czwartek, 23 marzec 2017 23:00

Tryumf liberalnego państwa

Napisane przez John Medaille

To było jakiś czas temu, w Wiekach Ciemnych, czyli w latach sześćdziesiątych XX wieku, kiedy oglądałem program telewizyjny, w którym dwóch angielskich komików (chyba Flandrii i Swann ze słynnego Hippopotamus Song) wyjaśniało amerykańskiej publice, na czym polega brytyjska scena polityczna. Jeśli dobrze pamiętam, jeden z nich powiedział: Mamy dwie główne partie w Wielkiej Brytanii. Jedną z nich jest Partia Liberalna, którą wy, Amerykanie, nazywacie „socjalistyczną”, a druga to Partia Torysów, którą wy, Amerykanie, nazywacie „socjalistyczną”. Komicy zapewne trafnie oddali amerykański pogląd na Europę w tamym czasie. Jednak w rzeczywistości, różnice między „nami a nimi” w tamtych latach nie były aż tak wielkie, jak to się mogło nam wydawać.

Europa Zachodnia była (i w dużej mierze nadal jest) zbiorem socjaldemokracji, z wysokim poziomem usług publicznych, proporcjonalnym poziomem opodatkowania i wysokim stopniem równości społecznej i mobilności. Ale tak samo było w przypadku Stanów Zjednoczonych. Rzeczywiście, pomiędzy II wojną światową a końcem lat siedemdziesiątych Ameryka na swój sposób zbudowała socjaldemokrację, która przypominała wizję dobrego społeczeństwa, przedstawioną na kartach encykliki Quadragesimo anno, którą Franklin Delano Roosevelt określił jednym z najbardziej znakomitych dokumentów czasów współczesnych.

Ameryka wydawała się spełniać papieską wizję trzeciej drogi między lesferystycznym kapitalizmem a socjalizmem. Był to czas „wielkiej kompresji”, gdy różnice w dochodach między bogatymi i biednymi skurczyły się do najniższego poziomu. Dochód narodowy kontrolowany przez górne 10% spadł ze swojego przedwojennego poziomu 50% w 1928 roku do około 33% i pozostał na tym poziomie od 1947 do 1982 roku. Ameryka stworzyła prawdopodobnie najbardziej egalitarne społeczeństwo na powierzchni Ziemi, a być może w historii całej ludzkości. I to stwierdzenie okazuje się jeszcze bardziej prawdziwe, jeśli wykluczyć kondycję stanów Starej Konfederacji i status tamtejszych Afroamerykanów. Te dwa uwarunkowania, nawiasem mówiąc, są ze sobą powiązane. Ekonomicznie nie opłaca się wkładać tyle wysiłku w przyduszanie 40% swojej populacji. Ale historia i rasa ważyły na Południu silniej niż straty gospodarcze.

W tym okresie prezes wielkiej firmy mógł zarobić dwadzieścia razy tyle co jego pracownicy. To wystarczyło, aby żyć wygodnie, lecz jest dalekie od 300-500 wielokrotności płacy dzisiejszych menedżerów. A wówczas prezes i jego pracownicy dzielili wspólne życie, prezes po prostu miał nieco więcej. Nie byli sobie równi, ale z pewnością byli sąsiadami. Pracownik mógł jeździć fordem, gdy jego szef jeździł cadillakiem, ale jeździli do tych samych miejsc. Żona prezesa robiła zakupy w tych samych sklepach, nawet jeśli kupowała towary nieco wyższej jakości. Mieli podobne domy, nawet jeśli jeden był nieco większy. Majętni i klasa średnia byli związani ze sobą we wspólnym życiu przez wspólne doświadczenie wojny, wielkiej depresji i walki z komunizmem.

Nawet w dziedzinie opieki zdrowotnej, problemie, który obecnie dzieli amerykańskie społeczeństwo, różnice były mniejsze niż na pierwszy rzut oka. Europejskie socjaldemokracje uspołeczniły koszty i często również zapewnienie opieki zdrowotnej. Lecz Ameryka również uspołeczniła te koszty, poprzez zatrudnienie, a nie przez państwo. Prawie każdy pracownik miał ubezpieczenie, opłacane w całości lub częściowo przez pracodawcę. A gdy system zaczął się rozkładać z powodu osób starszych i bardzo biednych, ustanowiliśmy Medicare i Medicaid na początku lat sześćdziesiątych w celu rozwiązania problemu i generalnie zakładano, że systemy te obejmą całą populację. Nawet Ayn Rand, która gardziła każdym, kto przyjmował pomoc państwową, skończyła na Medicare. Należy dodać do tego rozległą sieć szpitali kombatanckich, w czasie, gdy znaczna część populacji składała się z weteranów.

Okazuje się, że różnice między Europą a Stanami Zjednoczonymi były coraz mniejsze. Moi rodzice byli biedni, ale nigdy nie martwili się o koszty leczenia. Mieli kartę „Błękitnego Krzyża”, która pozwalała na leczenie w dowolnym szpitalu, i „Niebieską Tarczę”, która załatwiała sprawę lekarzy. System był niezwykle udany na poziomie gospodarczym. Był to okres szybkiego wzrostu gospodarczego, z korzyściami rozłożonymi równomiernie.

Ameryka prosperowała, była silna i zjednoczona. Owszem, spora część tej „jedności” pochodziła z niepewnej sytuacji światowej, która zmusiła strony do odłożenia na bok dzielące różnice, aby wspólnie wziąć udział w wielkiej krucjacie antykomunistycznej. Łatwo jest zapomnieć obecnie, że przez większość zimnej wojny komuniści wydawali się wygrywać. Komunizm rozszerzył się od Związku Radzieckiego do Europy Wschodniej, do Chin, Korei Północnej, Wietnamu, Laosu, Kambodży i na Kubę. Marksistowskie idee były coraz bardziej popularne w Azji Południowej, Ameryce Łacińskiej i Afryce. Bardzo realne zagrożenie doprowadziło do bardzo realnej jedności, nawet gdy metody i taktyki przez nas stosowane były w najlepszym wypadku wątpliwe moralnie. Niemniej pozwoliły Europie i Dalekiemu Wschodowi na rozwinięcie własnych systemów będących pod ochroną amerykańskiego parasola nuklearnego.

Ten powojenny okres jedności de facto był połączeniem dwóch tendencji, które wykazywały względne podobieństwo w ramach szerszej sprzeczności. Te dwie tendencje to liberalny kolektywizm zakorzeniony w indywidualizmie i chrześcijański komunalizm zakorzenionym w personalizmie. Są to dwa różniące się poglądy na temat tego, co znaczy być człowiekiem.

Chrześcijańska wizja człowieka, podobnie jak arystotelesowska, która ją poprzedziła, postrzegała człowieka w zasadzie jako zwierzę polityczne, którego rozwój i samorealizacja były powiązane ze społecznościami rodziny, sąsiedztwa, miasta, Kościoła, zawodu i, ostatecznie, własnego narodu. Osoba ludzka osiąga swój pełny potencjał jedynie w obrębie tej gęstej sieci relacji. Relacje te dodatkowo charakteryzowały się wzajemnością praw i obowiązków. Posiadanie praw odbywało się tylko w i przez te społeczności, tak więc osoba miała poważne zobowiązania wobec tejże wspólnoty. „Prawa” były wynikiem czyjejś przynależności do społeczności i były uzależnione od spełniania swoich obowiązków wobec niej.

Liberalizm jest przeciwnego zdania. Cały sens „wyzwolenia” sprowadza się do uwolnienia osoby od tych sieci zobowiązań, dzięki czemu może ona naprawdę osiągnąć wolność. Nie jest to „wolność pozytywna” tradycyjnego chrześcijaństwa, ukierunkowana na dobro osoby, lecz czysto „negatywna wolność”, co oznacza po prostu wolnośc od jakiegokolwiek przymusu zewnętrznego. „Wolność” według tego poglądu oznacza ni mniej, ni więcej, że dana osoba może robić, co zechce, bez przeszkód ze strony innej osoby, a w szczególności bez przeszkód ze strony władzy publicznej. Z tego punktu widzenia, „wolność negatywna” jest najwyższym dobrem, stąd przymus jest największym złem.

W tym miejscu dotknięty liberał może sprzeciwić się, że nie powinienem łączyć indywidualizmu i kolektywizmu, ponieważ są przeciwieństwami. Ale nie są. Raczej, indywidualizm jest warunkiem kolektywizmu. Czymś trudnym, a może nawet niemożliwym, jest kolektywizacja osoby, której lojalność jest związana ze zwartą siecią wspólnot. Jak to ujął prof. Patrick Deneen: Tylko wtedy, gdy różnorodność instytucji i organizacji ludzkiego życia społecznego zostały wypatroszone, gdy jednostka doświadcza siebie samą jako jednostkę, wówczas kolektywizm jako teoria staje się czymś politycznie akceptowalnym. Sukces liberalizmu w wyzwalaniu osobników od tego, co historycznie było „czymś własnym” i rosnące realizowanie się „jednostki” umożliwiły powstanie teorii kosmopolityzmu i globalizmu jako wykonalnego programu politycznego w epoce nowoczesnej.

Innymi słowy, pozbawiona wszystkich naturalnych związków, jednostka jest naga wobec państwa. Co więcej, to państwo jest jedynym podmiotem, do którego, według Johna Locke’a, musimy dołączyć. Każda inna instytucja jest dobrowolna i tymczasowa, tylko państwo jest obowiązkowe i trwałe. Owszem, prawdą jest, że umowa społeczna Locke’a zakłada, iż rząd pochodzi ze zgody rządzonych, ale Locke podkreśla, że wyrażamy tę zgodę jedynie poprzez zamieszkanie w granicach danego kraju. Ta bierna zgoda sprawia, że cała kwestia przystawania staje się bezprzedmiotowa. Mamy więc jednostkę pozbawioną wszelkich niezbędnych asocjacji, poza jedną: państwem.

W każdym razie powinno być jasne, że podczas gdy interesy kolektywistów i komunitarystów zbiegły się przez jakiś czas, nieuchronnie pojawiły się napięcia w tym związku, prowadzące prędzej czy później do całkowitego rozejścia się. Ale to, co jest mniej oczywiste, to dlaczego kolektywiści odnieśli tak decydujące zwycięstwo, dlaczego liberalizm zatriumfował nad konserwatyzmem, gdyż, nie łudźmy się, Ameryka jest krajem liberalnym, zaiste, Ameryka jest samym tryumfem liberalizmu.

To zastrzeżenie może się wydawać dziwne, ponieważ wielu mogłoby spostrzec, że konserwatyści w Ameryce są realną siłą polityczną. To prawda, ale gdy przyjrzymy się, jaka jest zawartość tego „konserwatyzmu”, okazuje się, że składa się prawie wyłącznie z liberalizmu gospodarczego i politycznego, a jedynie utrzymuje swoje asocjacje z tradycyjnym konserwatyzmem w kilku kwestiach społeczno-obyczajowych, takich jak aborcja i małżeństwa homoseksualne. Oprócz tych kwestii, to, co amerykański konserwatyzm rzeczywiście zachowuje, to wartości oświecenia, tj. liberalizm Locke’a. Ponadto, biorąc pod uwagę historię Stanów Zjednoczonych, a zwłaszcza historię ich powstania, nic dziwnego, że ten liberalizm odniósł zwycięstwo. W rzeczywistości może się okazać, że amerykański konserwatyzm jest praktyczną niemożliwością.

Można prześledzić historię, żeby znaleźć wiele przypadków rozłamu kolektywistyczno-komunarystycznego: wojna w Wietnamie, rewolucja seksualna, upadek komunizmu itp. Ale myślę, że jedna kwestia miała większy wpływ niż którekolwiek inne: była nią legalizacja aborcji poprzez decyzję sądową w 1973 roku. