wtorek, 21 grudzień 2010 15:45

Bawaria mlekiem i piwem płynąca

Napisane przez

Może to nie najlepszy początek, ale cóż, rzeczą najbardziej charakterystyczną dla Bawarii jest zapach krów, a ściślej mówiąc - produktów ubocznych ich przemiany materii.

Charakterystyczny aromat jest wszechobecny również w miastach. Ta drobna niedogodność, do której zresztą bardzo szybko się przywyka, dotyczy głównie obszarów alpejskich, jak okręg Allgau. Najstarsze odnalezione tu ślady okresowego wypasu bydła pochodzą sprzed 12 tysięcy lat. Alpejskie doliny stwarzały znakomite warunki do rozwoju wczesnego osadnictwa. Zapewniały dużo słońca, słodkiej wody, opału i materiałów budowlanych. Położone na uboczu, stanowiły bezpieczną oazę. Rolnictwo nadal rozwija się tu znakomicie. Jeśli więc kogoś najdzie ochota na spacer po alpejskich łąkach, musi uważać na elektryczne pastuchy ogradzające obszary wypasu bydła i duże ilości min - bynajmniej nie tych z czasów wojny, znacznie świeższych.
Drugą wszechobecną rzeczą o zgoła innym, ale również swojskim zapachu jest piwo. W Bawarii znajduje się połowa niemieckich browarów - 800 zakładów. Okazałe browary wraz z towarzyszącymi im wyszynkami można spotkać w wielu wsiach. Serwują lokalne odmiany piwa, wytwarzane w sposób specyficzny dla danego regionu. Przestrzegają szesnastowiecznego Prawa o Czystości, zakazującego miedzy innymi stosowania środków chemicznych. Trunek wtopiony jest w kulturę i towarzyszy wszystkim mniej lub bardziej znaczącym wydarzeniom. Bawarczycy lubią biesiadować i nikomu nie kojarzy się to z alkoholizmem. Gatunków jest wiele, w tym dużo piwa górnej fermentacji. Taka technologia pozwala na osiągniecie większej różnorodności smaków. Często spotkać można mętne, białe piwo o nieco owocowym smaku. Degustacja i poznawanie nowych aromatów to wielka przyjemność. Trzeba tylko mieć dużą lodówkę. Warto też w swoim budżecie umieścić oddzielną pozycję: "piwo".
Bawaria jest dokładnie taka, jak to sobie wyobrażaliśmy. Bez wątpienia jest to wyobrażenie oparte nieco na erotycznych filmach rodem z południowych Niemiec dostępnych w satelitarnej telewizji. Są tu śliczne domy z okiennicami i czerwonymi dachami. W jednym z nich, w alpejskiej wiosce Obereinharz w pobliżu Imennstadt, zamieszkaliśmy u rodziny Baldauf. Bawarczycy uwielbiają ozdabiać swoje domostwa. Wszędzie można znaleźć wyroby ze słomy, porcelanowe krasnale i różnego autoramentu rzeźby. No i oczywiście kwiaty w każdym możliwym miejscu. Takiej oprawy życzylibyśmy rodzimej agroturystyce. Naprawdę jest czego zazdrościć. Cóż, masowy rozwój turystyki rozpoczął się w Bawarii po drugiej wojnie światowej a u nas - 10 lat temu.
Dla zmęczonych miejskim życiem wielką atrakcją jest tu świeże powietrze, chodzenie po rosie, picie mleka prosto od krowy i głaskanie konia. Dzieciom podobają się tutaj: dojenie krów, licznie przechadzające się koty, ładne widoki, huśtawki, powitalne czekoladki na łóżku (piętrowym zresztą), domki na drzewach, no i w ogóle odmienność. To ostatnie oczywiście jedynie w przypadku tych mniej doświadczonych w zagranicznych wyprawach. Trochę nudzi je jedynie długa podróż autostradami, które ograniczają pole widzenia. Mają pewne problemy w porozumiewaniu się. Ale dla chcącego nic trudnego. Guten Morgen, Tschuess i eins, zwei, drei - to pierwsze poznane słowa. Bawaria jest dobra na familijne wyjazdy. W wielu miejscach dostępne są bilety ze specjalnymi, rodzinnymi ulgami. Wszędzie widać rodziców z pokaźnymi gromadkami dzieci.
