niedziela, 19 grudzień 2010 20:55

Do tchu ostatniego

Napisane przez

Alkohol towarzyszył Polakom od dawna. Genezy upijania się w ?polskim stylu?, to znaczy na umór, do utraty przytomności, zmysłów tudzież życia, należy szukać w wieku XVIII. I od tego czasu ustala się pewna smutna prawidłowość. Im gorzej w Rzeczypospolitej, tym więcej alkoholu. A że w Polsce od co najmniej 300 lat dzieje się, delikatnie mówiąc, niezbyt dobrze ? ten specyficzny lek na wszelki frasunek zjednuje sobie coraz to nowych admiratorów.

 

Panowanie królów saskich w Polsce jest jednym wielkim pasmem pijaństwa. Wino, piwo i gorzałka leją się szerokim strumieniem do spragnionych gardeł panów braci, duchownych, mieszczan i chłopów. A wybór gatunków jest wręcz imponujący, prawdziwie ?wolnorynkowy?. Z win sprowadza się drogą małmazję z Bałkanów i Grecji, muszkatel (słodki trunek do ciast) z prowincji tureckich, alikant z Hiszpanii, pontak, burgund i szampan z Francji. Ten ostatni podawano zwykle na koniec uczty ? ?na stempel?. Do tego dochodzą wina domowej roboty, niezbyt poważane krajowe, tanie wołoskie i węgierskie, wreszcie miody, łączące w sobie słodycz z niezbyt wyszukanym smakiem drożdży piwnych.
Piwo w ówczesnej Polsce warzyli głównie Niemcy. Mamy więc łagodne (dzisiaj powiedzielibyśmy: ?light?) leszczyńskie, mocno spienione brzezińskie, łowickie, ?co to chłopom gęby krzywi?, wareckie, ?którym Warszawa się żywi?, wielickie ? chłodzące ?gardła słone swą wdzięczną treścią?, jezuickie we Lwowie, biłgorajskie, międzyrzeckie, gdańskie dubelbiry, tylżyckie, wreszcie grodziskie w Poznaniu i Kaliszu, które z biegiem czasu wyparło w dużej mierze pozostałe. W każdym razie kto go w domu nie miał, uchodził za skąpca, typowego kutwę bądź biedaka. Oprócz tego złocisty trunek sprowadzano z Czech, Anglii (butelkowane portery) i ze Śląska. Piwo cieszyło się sporym wzięciem. Zastąpiło nawet wodę, której przypisywano szkodliwe działanie.
Jednak najbardziej lubianym trunkiem wśród Polaków była wódka, zwana też gorzałką, która pojawiła się w Rzeczypospolitej dopiero w wieku XVI. Po prawdzie początkowo nic nie zapowiadało jej późniejszej kariery. Dość, że w zamożnych domach nie podawano jej, uważając za trunek pośledni ? dobry dla chłopów pracujących w szlacheckich folwarkach. Nie trwało to jednak długo.
Najpopularniejsza była żytniówka. Swych zaprzysięgłych zwolenników miały wódki przepalane (około 200 gatunków!!!), z których w zależności od dominującej przyprawy otrzymywano anyżówkę, kminkówkę, korzenną, nie mówiąc o takich rarytasach jak wątrobiana, ?Panny Marii? czy ?brat z siostrą?. Wybredni natomiast delektowali się wódkami słodkimi: goździkówką, cytrynową, cynamonką, persico z pestek brzoskwiń i wiśniakami. Szczególnym poważaniem cieszyła się znana w całej Europie najdroższa wódka gdańska ? słynna krambambula. Nie gardzono też ratafią, goldwasserami i krupniczkiem.
Niestety, i tu wkraczamy w smutniejszą część naszej opowieści, wódkę pito w olbrzymich ilościach, głównie kwaterami na wyścigi do całkowitego zamroczenia. Czasem w trakcie uczty zdarzało się, że niezbyt tęgi pijak, gdy mu ciągle gorzałkę do ust wlewano, nie wytrzymywał i ?nagle gardło puściło i postrzelił jak z sikawki naprzeciw siebie znajdującą się osobę, czasem damę po twarzy i gorsie oblał tym pachnącym spirytusem?, ale nikt się tym specjalnie nie gorszył. Raczej rzecz całą w śmiech obracano.
Miała Rzeczypospolita w tym czasie swych narodowych opojów cieszących się powszechną estymą. Pierwszym był Janusz książę Sanguszko z Litwy. Wielmoża ten, tęgo popiwszy, kazał poprzęgać karetę i przejechawszy spory szmat drogi, wracał jak ?nowo narodzony? na dalszą część libacji. Dorównywał mu kasztelan Borejko, zwany pobożnym pijakiem, bo najczęściej pijał z duchownymi. Wszelako w procesie szybkiej przemiany materii przebijał ich krajczy koronny Adam Małachowski. Ten niepośledni pijaczyna potrafił duszkiem wychylić kilka pół garncowych kielichów wypełnionych po brzegi trunkiem. Bez specjalnych skutków ubocznych.
Dzielnie i wytrwale sekundowali im panowie posłowie zjeżdżający na sejmiki. Parlamentarzyści nasi, radząc nad ważnymi dla państwa sprawami, byli praktycznie cały czas na głębokiej bani. Od rana pojono ich winem i wódką doprawianą piwem (a nie piwem doprawianym wódką!). Tak ululani brali udział w debatach. Po skończonej pracy do północy dochlewali się w garkuchniach, by wreszcie zasnąć snem sprawiedliwych pod stołem, na ulicy albo w rynsztoku. W tamtych czasach żadne komisje do spraw etyki poselskiej w sprawach o nadużycie alkoholu nie miałyby żadnej racji bytu. Najpewniej zostałyby rozniesione na szablach.
Potem pito mniej ? saskie nieumiarkowanie już nie powróciło. Pozostało wszelako przyzwyczajenie, ?polska, alkoholowa predylekcja?. Malkontenci twierdzą, że jest to jedna ze stałych cech naszego narodowego charakteru*.
Dariusz Ratajczak
 
* Potępiając w czambuł opilstwo polskiej szlachty w XVIII w.(i w ogóle wszelkie pijaństwo), pragnę jednak zauważyć, że przesada w drugą stronę ? tj. całkowita abstynencja ? również jest cokolwiek podejrzana. Człowiek zupełnie niepijący to zazwyczaj osobnik nietolerancyjny, przekonany, najczęściej niesłusznie, o własnej wyższości. Taki Adolf Hitler był w zasadzie abstynentem ? i co z niego wyrosło?!

Wyświetlony 7369 razy
Więcej w tej kategorii: « Media i ludzie Szatański trik »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.