czwartek, 11 listopad 2010 16:43

Okiem liberała (stronniczy przegląd prasy)

Napisane przez

Krzysztof Wyszkowski opisuje w "Głosie" (nr 41/2003) swoje "długie nocne Polaków rozmowy", prowadzone z Jackiem Kuroniem w czasach pierwszej "Solidarności"". Wspomina: "Mimo że mijała godzina 2.00 w nocy, wspomagany przez Kaczyńskiego, podjąłem z Kuroniem spór [...]

Kuroń nie dawał za wygraną [...] ale ja też nie ustępowałem [...] Wówczas rozeźlony Kuroń wygarnął mi prosto z mostu: Krzysztof, czy ty jesteś Żydem? Tylko Żyd może się ze mną tak spierać w środku nocy. Jako człowiek nastawiony antyrasistowsko, nie kontynuowałem dyskusji na ten temat". No proszę, okazuje się, że zaraza w Grenadzie... Mówiąc bardziej poważnie, Starego Liberała absolutnie nie bawią antysemickie aluzje czy antyżydowskie dowcipy, niestety, obecne w licznych środowiskach po "prawej" stronie sceny politycznej; nie akceptuję również traktowania danej osoby w pierwszym rzędzie jako reprezentanta określonego kolektywu (wszystko jedno, czy rasowego, czy narodowego, czy zawodowego), a nie jako indywiduum obdarzonego jednostkową godnością i dysponującego specyficznymi dlań zdolnościami, umiejętnościami, cechami charakteru itp. Dlatego też ze smutkiem odnotowuję rozprzestrzenianie się takich postaw, które, niestety, zdają się narastać. Trzeba jednak zauważyć, że w dużej (jeśli nie przeważającej) mierze odpowiedzialne za te zjawiska są środowiska establishmentowej lewicy oraz pseudoliberałowie. Doszukiwanie się antysemityzmu, tam gdzie go de facto nie ma oraz np. umieszczanie idiotycznych dowcipów i ludobójstwa na jednej płaszczyźnie moralnej; ślepe na rzeczywistość forsowanie pojednania polsko-niemieckiego (pomijające np. działalność Związku Wypędzonych i problemy wiążące się z poniemiecką własnością na Ziemiach Zachodnich); permanentne diagnozowanie braku entuzjazmu dla postulatów środowisk gejowskich jako homofobii ? wszystkie te zachowania wywołują u przeciętnego Polaka potrzebę odreagowania, która z czasem może przybrać coraz bardziej niepokojącą postać. A przecież chyba nikt nie chciałby takiej sytuacji.

***
W Gazecie Wyborczej (nr 238/2003) Witold Gadomski peroruje, że "bezpieczeństwo ekonomiczne zagwarantuje [Polsce] dopiero wejście do strefy euro". Dogmatyzm krajowych ekonomistów-zwolenników integracji kontynentu we współczesnej formule Unii Europejskiej jest pod względem odporności na fakty czy też ideowe argumenty całkowicie porównywalny z dogmatyzmem najbardziej "betonowych" marksistów czy feministek. Powszechna w Europie Zachodniej krytyka euro, dokonywana zarówno przez tamtejszych socjalistów, jak i liberałów (rzecz jasna, tych prawdziwych) absolutnie nie znajduje żadnego odzwierciedlenia w elukubracjach Gadomskiego. Unia monetarna jest czymś niekwestionowalnie słusznym, a jej przeciwnicy to gospodarcze nieuki, oszołomy i wstecznicy ? oto aksjomat dziennikarzy establishmentowych mass-mediów. Bynajmniej nie zważają oni na niemalże totalną klęskę przewidywań (formułowanych zwykle przez różowe okulary) różnej maści "ekspertów" na temat ozdrowieńczych, wręcz zbawiennych, konsekwencji wprowadzenia euro dla zachodniej ekonomiki. Zamiast urzeczywistnienia się takowych supozycji, najczęściej wypowiadanych głosem pełnym patosu i uzupełnianym oczyma pełnymi fanatycznego żaru, mamy tamże zahamowany wzrost gospodarczy, rosnące bezrobocie, brak jakiegokolwiek znaczącego zwiększenia korzystnej dla konsumentów presji konkurencyjnej, iście horrendalną drożyznę (słynna niemiecka parafraza "euro" jako "teuro"1), brak zauważalnej konwergencji cen, która miała prowadzić do potanienia określonych dóbr i usług. Przed wszystkimi tymi zjawiskami przestrzegali oponenci eurowaluty na długo przed jej wprowadzeniem (jak chociażby guru neoliberalizmu, Milton Friedman). Ale cóż, "piękne umysły" są zazwyczaj wyjątkowo skutecznie immunizowane na empirię...