Bardzo popularnym sposobem na spędzanie wakacji są tzw. Ferienwohnung lub Ferienhaus - mieszkania lub domy do wynajęcia. Ich ceny (biorąc pod uwagę jakość) są całkiem znośne. Wszędzie pełno wygody i niemiecka telewizja. Za mieszkanie (dwie sypialnie, pokój dzienny, kuchnia i łazienka) trzeba zapłacić około 600 DM tygodniowo. Im bardziej w głąb Alp - tym drożej. O rezerwacji takiego mieszkania dobrze jest pomyśleć kilka miesięcy przed wyjazdem. Potem może się okazać, że wybór niewielki, a wytropienie wolnego miejsca skomplikowane. Wiele informacji znajduje się w Internecie. Niektóre miasta mają swoje strony www. Po wysłaniu zapytania ofertowego miejscowe agencje turystyczne odsyłają katalogi ze zdjęciami i cenami (tym cenom nie należy wierzyć, tylko dokładnie sprawdzić). Do właściciela domu czy mieszkania można wysłać faks (ale rzadko) lub email (jeszcze rzadziej). Można ewentualnie próbować dogadać się przez telefon (prawie wyłącznie po niemiecku) lub poprosić o informacje w liście.
Sklepy w Bawarii, podobnie zresztą jak w prawie całych Niemczech, czynne są krótko. W większości do 18 i raczej nie w niedzielę. Pieczywo jest drogie, a piwo tanie. U gospodarza można dostać świeże mleko a gdzieniegdzie pyszny miejscowy ser.
Trzeba tu sortować śmieci. Jest coś z 10 grup: metal, plastik, śmieci organiczne, papier, butelki brązowe, białe i zielone, itp. Kosztuje to dużo pracy. Ba, należy nawet te śmieci myć. Czego ci ludzie nie wymyślą w tym kapitalizmie!
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od najbliższej okolicy. Kraina Allgau to bawarska część Szwabii, z bardzo zróżnicowanymi krajobrazami. Jest tu dość dużo jezior pochodzenia polodowcowego. Najsłynniejszym z nich jest Jezioro Bodeńskie, leżące właściwie na granicy krainy. Aż tam nie dotarliśmy, za to obejrzeliśmy Alpsee (zadziwiające, jak wiele okolicznych jezior właśnie tak się tam nazywa), Niedersonthofener See i Weissensee. Wszystkie bardzo czyste i Niemcy chętnie zażywają na nich wodnych sportów. Każda z malowniczo położonych alpejskich wiosek ma swój kościół z tablicą upamiętniającą poległych na wojnie i małym cmentarzem. Kościoły są nieduże, wybudowane w starannie wybranych miejscach. Na co dzień zupełnie puste, otwarte i wypielęgnowane. Bawaria jest krajem katolickim. Luter nie był tu zbyt popularny. W Niemczech, będących od czasów reformacji religijną mozaiką od połowy szesnastego wieku obowiązywała zasada "czyja władza, tego religia". Dominację wiary katolickiej w Bawarii usankcjonowali sprowadzeni tu Jezuic,i słynni w tym regionie ze szczególnie zajadłych procesów czarownic.
W pobliskim Gnadenbergu mieliśmy okazje uczestniczyć w tradycyjnym festynie towarzyszącym dorocznemu festiwalowi. Chcieliśmy tam usłyszeć chór 260 Alphornblaser, czyli alpejskich trombit, ale z powodu złej pogody plan został zmieniony i przybyliśmy za późno. Jednak to, co udało nam się zobaczyć, też było całkiem ciekawe. Wszyscy uczestnicy poubierali się jak trzeba. W krótkich skórzanych spodenkach (Lederhosen) i bardzo ładnych czapeczkach z piórkiem. To oczywiście strój męski. Kobiet było mało i nie eksponowały za bardzo tego, co u nich najlepsze, bo ziąb duł i się poubierały. A szkoda, bo rosłe z nich były dziewuchy. Podczas słuchania trąb miło jest napić się piwa z litrowego kufla. Po wypiciu takiego trunku człowiek od razu czuje się na miejscu i wtopiony w kulturę. Piwo, choć lekko rozrzedzone wodą (co by biesiadnicy dłużej zachowywali przytomność ) dość szybko wprawia w miłe oszołomienie i wywołuje po pierwsze chęć wypicia następnego kufla po drugie tańca przy biesiadnej muzyce, która w innych sytuacjach byłaby trudniejsza do strawienia - przynajmniej dla nie-tubylca.
Góry niskie i te wyższe są piękne. Nie wiem jak zimą ale latem bardzo. W wielu miejscach są różne wyciągi krzesełkowe i kolejki (ceny zróżnicowane od 15 do 70 marek za wjazd w zależności głównie od wysokości góry). Dzięki taki udogodnieniom zdobyliśmy górę Mittag. Wjeżdżaliśmy na nią dyndając nogami i oglądając widoki, a do tego wszystkiego przygrywała nam muzyka alpejskich dzwonków, zawieszonych na krowich szyjach. W samo południe i prawie na samym szczycie posililiśmy się wyrabianym na miejscu serem i świeżym mlekiem. W drodze powrotnej spotkaliśmy człowieka, który bardzo żywiołowo zareagował na polskie "dzień dobry". Okazał się być Polakiem pracującym w Monachium jako ksiądz. Opowiadał o swoich niedawnych odwiedzinach w rodzinnym kraju i niechęci do oglądania polskich wiadomości, pełnych katastrof i nonsensownych przedwyborczych obietnic. Ucieszył się na nasz widok, bo bardzo rzadko spotyka tu polskich turystów. Oczywiście do górskich wycieczek potrzebna jest piękna pogoda, a z tym, niestety, bywa różnie. Bawaria to region Niemiec o najwyższych opadach...
Siłą mechanicznych koni dotarliśmy również na Soellereck, po czym udaliśmy się do austriackiej doliny Kleinwarsental. Choć należy do Austrii, dotrzeć do niej można tylko drogą z niemieckiego Obersdorfu, a marki są obowiązującą walutą. Właściwie cała dolina to jeden wielki kurort. A jakie tu pustki. Nieliczne garstki, głównie niemieckich, emerytów przechadzają się wolno trotuarami a wieczorami zasiadają na długie biesiady w restauracjach. Kiedyś dolina ta była najbardziej odosobnionym miejscem w Alpach, zamieszkałym przez słynny z odwagi lud Walserów. Przybyli oni ze Szwajcarii, o czym przypominają odmienne od niemieckich stroje ludowe oraz dobrze zachowana zabudowa i wystrój domów (zadbanych nie tylko od frontu, co często obserwowaliśmy w Bawarii). Walserowie podczas wojny trzydziestoletniej uratowali swoją ziemię przed najazdem Szwedów, budując u wejścia do doliny (w przesmyku zwanym odtąd Walserschanz) szańce nie do przebycia. Dolina i droga kończą się w Baad. Osada ta leży w pięknej kotlinie, otoczonej potężnymi i wzbudzającymi respekt górami. Nigdzie dotąd nie udało nam się znaleźć lokalu oferującego słynne bawarskie wursty, czym byliśmy srodze zawiedzeni. W Baad dopadliśmy wreszcie jakąś - białą co prawda - kiełbasę z kartoflaną sałatką, ale był to wielkie rozczarowanie. Wbrew powszechnie panującej opinii w Bawarii, a tym bardziej Austrii nie ma wurstów (no chyba, że pouciekały przed naszym apetytem).
