Wydrukuj tę stronę
wtorek, 31 sierpień 2010 21:12

Edukacyjna urawniłowka

Napisane przez

Jestem wyjątkowym człowiekiem. I nie chodzi tu o popadanie w pychę z powodu posiadania jakichś nadzwyczajnych cech czy nadprzyrodzonych darów. Jestem bodaj jedynym diecezjalnym księdzem katolickim, który czyta regularnie "Opcję na Prawo", a także od czasu do czasu "Najwyższy Czas!".

Zdarza mi się sięgać także po inne periodyki tej orientacji. Swego czasu Adam Wielomski w "Najwyższym Czasie!" napisał takie słowa: Osobiście odnoszę wrażenie, że przeciętny polski hierarcha ? nie tylko ten z Lublina ? wcale by nie chciał, aby go popierano np. w "NCz!", a za to bardzo by chciał poczytać, jak go chwalą w "Gazecie Wyborczej". (NCz! 42/2004). Myślę, że do hierarchii bardzo mi daleko, jestem jedynie skromnym wikariuszem i wcale nie chcę, żeby mnie chwalono na łamach GW ani niczego podobnego. Po prostu uważam, że rozbudowane podatki to zwyczajna kradzież, homoseksualizm jest zboczeniem, a państwo opiekuńcze ingerujące we wszystkie sfery życia człowieka jest wysoce demoralizujące (czyżbym był jakimś faszystą?).
Sięgam zatem po pióro bo sam jestem ofiarą chorego systemu państwa opiekuńczego, doświadczając na własnej skórze jego absurdów. Myślę, że im szybciej ów żarłoczny Lewiatan zdechnie, tym lepiej dla normalnych ludzi. Niestety, obserwując rzeczywistość wokół siebie, nadzieję na prawdziwą zmianę tego stanu daje tylko koniec świata. Dopiero on, siłą rzeczy, odgoni armię rozmaitych prosiaczków posilających się z wielu korytek, jakie tworzy lawinowo pęczniejąca biurokracja.
Los skierował mnie do pracy katechetycznej w jednej z wielkich szkół zawodowych w dużym mieście powiatowym. Do tej szkoły zjeżdża się "elita" z całego powiatu, a nawet spoza jego granic. Całkowita mieszanka wybuchowa ludzi normalnych, takich sobie, lekko upośledzonych, zdrowo szurniętych, z nadzorami kuratorskimi, dozorem policyjnym, a także młodocianych ojców i matek. Nic nadzwyczajnego, zwykła polska rzeczywistość. Nawet o narkotykach nie ma co pisać, bo jest to już norma. Normalną rzeczą jest także to, iż dyrekcja w myśl hasła wszystkie dzieci są nasze dąży do wyrównania szans i poziomów. Troszczy się szczególnie o tych mających największe problemy (tam po prostu wszyscy mają jakieś problemy, począwszy od problemów ze składaniem literek po problemy z, pardon, krzywym członkiem, dlatego można się zająć jedynie tymi, co mają największe problemy, na inne nie starcza czasu i energii). Zwalcza się, oczywiście, wszystkie przejawy jakiejkolwiek nietolerancji, kładąc nacisk na równe szanse. Wspomaga się najbiedniejszych zapomogami pieniężnymi i stypendiami socjalnymi (o naukowe raczej trudno). Wdraża się skrupulatnie wszystkie programy, zalecenia i rozporządzenia MENiS, szczególnie te dotyczące integracji z UE i wychowania seksualnego. Słowem ? tylko przyklasnąć.
Ale ktoś myślący mógłby podrapać się po głowie i niegrzecznie zapytać: a po jaką cholerę to wszystko?
Jedynie chyba Janusz Korwin-Mikke miał odwagę podnieść postulat likwidacji powszechnego obowiązku nauczania. Jest to sprawa zapewne kontrowersyjna, ale moje osobiste i nie tylko moje doświadczenia skłaniają ku stwierdzeniu, że takie postawienie sprawy jest jak najbardziej uzasadnione. Kiedy codziennie przychodzę do szkoły, rozpoczyna się swoisty Matrix. Wkraczam w odrealniony świat absurdu. Taka szkoła to dziecko utopii chcącej pokazać, że nasze banany będą proste. Towarzysze, staniemy razem wszyscy na uszach, ale będą proste!
W naszej szkole takie sceny jak ta z Torunia, pokazane swego czasu przez telewizję, które wywołały szok w całym kraju, zdarzają się dość często, ale to wcale nie jest najważniejsze. Z powodu niżu demograficznego i w trosce o miejsca pracy dla nauczycieli szkoła przyjmuje każdego, kto tylko w swym wyglądzie zewnętrznym przypomina człowieka ? nieważne, czy ma nadzór kuratora, czy wyrok. A że np. w klasie liczącej 38 podobnego rodzaju "typów" niepodobna prowadzić zajęć, to już jest znacznie mniej ważne. Trudno mieć pretensje do kogokolwiek: do dyrekcji, kuratorium, do ministerstwa... Wszyscy starają się wdrażać w życie prawo oświatowe. To nie ci ludzie na dole są winni, lecz chory system, który wszystko "mieli" w taki a nie inny sposób. Chociaż podobno takie będą Rzeczypospolite, jakie młodzieży kształcenie. Oczywiście, to wszystko dzieje się wewnątrz, gdyż na zewnątrz jest to wzorcowa placówka oświatowa mająca ustaloną renomę, ceniona nie tylko w regionie, ale także w kraju i za granicą (sic!).
Właśnie z takimi absurdami systemu zmagam się codziennie. Dla przykładu: jest uczeń, którego rodzice wyprowadzili się z miasta na wieś podmiejską, gdzie wybudowali sobie domek. Od chwili zmiany adresu może on otrzymywać zapomogę z uwagi na to, że jest on ubogim przedstawicielem młodzieży z terenów wiejskich. A podatnik funduje rozpieszczonemu gówniarzowi kasę na fajki i nalewkę. I nie jest to jedyny taki przypadek w tej szkole. Jeden z uczniów pewnego razu pochwalił się, że przyszedł specjalnie dziś do szkoły (normalnie chodzi raczej rzadko) po to, aby odebrać pieniądze z zapomogi. Jak sam stwierdził, płacą mi za chodzenie do szkoły i to mi się podoba.
Władzy oświatowej zdarzają się przy tym oryginalne pomysły, aby uczniowie oceniali w anonimowych ankietach pracę nauczycieli (Proszę sobie wyobrazić wyniki).
Nie piszę po to, aby się żalić, ale żeby pokazać, że świat wokół nas to cała kopalnia tematów do opisywania. Uważam też, że wobec powyższego nie można stać obojętnie i trzeba działać. Wpierw jednak trzeba trochę pomyśleć. Można by, używając lewicowej dialektyki, stwierdzić, że uczniowie takich szkół to banda ciemniaków, kretynów, debili i im podobnych, dlatego oświata, niosąc swój kaganek, musi w jak największym stopniu ich oświecić i uczynić z nich pełnoprawnych obywateli zdolnych do życia w społeczeństwie otwartym. Można, ale po co? Tak już jest od czasów Adama i Ewy, że ludzie kierują się w życiu swoim własnym interesem, działając racjonalnie. Są osobniki w wysokim stopniu uodpornione na wiedzę, że żadnym przymusem się od nich tej wiedzy nie wyegzekwuje. Zwłaszcza kiedy mają wewnętrzne intuicyjne przekonanie, że taka wiedza nie jest im do niczego potrzebna. Co trzeba zatem robić? Lewica każe: trzeba obniżać wymagania, a wiedzę starać się przekazywać w formie atrakcyjnej (w przypadku dzieci uzasadnione, ale w przypadku maturzystów niekoniecznie, aby np. Biblię przekazywać w formie komiksu). Dzieje się to ze szkodą dla tych, którzy jednak na wiedzę są mniej odporni, czyli obniżamy poziom I tu dochodzimy do sedna.

(?)

 

ks. Krzysztof Adamski
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Wyświetlony 6764 razy
ks. Krzysztof Adamski

Najnowsze od ks. Krzysztof Adamski

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.