wtorek, 31 sierpień 2010 21:10

Ekskomunika KIK-u

Napisane przez

Uważam się za katolika wierzącego i praktykującego, przynajmniej w kanonicznym sensie. Oczywiste jest zatem, że oficjalne dokumenty wydawane przez Kościół i jego hierarchów dotyczą mnie w sposób istotny. Podporządkowanie się Nauce Kościoła lub brak takiego podporządkowania, w moim przekonaniu przesądza o tym, czy jestem częścią wspólnoty Kościoła katolickiego, czy też stawiam się poza nią. To było i jest dla mnie zawsze jasne i nie podlegające dyskusji. I dlatego ostatni dekret Metropolity Lubelskiego zakazujący Klubowi Inteligencji Katolickiej w Lublinie używania w swojej nazwie określenia "katolicki" wprowadził mnie, a myślę, że nie tylko mnie, w stan co najmniej lekkiego moralnego zamętu. I nieważny był tu spór o to, czy Metropolita, jako urząd kościelny ma prawo coś zakazywać świeckiemu stowarzyszeniu, czy też nie. Znacznie ważniejsze było dla mnie uzasadnienie tego dekretu.

Nie chodzi tu mi specjalnie o tę część uzasadnienia, w której przywołuje się przypadek zwolnienia przez Klub sprzątaczki będącej jedyną żywicielką rodziny. Każdy pracodawca-katolik, a chyba trzeba założyć, że tacy istnieją, wcześniej czy później staje przed ewentualnością, a często nieuniknioną koniecznością zwolnienia kogoś. Ten ktoś zwalniany przeważnie jest też czyimś żywicielem, choćby samego siebie. Pogodzenie decyzji z katolickim sumieniem jest tu bardzo osobiste, a katolicka norma postępowania niekoniecznie musi być krystalicznie jednoznaczna. To, co dla mnie było swojego rodzaju wstrząsem, to druga część wyżej wymienionego uzasadnienia, w którym Klubowi zarzucono zapraszanie prelegentów znanych z antysemickich i populistycznych wystąpień. Prelegenci ci, w wyjaśnieniach złożonych przez rzecznika prasowego metropolity lubelskiego to m.in. Dariusz Ratajczak i Stanisław Michalkiewicz. Co to oznacza? Ano dla mnie oznacza to, ni mniej ni więcej, tylko tyle, że zgodnie z oficjalnym stanowiskiem Kurii Metropolitalnej Lubelskiej, poglądy pp. Ratajczaka i Michalkiewicza są niekatolickie, ergo każdy, kto te lub zbliżone poglądy podziela, lub, co gorsza, głosi, traci prawo do nazywania siebie katolikiem, tak jak prawo nazywania siebie katolickim w myśl dekretu stracił lubelski KIK.
Przyznaję, że sporo z tego, co pisze i mówi D. Ratajczak jest mi sympatyczne, chociaż moim zdaniem np. rozpisywanie się na temat tego, czy rzeczywiście Niemcy przerabiali ofiary kacetów na mydło, czy nie, wobec całego niezmiernego horrendum niemieckiego terroru tamtych lat, jest już tylko niepotrzebnym dzieleniem włosa na czworo. Natomiast poglądy S. Michalkiewicza właściwie POPIERAM W CAŁEJ ROZCIĄGŁOŚCI. Jest on zresztą w dość powszechnej opinii, najbardziej utalentowanym, błyskotliwym i przenikliwym polskim publicystą politycznym i tylko trochę żałować trzeba, że zechciał być bardziej publicystą niż politykiem. Mój problem jest tego rodzaju, że z powodu tych moich sympatii NIE ODCZUWAM ŻADNYCH WYRZUTÓW SUMIENIA JAKO KATOLIK. Moje sumienie jest, jak widać instrumentem niezbyt czułym, być może źle skalibrowanym, a może po prostu niezdolnym do samodzielnego rozpoznania, jakie poglądy polityczne są katolickie, a jakie nie są. Czy zresztą populizm może być katolicki albo niekatolicki? Populizm to zachowanie polityczne polegające na głoszeniu tych poglądów, które są aktualnie najbardziej popularne w danej grupie społecznej, w celu zdobycia łatwej popularności, bez analizowania sensu tych poglądów oraz zastanawiania się nad realnymi możliwościami i rzeczywistymi skutkami wprowadzenia głoszonych poglądów w czyn. Często populizm przybiera formę schlebiania masom poprzez krytykowanie ekipy rządzącej. Typowym przykładem populizmu jest np: jednoczesne głoszenie konieczności zmniejszenia podatków i wzrostu wydatków na opiekę socjalną, bez zastanawiania się jak w tej sytuacji zrównoważyć wydatki budżetowe (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Populizm).
Czy głoszenie tych poglądów, które są aktualnie najbardziej popularne w danej grupie społecznej jest samo w sobie tak niegodziwe, że aż grzeszne? Czy grzechem samym w sobie jest schlebianie masom, poprzez krytykowanie ekipy rządzącej? Krytykowanie ekipy rządzącej z ambon w latach komunizmu niewątpliwie schlebiało masom, w tym niżej podpisanemu, i czy teraz, ex post, należy zakwalifikować tę krytykę jako zbiorowy grzech populizmu? Niestety, nie widzę niczego, co w wyżej przytoczonej definicji stałoby w oczywistej kontradykcji z Nauką Kościoła. Natomiast nieprzystawalność ww. definicji do poglądów inkryminowanego S. Michalkiewicza jest tak oczywista, że aż banalna. Czy można sobie choćby wyobrazić p. Michalkiewicza wzywającego do wzrostu wydatków na opiekę socjalną czy też jako autora podobnych apeli zapewniających łatwą popularność? "Apopulizm" tego publicysty jest konsekwentny aż do bólu i do granic zdrowego rozsądku (politycznego).
A co, w takim razie, z "antysemityzmem"? Czy rzeczeni prelegenci lubelskiego KIK-u są antysemitami, czy też nie? Wprawdzie nie słyszałem, żeby któryś z nich nawoływał do jakiejkolwiek dyskryminacji Żydów z tej racji, że są Żydami, albo żeby taką dyskryminację pochwalał lub aprobował, ale czy to ma jakieś znaczenie? Przynajmniej w ostatnich czasach pojęcie "antysemityzmu", podobnie jak "faszyzmu" stało się rozciągliwe jak guma i pojemne jak cysterna. W pewnych środowiskach oba funkcjonują jako epitety, żeby nie powiedzieć wyzwiska, którymi "flekuje" się przeciwników. "Stój, faszysto!" ? zawołał ongiś zomowiec, aresztując mojego znajomego i zaraz potem towarzysza więziennej celi. Teraz, być może, krzyknąłby "stój, antysemito!" z równą semantyczną prostodusznością. Obserwacja życia i lektura prasy poucza nas, że także obecnie antysemitą zostaje się raczej z obcego nadania, niż z własnego świadomego wyboru. I jak tu taki kolokwialno-arbitralny "antysemityzm" może stanowić kryterium do rachunku sumienia, nawet bardzo nadwrażliwego?
Rachunek sumienia, jakkolwiek dotyczy wiary, musi być racjonalny, bo wierzący katolik od czasów Anielskiego Doktora wie, a przynajmniej wiedzieć powinien, że nasza wiara nie może być sprzeczna z rozumem, co zresztą, po ziemsku patrząc, stanowi o sile tej wiary i stanowiło o sile cywilizacji opartej na tej wierze. Mnie, niestety, jakoś "nie wychodzi", żeby "populizm", "antysemityzm", a także "nacjonalizm" czy "ksenofobia", przynajmniej w ich obiegowych ujęciach rozpowszechnianych w wydawnictwach Agory, Springera i pokrewnych, mogły być racjonalnymi i precyzyjnymi punktami odniesienia dla katolickiego sumienia i miernikami katolickiej ortodoksji. Nie jest przecież funkcją tych określeń cokolwiek obiektywnie opisywać, są to narzędzia, których użyteczność dla posługujących się nimi zasadza się nie tyle na znaczeniowej precyzji, co na zmasowanej sile propagandowego rażenia.
Mimo lżejszych aspektów całej tej sprawy, jej samo jądro już takie lekkie nie jest. W Polsce zderzenie się i wynikła stąd walka bardzo odmiennych sposobów widzenia naszej polskiej historii, kultury, obyczajów i naszego miejsca w świecie, odmienności opartej na chyba nieprzezwyciężalnych różnicach kulturowych, a nawet cywilizacyjnych jest obiektywnym faktem i nieusuwalnym składnikiem naszej rzeczywistości. Ta "bitwa o Polskę" toczy się i będzie się toczyła ? i w sytuacji, jaka jest, wojna jest chyba jednak lepsza od pokoju ? bo obecnie "pokój" w tym względzie, jeśli jest możliwy, to chyba jedynie na fundamencie powszechnego bezmyślnego konsumpcjonizmu, kultu pieniądza i ideowej indyferencji. I jest zupełnie naturalne, że linie podziału dotykają także ludzi Kościoła, w równym stopniu zwykłych wiernych, jak księży i hierarchów. Klasyczny już prawie podział na "tych od ojca Rydzyka" i "tych od ks. Tischnera", jakkolwiek dla wielu gorszący, był tak długo niegroźny dla piotrowej nawy w Polsce, jak długo toczył się na łamach gazet, w salach prelekcyjnych, czy nawet gdy odbijał się echem z kaznodziejskich pulpitów. Sięganie w tym sporze po środki administracyjne, niezależnie od bezpośrednich pobudek, przenosi go w zupełnie nową jakość, o trudnych do przewidzenia skutkach dla jedności i integralności Kościoła w Polsce.

Apoloniusz Berbeć
Autor jest profesorem Instytutu Rolniczego w Puławach



 
Wyświetlony 5501 razy
Więcej w tej kategorii: « Nuda veritas Mafia komputerowa? »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.