Nie poznał niemieckiej duszy ten, kto nie wkroczył na słynną Romantische Strasse. Swój początek ma w Würzburgu nad Menem, dość mocno zniszczonym przez aliantów. Następnie wiedzie przez Rothenburg, który jest jednym wielkim muzeum, a blisko połowa jego mieszkańców to osoby zatrudnione przy obsłudze ruchu turystycznego. My jednak postanowiliśmy zatrzymać się na dłużej w - również leżącym na Trasie Romantycznej - Noerdlingen, ze względu na jego kosmiczne pochodzenie. Otóż piętnaście milionów lat temu wylądował tu pędzący z prędkością stu tysięcy kilometrów na godzinę meteoryt. Przy tej okazji wybił w ziemi okrągły krater o średnicy 25 kilometrów, w którym leży 99 wiosek, z Noerdlingen pośrodku. Krater Ries należy do największych na kuli ziemskiej. Najlepiej podziwiać go z 90 - metrowej Wieży Daniela (nie polecam osobom z lękiem wysokości). Stanowi ona część kościoła, który jest największą na świecie budowlą z suewitu - skały powstałej w wyniku uderzenia meteorytu. Zachowane w całości mury obronne, okalające miasto, pochodzą z XIV wieku. Stanowią okrąg o obwodzie około trzech kilometrów. Całe miasto zachowało średniowieczny, obronny charakter z licznymi budowlami sakralnymi, pięknym, pruskim murem i koncentrycznie ułożonymi uliczkami.
Zdążyliśmy jeszcze obejrzeć południowe zakończenie Drogi Romantycznej. Ale za to jakie to było zakończenie... Najpierw odwiedziliśmy leżące nieopodal austriackiej granicy Fuessen, którego główną atrakcją jest Altes Schloss. W ramach jego siedemnastowiecznej przebudowy na letnią rezydencję zastosowano dowcipne i tanie rozwiązanie. Wewnętrzny dziedziniec przyozdobiono płaskimi malowidłami, udającymi do złudzenia okiennice, odrzwia i wykusze.
A trzy kilometry dalej w Krainie Łabędzia, zobaczyliśmy prawdziwe cudo. Dwa leżące blisko siebie zamki - Hohenschwangau i Neuschwanstein, najbardziej znany zamek Ludwika Bawarskiego, zwanego przez niektórych Szalonym, a przez innych Marzycielem. Biedny chłopak. No, może biedny to on nie był.
Olbrzymi majątek wydał na realizację swoich marzeń. Pieniądze dostawał od Bismarcka w zamian za drobne ustępstwa na rzecz II Rzeszy. Uwielbiał Wagnera i Ludwika XIV. Wagnera uratował od finansowej ruiny, a swojego imiennika żyjącego półtorej wieku wcześniej pragnął przyćmić rozmachem budowlanych przedsięwzięć. Niektórych nie udało mu się ukończyć ale i tak to co zostawił jest piękne. Neuschwanstein (Nowy Łabędzi Zamek) jest wyjątkowy w środku i na zewnątrz. Kawał drogi idzie się do niego pod górę ale, warto. Zamek jest bardzo oblegany przez turystów różnych narodowości. Zwiedza się go z elektronicznym tłumaczem (dostępny również w języku polskim). Dopracowany w każdym szczególe. Cały jak wyjęty z oper Wagnera, nawiązujących do germańskiej mitologii. Zresztą plany zamku opracował teatralny scenograf, a architekci jedynie nadzorowali budowę. Pełen przepych i romantyzm. Z każdego okna jest inny widok. A to na góry, a to na wodospad, a to na drugi zamek, a to na jezioro (Alpsee, bo jakże by inaczej). Każdy chciałby mieć takie mieszkanko. Jednak niedobrze jest zaciągać długi. Ludwika w końcu ubezwłasnowolniono. W kilka dni po aresztowaniu znaleziono ciało króla. Dziwnym trafem ten znakomity pływak utopił się, zresztą wraz z towarzyszącym mu psychiatrą. Gotycko - romantyczny Neuschwanstein robi wielkie wrażenie i skłania do marzeń.
Tydzień minął zbyt szybko. Bawarii nie da się obejrzeć w tak krótkim czasie. I miesiąca byłoby za mało. Jak zawsze wybór odwiedzanych miejsc jest po trosze dziełem przypadku i indywidualnych upodobań. Jeśli ktoś lubi stąpać po śladach naznaczonych burzliwą historią wojowników, uchylić czoła przed potęgą przyrody i powspominać wakacje na wsi, powinien odkryć tę krainę, którą powyżej, po swojemu opisałam.
Katarzyna Wawer
Wyświetlony 12801 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.