wtorek, 21 grudzień 2010 12:18

Seks-edukacja - jej ofiary i beneficjenci

Napisane przez

Ze strony naszych postępowców z Sojuszu Lewicy Seksualdemokratycznej co i raz słychać żądania wprowadzenia do szkół tzw. edukacji seksualnej.

Motywy, jakie deklarują postępowcy, są - jak to zawsze bywa w przypadku postępowców - bardzo szlachetne. Kieruje nimi troska o te dzieci, którym rodzice nie zapewniają "właściwego" wychowania seksualnego, co jest, według postępowców w rodzaju posłanki Sosnowskiej z Sojuszu Lewicy Seksualdemokratycznej, przyczyną wielu życiowych komplikacji.

W obliczu tego zła nie można pozostawać obojętnym. Problem musi być rozwiązany, odgórnie, centralnie i raz na zawsze. Dzieci i młodzież powinny być "uświadamiane" i "oświecane" (czyt. indoktrynowane) przez odpowiednio przygotowaną kadrę seksedukatorów, która z iście stachanowskim zapałem zabiera się do dyskutowania o "seksie" z dziećmi i młodzieżą. Nasuwa to podejrzenie, że z takich dyskusji czerpie ona nie tylko intelektualną, ale być może także i seksualną przyjemność. Byłoby to czymś w rodzaju zastępczej pedofilii, polegającej na werbalnym świntuszeniu w obecności dzieci, na oglądaniu wraz z nimi świńskich obrazków i wykonywaniu świńskich gestów. A przecież jako cel seksedukacji stawia się niekiedy (sam to słyszałem z ust pewnej seksedukatorki) wyeliminowanie dewiacji seksualnych, których źródłem ma być tradycyjne wychowanie seksualne i tabuizowanie sfery ludzkiej płciowości! Stare powiedzenie: "lekarzu ulecz się sam!" ma w przypadku postępowych seksedukatorów-kryptopedofilów pełne zastosowanie.

Od najdawniejszych czasów pierwsze wtajemniczenie w sprawy płci należało do rodziców. Oni też przekazywali dzieciom normy i zasady obowiązujące w tej sferze. Poprzez wprowadzenie seksualnej indoktrynacji do państwowych szkół postępowcy chcą pozbawić rodziców tych prerogatyw i odebrać im wpływ na dzieci. Cel takiego zabiegu jest jasny: zakwestionowanie kompetencji rodziców ma zniszczyć ich autorytet, osłabić więzy rodzinne, wykopać przepaść pomiędzy rodzicami a dziećmi, wychować dzieci do buntu przeciw "staremu światu" reprezentowanemu przez rodziców. "Seksedukacja" jest ważną częścią propagowanego przez postępowców tzw. wychowania antyautorytarnego. Nie chodzi, rzecz jasna, o likwidację wszelkich autorytetów, ale o zastąpienie autorytetów "niewłaściwych" (rodziców) autorytetami "właściwymi" (seksedukatorzy i ich polityczno-ideowi koledzy). Ludzie poddani od dziecka jednolitej, zuniformizowanej indoktrynacji seksualnej narzucającej lewicowe przekonania na temat płci, małżeństwa, rodziny, norm (a)moralnych obowiązujących w tej dziedzinie, staną się później łatwym łupem dla lewicowych partii i ruchów politycznych. Dlatego nie należy sądzić, że "seksedukacja" to wyłącznie odpowiednie kształtowanie postaw wobec płci. W rzeczywistości jest ona elementem, i to elementem bardzo istotnym, "prania charakterów", a tym samym "prania mózgów".

Jeśli idzie o sferę ludzkiej płciowości, to głównym celem seksedukacji, jak to dawno już opisał niemiecki socjolog Helmut Schoeck w swojej książce Manipulowanie uczniami (Fryburg 1977), jest wywłaszczenie wstydu, które dokonuje się poprzez wałkowanie spraw płci w kolektywie. Bardzo istotne jest, aby owe kolektywy były mieszane, złożone z dziewcząt i chłopców. Postępowcy wprowadzili najpierw szkoły i klasy mieszane, żeby realizować swoją egalitarystyczną utopię poprzez feminizację chłopców i maskulinizację dziewcząt. Teraz ko-seksedukacja ma być instrumentem wywłaszczania wstydu, czyli niszczenia tradycyjnych wartości moralnych. Helmut Schoeck, odnosząc się do sytuacji w niektórych landach niemieckich, gdzie instytucje oświatowe opanowane zostały przez zwycięskich rewolucjonistów z 1968 roku, pisze: Lewica, zmuszając chłopców i dziewczęta, aby razem pozbywali się wstydu, otwiera świadomość dzieci na każdy inny akt brutalnej zmiany w dziedzinie dotychczasowych norm moralnych. Jest to szczególnie niebezpieczne w przypadku dziewcząt, u których bariery wstydu są mocniej ugruntowane, ale też dlatego - naruszone - rozpaść się mogą całkowicie, otwierając drogę pełnej anarchii moralnej.

Ale wywłaszczenie wstydu jest nie tylko drogą do zniszczenia tradycyjnych norm moralnych. Dziewczętom i chłopcom, mającym bez skrępowania, bez "staroświeckich" zahamowań dyskutować i wypowiadać się na temat płci, wpaja się przekonanie, że dla jednostki nie ma niczego intymnego, prywatnego, "świętego". Wszystko jest własnością kolektywu. Zanikają wszelkie tabu, wszelkie ochronne bariery, granice i tajemnice: cyniczni technicy seksu kolektywizują sferę erotyczną, poddają ją urawniłowce poprzez wyzucie jej z napięć, poprzez narzucenie jednolitego wzorca obu płciom i jej swoistą monotonizację. To oni są prawdziwymi mordercami Erosa. Dzieci, które przeszły proces takiej obróbki, nie dadzą się w przyszłości oczarować miłością erotyczną, przeżywaną w sposób prywatny, osobny i intymny, nic już ich tu nie zaskoczy, nie odkryją na własną rękę żadnego "nieznanego archipelagu", bo na każdej wyspie byli już seksedukatorzy, którzy w swoim destruktywnym szale "oświecania" i "uświadamiania" czynią to, co ciemne i piękne, namiętne i tajemnicze - "problemami", które rozwiązać mogą tylko fachowcy od "seksu". Młodzi ludzie zostają przez seksedukację duchowo wykastrowani, bo nie będą już potrafili przeżyć czegoś, co jest tylko dla dwojga. Przygotowani zostaną natomiast na to, co jest przedłużeniem propagowanej przez seksindoktrynerów, przeżutej, przegadanej, wypranej z intymności, skolektywizowanej, monotonnej, dostępnej publicznie erotyki. Przygotowani zostaną duchowo i moralnie do odbioru pornografii, do konsumowania wytworów pornograficznej antykultury, której twórcami i finansowymi beneficjentami są koledzy seksedukatorów. Ich przeznaczeniem, przede wszystkim chłopców, będzie - jak to określił francuski pisarz Jean Cau w swoim eseju zatytułowanym Pornograficzny terror - konsumowanie za pomocą wzroku kobiecego mięsa wiszącego na hakach w sklepach mięsnych, którymi są dziś filmy, magazyny pornograficzne itd.

Paradoksalnie, ten proces kolektywizacji, mechanizacji, mordowania erotyki będący oczywistym następstwem moralno-obyczajowego permisywizmu, jest równocześnie przejawem swoistego, ponurego i zimnego neopurytanizmu, który nieznany był tradycyjnym społeczeństwom Europy. Dlatego nie jest przypadkiem, że tzw. rewolucja seksualna objęła przede wszystkim protestanckie społeczeństwa Skandynawii, a potem Stany Zjednoczone. Rozwój tego nowego purytanizmu świetnie uchwycił Leopold Tyrmnad w swojej książce Zapiski dyletanta (Warszawa 1991). Tyrmand atakował moralno-obyczajowy permisywizm, bo uważał, że bez pewnej dozy ascezy, bez konwencji i bez tabu miłość, także w jej cielesnym wymiarze, przestaje wzbogacać człowieka, gdyż wyprana zostaje z wszelkich intensywnych uczuć i wrażeń, zostaje "wysterylizowana", zaczyna być aseptyczną, seryjną, pasującą do laboratorium akrobatyką. Człowiek "wyzwolony" z wszelkich ograniczeń i tabu seksualnych nie jest już zdolny do tego, by ulec wielkiej namiętności czy fascynacji. W świecie, gdzie sfera erotyczna pozbawiona jest barier i tabu, gdzie zniszczony zostaje wstyd, a nagość staje się czymś naturalnym, miłosne zbliżenie ma taką samą rangę jak mycie zębów. Dlaczego, pytał Tyrmand, chcą nas wyzuć z prawa do szoku, z prawa do fascynacji tym, co na poły ukryte. W atmosferze totalnego permisywizmu obyczajowego ludzka zmysłowość ulega atrofii, człowiek zostaje wewnętrznie okaleczony. W chaosie niekontrolowanej szczerości i otwartości erotycznej, wszystko, co z tą sferą jest związane, staje się nudne, trywialne, banalne i płytkie. Dlatego Tyrmand bronił konwencji, bronił "figowego listka", bez którego nie ma kultury. Wstyd, z którego seksedukatorzy i pornografowie chcą wywłaszczyć człowieka, jest fundamentem kultury, bezwstyd zaś narzędziem jej zniszczenia. Bez narzuconych sobie ograniczeń, bez barier, norm, konwencji, rytuałów, tajemnic i tabu ludzie karleją i degenerują się duchowo. Dlatego seksedukatorom i pornografom trzeba powiedzieć jasno: "No pasaran!".

PS. Pragnę oświadczyć, że w pełni respektuję prawo posłanki Sosnowskiej do udzielania seksualnych korepetycji w pełnym wymiarze wszystkim, którzy tego zapragną. Pod warunkiem, że są pełnoletni, oczywiście.

Wojciech Gryszka

Wyświetlony 4051 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.