***
W Newsweeku (nr 41/2003) Szymon Hołownia opisuje jedną z chrześcijańskich mszy na przedmieściach Chicago: "Nabożeństwo w Unity Church [Kościół Jedności ? dop. Stary Liberał] trwa prawie dwie godziny, a więc dłużej niż katolicka msza. Pastor, którego homilię przerywają występy raperki, opowiada z wielkim przejęciem, że Bóg tak naprawdę nie jest Bogiem, a energią, a człowiek kanałem, w który ta energia chce wpłynąć. Ludzie klaszczą. Robią notatki. W niedzielę są cztery nabożeństwa, każde gromadzi kilkuset wiernych. To dziś jeden z najmodniejszych Kościołów w mieście, tu podobno uczęszczają współpracownicy Oprah Winfrey, telewizyjnej megagwiazdy [to faktycznie miernik ortodoksji...]. Zaraz po nabożeństwie otwiera podwoje sklepik, gdzie można kupić kasety z naukami pastora. I kolejne tomy popularnego w USA "Wywiadu z Bogiem", w którym "Bóg" mówi, że instytucjonalne religie są bez sensu, a jego samego tak naprawdę nie ma". Hmm... Nie trzeba chyba być zwolennikiem tez arcybiskupa Lefebvre'a, aby zauważyć, że coś z tym wariantem "chrześcijaństwa" jest mocno nie tak. Wprawdzie środowiska te nie aspirują do nazywania się katolikami, ale obawiam się, że w Polsce również zaczyna rozpowszechniać się selektywne chrześcijaństwo, którego wyznawcy usiłują zsyntetyzować tradycyjne katolickie dogmaty religijne z feng-shui, tai-chi, "synergią energii" czy innym mambo-dżambo... Jak w kwartalniku Christianitas (nr 15/16) podaje Hanna Karaś, obroty przemysłu "ezoterycznej komercji" przekraczają w naszym kraju miliard złotych.
***
W tym samym numerze Christianitas, wybitny katolicki teolog George Weigel, znany w Polsce głównie jako biograf Jana Pawła II, zastanawia się nad chrześcijańską koncepcją wojny sprawiedliwej i jej aktualnością we współczesnych realiach geopolitycznych. Kanwę dla tych rozważań stanowią rzecz jasna wydarzenia 11 IX 2001 r., "wojna z terroryzmem" i polityka Stanów Zjednoczonych wobec Iraku. Sądzę, że niezależnie od osobistego stosunku do tych zagadnień (a środowisko "Opcji na Prawo" jest w tym zakresie silnie zróżnicowane), warto zapamiętać następującą sugestię Weigela: "Naszym zadaniem [...] jest wskrzeszenie i zmodyfikowanie tradycji wojny sprawiedliwej w taki sposób, aby uwzględniała ona nowe realia polityczne i techniczne XXI stulecia". Inaczej bowiem grozić nam może widmo fundamentalistycznego pacyfizmu ? doktryny wątpliwej moralnie, jałowej intelektualnie, naiwnej filozoficznie i niefrasobliwej politycznie.
