych podziałów społecznych. Polska nędza, raz, że nie ma jeszcze tak trwałej struktury, a dwa, że brakuje jej tak silnego wspólnego czynnika jednoczącego jak islam czy odrębny kolor skóry. Ale mechanizmy społeczne są te same. Pan Wróblewski ma oczywiście słuszność w swojej diagnozie i prognozie; nie bardzo natomiast rozumiem jego zdziwienie postawą "odpowiedzialnych polityków". Czas chyba definitywnie rozstać się z postulatywną, iluzoryczną i koszmarnie mistyfikującą rzeczywistość wywodzącą się z katolickiej nauki społecznej definicją polityki jako roztropnej troski o dobro wspólne. Realna polityka to sztuka walki o władzę. Tylko tyle i aż tyle. Pięknoduchy nie mają szans. A w tak interpretowanym politycznym starciu w tym roku to Kaczyńscy okazali się the best.
***
No ale, nie chciałbym, aby powstało mylne wrażenie, że całe zło polskiej sceny doktrynalno-politycznej upatruję w lewakach i nowym rządzie. Przyznam, że ze sporą dozą zdumienia, a potem wręcz lekkiego stuporu, przyjmowałem cały szereg pozytywnych opinii, jakie w gronie prawdziwych konserwatywnych liberałów pojawiały się apropos programu i kadr Platformy Obywatelskiej. Znacznie bliższa jest mi ocena sformułowana przez Mariana Miszalskiego w "Najwyższym Czasie" (nr 46-47/2005), który podkreśla, że w toku dotychczasowej działalności reprezentanci PO nie splamili się ani jednym (no, może to lekka publicystyczna przesada ? ale naprawdę lekka) wcielonym w przepisy prawne pomysłem czy rozwiązaniem nawiązującym do liberalnej (właściwie konserwatywno-liberalnej) teorii czy praxis: Gdzież więc, u diabła, byli ci "liberałowie", gdy fundowano nam obecną Konstytucję, akces do UE, koncesjonowanie ponad 200 "obszarów gospodarczych", gdy "zawieszano", a potem znoszono karę śmierci, forsowano podział administracyjny kraju z "powiatowym socjalizmem" włącznie, gdy ustanawiano "kasy chorych" z wyłączeniem dobrowolności ubezpieczenia zdrowotnego... ? że już nie wspomnę o takich "drobiazgach", jak "europejski nakaz aresztowania", wyodrębnienie w Konstytucji "mniejszości narodowych"? Nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek jakikolwiek poseł tych "soc-liberałów" proponował w Sejmie zniesienie podatku spadkowego... liberalizację ustawy o dostępie obywateli do broni... Kiedy współrządzili w ramach UW (a mieli silną pozycję!) ? nawet nie przeforsowali bonu oświatowego. Gdzie byli ci luminarze myśli liberalnej? Ano pamiętamy. Pan Donald Tusk przysypiał w senacie na marszałkowskim stolcu. Pan Jan Rokita podczas "długich nocnych Polaków rozmów" z panem Krzysztofem Janikiem pichcił nam powiaty "redukujące biurokrację poprzez jej zwiększanie". Pan Janusz Lewandowski promował PPP ? Program Pozornej Prywatyzacji. Pan Jan Krzysztof Bielecki, jak na liberała ekonomicznego przystało, wiercił w budżecie państwa dziurę wielkości Rowu Mariańskiego. Pan Andrzej Olechowski, przeskakując z funkcji ministerialnych na pozycje w rozmaitych Radach Nadzorczych (albo coś w tym guście), zmagał się bojowo z hydrą zrostu polityki z gospodarką. Pan Paweł Piskorski z zapałem budował mosty i handlował antykami, dzielnie ścinając głowy smokowi korupcji. Litościwie pominę całą plejadę platformerskich orłów na różnorakich synekurkach i posadkach w strukturach samorządu terytorialnego. Tacy to z tych ludzi liberałowie, jak z Benedykta XVI animista. Z całej owej wesołej gromadki w zdecydowanie najlepszym towarzystwie obracała się pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, która pasjami konwersowała ze Spiriti Sancti. Niemniej jednak nawet od niej nie kupiłbym raczej używanego samochodu. Samochodu? Nawet pompki do roweru.
***
Aby odetchnąć choć trochę od aktualnej politycznej bieżączki, postanowiłem zagłębić się w lekturę monarchistycznego "Pro Fide, Rege et Lege" (nr 4/2005). Doktrynalnie z reguły się z owym środowiskiem nie zgadzam, ale artykuły najczęściej utrzymują stosowny merytoryczny poziom. Tym razem jednak czekało mnie rozczarowanie. W najnowszym numerze periodyku bliżej nieznany mi autor, niejaki Rafał Łętocha, postanowił rozprawić się nie tyle z ideologią liberalizmu jako takiego (to w tym piśmie nic nadzwyczajnego), co z koncepcjami liberalizmu ekonomicznego (co na gruncie "Pro Fide, Rege et Lege" jest jednak pewnym novum). Bohater rzeczonej notki pisze tedy w następujący sposób: W dzisiejszych czasach stało się nieomal czymś oczywistym, iż konserwatyści w sferze gospodarczej opierać się muszą bezwzględnie na poglądach liberalnych, a nawet libertariańskich, że zobowiązani są bezwarunkowo je akceptować z całym "dobrodziejstwem inwentarza". Dla wielu wzmiankowana koniunkcja jest czymś tak niekwestionowanym, iż wszelkie próby krytyki którychkolwiek presupozycji liberalizmu gospodarczego, nieważne z jakich pozycji są dokonywane, wywołują wręcz furię i oskarżenia o socjalistyczne sympatie. Nierzadko zaś próbuje się nawet inkryminować osobom mającym czelność podważać jakiś z liberalnych metadogmatów lub nawet tylko nie podzielać bałwochwalczego stosunku wobec nich, iż stanowią "piątą kolumnę" czy "użytecznych idiotów" międzynarodowego lewactwa. Wynika to z przyjmowania, dosyć zresztą apodyktycznie narzucanego, ekonomistycznego punktu widzenia, czego świadectwem bywa akceptacja marksistowskiego w gruncie rzeczy poglądu, że "najważniejsza jest gospodarka", determinuje to zaś konieczność aprobaty mniemania, iż stosunek do liberalizmu gospodarczego w układzie prawica-lewica stanowi cechę diakrytyczną. Jeżeli już natomiast konserwatysta-liberał przyjmuje do wiadomości, iż w praktyce nie wszystkie efekty liberalnej gospodarki są zbawienne dla człowieka, rodziny czy społeczeństwa, że system ten posiada również pewne niedostatki, to standardową odpowiedź na ten zarzut stanowi argument, iż nie jest to wynik jego strukturalnych wad, a dzieje się tak tylko dlatego, że liberalizm jest jeszcze za mało liberalny. Parafrazując słynne powiedzenie Henry'ego L. Menckena nt. demokracji okazuje się, iż najlepszym lekarstwem na liberalizm jest więcej liberalizmu. W dalszej części tekstu pan Łętocha proponuje powrót do katolickiej nauki społecznej jako remedium na stricte ekonomocentryczne i pozostające we wzajemnie dialektycznej relacji socjalizm i kapitalizm. Uff..., nie miejsce tu na rozważanie, czy autor tekstu jest użyteczny czy nie, czy rzeczywiście konserwatyści powszechnie przyjmują libertariańskie metadogmaty oraz czy katolicka nauka społeczna faktycznie stanowi adekwatne antidotum na ułomności kapitalizmu (nasuwają się jednak tutaj oczywiste pytania: czy mamy wracać do proponowanej przez Piusa XI umowy spółkowej dającej pracownikowi uprawnienie do współzarządzania zakładem pracy? ? ten stan rzeczy zapewne niezwykle uradowałby serce wydawcy "Opcji na Prawo". Czy mamy wracać do poparcia rewolucji niczym Paweł VI w encyklice Populorum Progresssio? Czy winniśmy, niczym "dobry papież" Jan XXIII, uznawać prawo do otrzymywania zasiłku dla bezrobotnych za prawo człowieka?). Natomiast nie można pozostawić bez odpowiedzi tezy p. Łętochy o rzekomo "ekonomistycznym" nastawieniu liberalizmu. Owszem, w liberalizmie istnieje silny nurt, za prekursora którego można uważać Jeremy'ego Benthama, interpretujący wszelakie urządzenia społeczno-polityczne i reguły moralne w kategoriach użyteczności, efektywności czy maksymalizacji przyjemności. Ale reszta orędowników liberalizmu? John Locke ze swoją teorią naturalnych praw człowieka do życia, wolności i własności; Murray Rothbard, Robert Nozick czy Hans H. Hoppe ze swoją gruntowanie moralną teorią samoposiadania jednostki; Adam Smith z surową etyką z Teorii uczuć moralnych; Fryderyk A. von Hayek ze swoją, jakże bliską konserwatyzmowi, krytyką ludzkiej hybris oraz z głęboko tradycjonalistycznym uzasadnieniem wolnego rynku jako elementu porządku spontanicznego i wyniku naturalnych dyspozycji ludzkiego umysłu. To jedynie niektóre, najbardziej znane, nazwiska liberałów nie mających, dalibóg, nic wspólnego z "ekonomizmem". Wnioskowanie o całokształcie tradycji liberalnej na podstawie Benthama i jego epigonów przypomina tedy ekstrapolowanie na temat intelektualnego poziomu "Pro Fide, Rege et Lege" w oparciu o enuncjacje Łętochy.
***
Natomiast w "Myśli Socjaldemokratycznej" (nr 55-56) inny geniusz Michał Horoszewicz pisze, że przed Kościołem katolickim występują orientacyjnie takie zadania: nawiązanie pełnego dialogu wewnętrznego (teologia we wszelkich wymiarach, kwestie feministyczne i celibatowe, antykoncepcja, kościelne wspólnoty podstawowe, prawo do wewnątrzkościelnej niezgodności, kolegialność), doprowadzenie do partnerskich stosunków między krajami bogatymi i ubogimi [...] kontynuowanie dialogów z innymi religiami, priorytetowe podejmowanie spraw pokoju. Uwielbiam, kiedy lewica bierze się do reformowania Kościoła katolickiego... Jedynym pozytywem nakreślonego przez Horoszewicza programu zmian byłaby praktyczna zbędność rozmaitych SLD i SdPL. Ich rolę z powodzeniem wypełniałaby wszak Konferencja Episkopatu, krocząca na czele Postępu. Na szczęście Kościół nie pójdzie raczej za światłymi radami Horoszewicza (aczkolwiek pontyfikat papieża z Ameryki Południowej może, jak się obawiam, przynieść w przyszłości mało budujące niespodzianki).
Stary liberał

Wyświetlony 4906 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.