wtorek, 21 grudzień 2010 10:44

Tajemnica zła

Napisane przez

Zbiór szkiców poznańskiego eseisty zakreśla wyjątkowo obszerny zakres tematyczny. Są tu refleksje filozoficzne, literackie, ale przede wszystkim moralne.

Przewodnikiem po tych wszystkich obszarach jest dla autora Thomas Merton, a dokładniej jego przekonanie, że tajemnica Zła, przenikająca cały kończący się wiek, może być wyjaśniona tylko przez przyjęcie tezy, że świat stał się odbiciem tego, co większość jego jednostek zrobiła z własnych dusz. Opisując wybuch drugiej wojny światowej amerykański trapista stwierdził: Pozwoliliśmy, żeby nasze umysły i wole zostały pohańbione przez grzech, przez samo piekło - i teraz, dla naszej nieubłaganej nauki i kary, cały ten proces miał moralnie i fizycznie powtórzyć się na naszych oczach na skalę społeczną, doprowadzając niektórych z nas do pewnego zrozumienia, czym było to nasze dzieło. (...) Hitler nie jest jedynym sprawcą tej wojny - i ja się do niej przyczyniłem...

Waga tych esejów bierze się z odwagi, z jaką długoletni redaktor zakonnego pisma spogląda w mroczną, przerażającą maskę tej tajemnicy - w jej odrażające oblicze, które tylu wrażliwych młodych ludzi odpycha od wiary. Ostatnią jej koszmarną odsłoną było Kosowo - ale najbardziej porażającą (jeśli jakiekolwiek porównania są tu możliwe) było wymordowanie w niewyobrażalnie okrutny sposób blisko dwóch milionów ludzi w Rwandzie.
Dla autora katolika jest to temat podwójnie trudny, gdyż 75% Rwandyjczyków było nominalnie chrześcijanami. W rzeczywistości jednak większość Rwandyjczyków wyznawała, jak się okazuje, kult demonicznego bóstwa, które poprzez totalne poniżenie wiernego adepta, bierze go w posiadanie - czyli opętuje. Ks. Daniel-Ange w artykule "Le martyr du Rwanda" nie waha się nazwać prawdziwego autora tego sadyzmu: Jedynie ludzie opętani mogą się posunąć do tego, by krajać na kawałki małe dzieci (...) To jest znamię, podpis szatana. (...) Podobnie jak w Bośni ludobójstwo rwandyjskie jest epizodem walki eschatologicznej, w którą jesteśmy wmieszani wszyscy (A przecież niedługo wcześniej, gdy papież przypomniał o realnym istnieniu upostaciowanego, osobowego Zła - posypały się ironiczne komentarze i dystansujące się wypowiedzi pewnych "nowoczesnych" teologów).
Jednak przy całej klęsce chrześcijaństwa w Afryce - jedynie ono przecież może dać nadzieję. Jedyną dlań alternatywą jest niekończąca się wendetta. Powtarzają to mimo paraliżującej ich grozy misjonarze i dalecy obserwatorzy, tacy jak autor eseju, który wyznaje na końcu, że pisał go płacząc. Jestem mu wdzięczny za to wyznanie.
Męczennicy z Rwandy są tylko ostatnimi z ogromnego łańcucha swoich braci i sióstr, który spina dzieje chrześcijaństwa - i nie można tu rozróżniać jego Kościołów. Męczennicy - mówił Jan Paweł II - pytają o naszą wierność własnemu sumieniu. Cel i siłę ogniw tego łańcucha określił najpiękniej i najtrafniej Vaclav Havel, witając papieża w 1990 r., którego słowa przypomina Bąk pisząc o męczennikach czeskich i polskich: Nie wiem, czy wiem, co to jest cud. Mimo to ośmielam się powiedzieć, że jestem w tej chwili uczestnikiem cudu: na ziemię zdewastowaną przez ideologię nienawiści przybywa zwiastun miłości, na ziemię zdewastowaną przez władzę barbarzyńców przybywa żywy symbol cywilizacji (...) braterskiej jedności w różnorodności.
Ekumenizm jest stałym motywem w refleksji Bąka, który szuka mostów nie tylko między różnymi odłamami chrystianizmu, lecz także między wielkimi religiami Europy i Azji. Temu poświęcony jest właśnie esej tytułowy, traktujący o przedśmiertnej podróży Mertona do klasztorów buddyjskich. Merton jest bliski autorowi chyba przede wszystkim przez odwagę, z jaką przyznaje się do swojej słabości - a jakiej daje wyraz w swoim dzienniku niedługo przed śmiercią: Mam przeszłość, od której powinienem się oderwać, nagromadzenie inercji, marnotrawstwa, błędów, głupoty, zgnilizny, śmieci...
Autor "kaligrafii" w swojej podróży przez czas i przestrzeń kieruje się jedną zasadą: szuka tego, co łączy, a nie tego, co dzieli największe religie. Jego esej o św. Franciszku wydaje się wskazywać możliwość znalezienia tej najgłębszej, przekraczającej wszelkie granice, wspólnoty moralnej - w pojęciu pokory. Nie ma ona jednak charakteru rezygnacji czy poczucia małej wartości własnej, lecz jest głęboką wiarą, że Bóg kocha nas mimo naszych słabości i że do końca, do ostatniej minuty czeka na nawrócenie. I zdaje się, że to właśnie życiowa katastrofa czasem jest najlepszym, co może nam się zdarzyć.
Obfitość źródeł, z jakich czerpie Roman Bąk, sprawia pewien embarras de richesse. Z wielu godnych refleksji cytatów chrześcijańskich, buddyjskich i hinduistycznych - najlepiej opisujące istotę tej postawy wydaje mi się wyznanie Chaima z Sącza z "Opowiadań Chasydów" Martina Bubera:
W młodości (...) sądziłem, że nawrócę cały świat. Wkrótce jednak pojąłem, że będzie dość, jeśli uda mi się nawrócić ludzi w moim mieście - ale po długich trudach musiałem się przyznać do porażki. Zrozumiałem, że zamierzyłem rzecz ponad moje siły i postanowiłem nawrócić przynajmniej swoich domowników. Lecz i tu moje wysiłki zawiodły. Dopiero wtedy zaświtała mi myśl, że wystarczy, jeśli ja sam będę rzetelnie i w prawdzie służył Bogu.
Krzysztof Raszyński
Wyświetlony 6971 razy
Więcej w tej kategorii: « "Polski cios w plecy" Dziadek »
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.