***
W Gazecie Wyborczej (nr 257/2003) wywiad z Giannim Vattimo ? deputowanym do Parlamentu Europejskiego, profesorem filozofii, katolikiem. Rozmowa jest o tyle ciekawa, że stanowi doskonałą egzemplifikację umysłowej dyspozycji właściwej zachodnioeuropejskim intelektualistom. Jakież to więc pasjonujące dywagacje wydobywają się z ust tej krynicy mądrości wszelakiej? Weźmy kilka przykładów z brzegu: "Kościół na wielu płaszczyznach zajmuje reakcyjną, niechrześcijańską postawę [..] Europa powinna być silna, by móc wpływać na to, co dzieje się na arenie międzynarodowej zdominowanej przez imperialistyczną potęgę, jaką są Stany Zjednoczone". Ach, ten piękny język przywodzący na myśl skojarzenia z minionej epoki... (Imperialistom, reakcjonistom i podżegaczom wojennym, wędzącym swoje ideowe półgęski, mówimy nasze stanowcze "nie"!). Dalej Vattimo nie waha się wywodzić, że "na kanon zachodnich wartości składa się: respekt dla prawa, wolność osobista, sprawiedliwość, pokojowe rozstrzyganie problemów międzynarodowych. Na straży przestrzegania i realizowania tych wartości stoi od lat ONZ". Zapewne szczególnym wkładem ONZ w ochronę wolności i pokoju było niedawne powierzenie Libii przewodnictwa Komisji Praw Człowieka... Upatrywanie w tej organizacji zapory chroniącej zdobycze zachodniej kultury jest dowodem, nazwijmy to oględnie, wysoce upośledzonej percepcji. Vattimo bynajmniej nie poprzestaje jednak na tym podobnych błyskotliwych analizach, ale postanawia również zademonstrować nam swoje przekonania filozoficzne: "Prawo naturalne opiera się na kulturalnych przesądach historycznie powiązanych z archaicznymi nawykami społecznymi [...] pojęcie "prawa naturalnego" zostało odrzucone przez współczesną filozofię". No tak, jeśli ostatecznym wykładnikiem mądrości mają być dziełka pp. Derridy, Lyotarda itd., to zarówno tradycja Locke'owskiego liberalizmu, jak i katolicka nauka społeczna, są zapewne niewarte funta kłaków. Trudno zresztą nie zauważyć, że katolicyzm Vattimo jest mocno oryginalny i niestereotypowy. Czytając te wynurzenia, pozostaje tylko sparafrazować Bismarcka: "Acht und achtzig Professoren, Europa ist verloren".
***
Symptomatyczne dla głównego nurtu polskiej myśli politycznej jest przekonanie o braku sprzeczności między aprobatą dalszego zacieśniania procesów integracji europejskiej i jednoczesnym zachowywaniem ścisłych sojuszniczych relacji ze Stanami Zjednoczonymi. Stanowisko to symbolizowane jest choćby przez porównanie, że mamusię (UE) trzeba kochać tak samo, jak tatusia (USA). Zwolennikom niewygodnej egzystencji polegającej na tkwieniu "okrakiem na płocie" zadedykujmy słowa Lecha Mażewskiego ("Nowe Sprawy Polityczne", nr 5/2003): "Dalej ze strony Polski nie da się uprawiać polityki, która polega na służeniu dwóm panom naraz. Trzeba dokonać wyboru między staniem się pogardzanymi peryferiami francusko-niemieckiego państwa ? bo tym byłaby UE po sfederalizowaniu ? a utrzymywaniem specjalnych stosunków z USA i obroną dalszego istnienia państw narodowych w Europie". Póki co, nieudolne próby balansowania pomiędzy Ameryką i Europą doprowadziły tylko do ucichnięcia tematu sprowadzenia z Niemiec do Polski baz amerykańskich, a z drugiej strony do irytacji brukselsko-parysko-berlińskiego establishmentu. Wprawdzie do tego ostatniego nie odczuwam nawet najmniejszej sympatii, ale polityka zagraniczna powinna być oparta na podstawowych pryncypiach realizmu i musi być odseparowana od osobistych -filii i -fobii. Można ponadto przypuszczać, że pozbawione wieloznaczności opowiedzenie się przez Polskę po stronie Ameryki nie pogorszyłoby statusu naszego kraju w Unii Europejskiej. Większość państw preferuje bowiem stającego z otwartą przyłbicą konkurenta (oczywiście, w pewnych rozsądnych granicach), aniżeli kraj z jednej strony błagający o donacje i beneficja, a z drugiej podminowujący polityczne zamierzenia ewentualnych darczyńców.
***
W "Gazecie Polskiej" (nr 41/2003) Marcin Wolski daje upust charakterystycznej dla tzw. "eurorealistów" poreferendalnej frustracji. Autor pisze bowiem: "Głosowałem za Unią, przekonany właściwie jednym argumentem ? geopolityką. Albo wchodzimy w sferę Zachodu, albo zostajemy porzuceni na pastwę Wschodu. Tertiam [sic!] non datur. Jak powiadał bp. Tadeusz Pieronek: "Jak nie Bruksela, to co, Władywostok?"". Tymczasem cóż się okazało? Otóż, według Wolskiego, "pod ołtarzem podmieniono nam oblubienicę". To doprawdy niesłychana zbrodnia, niedopuszczalne zachowanie, postawa wręcz, można by rzec, wielce nieeuropejska. By zacytować niejakiego Maksymiliana Paradysa ? "a miało być tak pięknie...". Wolski ubolewa dalej tonem zdradzonego i oszukanego absztyfikanta: "Miała być "Europa Ojczyzn", suma wartości, tradycji, z poszanowaniem odrębności, suwerenności i integralności narodów". Tymczasem naszą oblubienicą okazała się "homogeniczna pulpa, której głównym wyznacznikiem będzie wspólna biurokracja". Czytając tego rodzaju wypowiedzi, nasuwają się bardzo stare przysłowia, truizmy i oklepane zwroty w rodzaju "mądry Polak po szkodzie", "lepiej późno niż wcale", "refleks szachisty" itp. Pozostaje tylko uprzytomnić Wolskiemu prostą prawdę epistemologiczną, że nasza wybranka była w pełni poznawalna przed czerwcowym referendum. Prawdę pisali o niej liczni polscy i zagraniczni przeciwnicy eurosocjalizmu; sięgnięcie do takich źródeł chcącemu nie nastręczało większych trudności. No, ale skoro ktoś oparł swoją decyzję na błyskotliwych analizach geopolitycznych Jego Ekscelencji Tadeusza Pieronka i entuzjastycznych szopkach w rodzaju Parady Schumana, podczas której młodzi junacy twardo dawali odpór miazmatom prawicowej reakcji... Tylko czekać, jak usłyszymy Rafała Ziemkiewicza, Roberta Gwiazdowskiego i innych "liberalnych" ekonomicznie propagatorów akcesji, jak zaczną pomstować na brukselski etatyzm, absurdalne reguły, normy, procedury, korupcję. Winni oni wszelako zakonotować sobie starą prawdę ? "spisane będą czyny i rozmowy".
***
No właśnie, verba volant, scripta manent. Dlatego wychodząc nieco poza konwencję tej rubryki, warto przypomnieć szerszej publiczności dość interesującą opinię. Przesłuchania prowadzone przez komisję śledczą w sprawie tzw. "afery Rywina", relacjonowane dokładnie przez polskie mass-media, są bardzo pouczającym instrumentem ułatwiającym lepszą analizę sceny politycznej. Transmisje obrazują intelektualny i moralny poziom "wybrańców narodu", dobitnie ukazują przebijającą z wielu zachowań i stwierdzeń arogancję władzy, unaoczniają niezorientowanej publiczności mechanizmy stanowienia prawa w państwach demokracji socjalistycznej, jakim bez większych wątpliwości jest Polska. Spośród licznych wypowiedzi, Staremu Liberałowi najbardziej utkwiły w pamięci pewne słowa Aleksandry Jakubowskiej. Otóż "lwica lewicy" wyraziła przekonanie, że nie jest w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której urzędnik danego organu administracji publicznej opowiada się za zmniejszeniem kompetencji tegoż organu. Tym samym ustami heroiny Sojuszu Lewicy Demokratycznej potwierdzone zostało jedno z podstawowych założeń filozofii liberalnej o korumpującej sile władzy. Wszelkie nadzieje na to, że politycy czy urzędnicy z własnej woli ograniczą swoje uprawnienia, samodzielnie "oddadzą władzę ludziom" (by odwołać się do szczytnego, acz skompromitowanego w toku realizacji, hasła śp. Akcji Wyborczej Solidarność), dobrowolnie zrezygnują z kontrolowania, opodatkowywania i regulowania aktywności jednostek, są nadziejami płonnymi. Jakubowska, zapewne niechcący, całkowicie trafnie zidentyfikowała bowiem umysłowe predylekcje adeptów "służby publicznej". Odwołując się do słynnej tezy Władysława Gomułki ? "władzy raz zdobytej nie oddadzą nigdy". I cóż się potem dziwić, że jeden z byłych marszałków Sejmu (zresztą prawnik) nie rozumie znaczenia słowa "deregulacja". Sapienti sat...
***
W wywiadzie dla "Przeglądu" (nr 42/2003) postępowy dominikanin ojciec Tomasz Dostatni uszczęśliwia serduszko (jak wiadomo, znajdujące się po lewej stronie) tamtejszego żurnalisty, dowodząc, że Kościół "w lewicowości pragnie dostrzegać autentyczną troskę o człowieka". Faktycznie, widok nieustannego zafrapowania losem najbiedniejszych, malujący się na obliczach pp. Dyducha, Schrödera czy Clintona sprawia, że autorowi niniejszej rubryki słowa więzną w gardle, a dech zamiera w piersiach.
***
"Tygodnik Katolicko-Narodowy Głos" (nr 42/2003) zamieszcza artykuł zasłużonego ekonomisty profesora Stefana Kurowskiego, krytykujący funkcjonującą rzekomo w Polsce demonizację podatków. Kurowski pisze, że "podjęto szeroką propagandę antybudżetową, a zwłaszcza antypodatkową. Media, czyli owa czwarta (niekonstytucyjna) władza, wmawiają ludziom, że podatki są zjawiskiem z gruntu złym i szkodliwym, że zawsze są za duże, że pieniądze skierowane do budżetu są marnotrawione (w przeciwieństwie do tego, co ich zdaniem dzieje się na rynku), zaś każdego roku dzień około 1 lipca ogłasza się tzw. "dniem wolności podatkowej", wmawiając ludziom, że dopiero od tego dnia pracują wreszcie dla siebie, co jest oczywiście obraźliwe dla naszego państwa i dla nas wszystkich. A poza tym jest to po prostu sabotaż". W czasach głębokiego PRL-u, kiedy to horyzont intelektualny zdecydowanej większości polskich ekonomistów nie sięgał dalej niż pomysły decentralizacji planu oraz pewnego usamodzielnienia przedsiębiorstw państwowych, dzieła Kurowskiego trafnie i bez ogródek (w ramach ówczesnych możliwości) punktowały absurdy gospodarki nakazowo-rozdzielczej, stanowiąc zalążek zdrowej nieupolitycznionej ekonomii. Z żalem musimy stwierdzić, że dzisiejsze supozycje Kurowskiego budzą uczucia pośrednie między smutkiem, politowaniem i nostalgią za dawnymi czasy (niedawno Kurowski stwierdził np., że rządy torysów podczas ery Margaret Thatcher są odpowiedzialne za gospodarcze nieszczęścia Zjednoczonego Królestwa). Dość zaskakującym zjawiskiem jest natomiast powszechne w niektórych środowiskach prawicowych udawanie, że wszystko jest w porządku, a poglądy Kurowskiego nie uległy nie tyle ewolucji, co wręcz rewolucyjnej przemianie. Wydaje się, że potrzeba posiadania autorytetów oraz wykształcenia grupy własnych intelektualistów sięga w tym przypadku wśród przedstawicieli prawicy zdecydowanie za daleko.
***
W październikowym numerze "Dziś" Mieczysława Rakowskiego (już bez edytorskiego patronatu Jerzego Urbana), Jacek Zychowicz ubolewa: "Parlament coraz rzadziej już pracuje, ponieważ znacznie bardziej odpowiada mu odkrywanie cudacznych fałszerstw, do których miało dojść w jego kuluarach. Nad ustawami o radiofonii i telewizji oraz o biopaliwach debatowano ? tak na forum sejmowym i senackim, jak w środkach masowej informacji ? przez długie miesiące. I cóż z tego? W końcu Sejm musiał uznać, że te mozolnie udoskonalane [oj, i to jak mozolnie ? S. L.] akty prawne pozostaje tylko wyrzucić do kosza. Za dowód koronny, że majstrowała przy nich korupcyjna ośmiornica, posłużyła okoliczność, iż z ich wydruków dostarczonych przez stosowne urzędy wyparowało dziwnym sposobem po jednym wyrażeniu: "lub czasopism" albo "innych roślin". Na tym tle procesy czarownic zdają się opierać na całkiem wiarygodnych materiałach". Cóż, autorska znajomość podstawowych zasad techniki legislacyjnej oraz prakseologicznych reguł konstruowania aktów prawnych wydaje się być wprost proporcjonalna do lekkości jego pióra... Zychowiczowi wypadałoby uprzytomnić, że czasem brak jednej partykuły, a nawet znaku interpunkcyjnego, potrafi całkowicie wypaczyć sens określonej ustawy czy rozporządzenia. No, ale głową muru nie przebijesz. Zresztą, co ja się czepiam Zychowicza, jeżeli parę stron czasopisma dalej Kazimierz Bartkowiak, publicysta oddelegowany na odcinek religijno-kościelny, dowodzi, że skutkiem chrystianizacji Polski przez Mieszka I była "dekulturacja". Jak w starym dowcipie ? gdy wydaje się, że osiągnęliśmy dno, od spodu rozlega się ciche stukanie... (I jakby na potwierdzenie owego żartu, w dalszej części miesięcznika czytam "wyimek" z eseju klasycznego "latynoamerykańskiego idioty" Carlosa Fuentesa: "Całkowite uzależnienie Europy Środkowej od dyktatury sowieckiej. I symetryczne [podkr. S. L] odbicie w postaci nietolerancji i polowań na czarownice w czasach maccartyzmu północnoamerykańskiego". Rzeczywiście, grozę budzą te łagry i kamieniołomy, w których skazani przez antykomunistycznych krwawych siepaczy na niewolniczą pracę hollywoodzcy scenarzyści i nonkonformistyczni pisarze odpokutowywali swoją niezachwianą wiarę w wolność słowa i przekonań politycznych).
***
I na zakończenie, ku rozweseleniu serc, interesująca wypowiedź prezydenta Stanów Zjednoczonych George'a Walkera Busha: "Ludzie mi ufają. Cały czas przychodzą do mnie mówiąc: Nie zawiedź mnie znowu". Dodajmy jeszcze uwspółcześnioną sokratejską maksymę w wykonaniu osławionego posła Sojuszu Lewicy Demokratycznej Andrzeja Jagiełły: "Tak dużo nie wiem, że aż dziwne, że tak mało wiem". Dziwne? Czy aby na pewno? Jak widać, parlamentarzysta uwielbia autoironię, sarkazm i czarny humor. Ukryty zwolennik "Latającego cyrku Monty Pythona"? I już naprawdę na koniec niezwykle doniosłe pytanie postawione przez Andrzeja Leppera polskiej felietonistyki, feministkę Kingę Dunin: "Kobieta jest Żydem świata?". Cóż, panowie, czas nakładać arafatki...
Stary liberał
Wyświetlony 10975 razy

Więcej w tej kategorii: « Dziesięć pytań Nie o to chodzi »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.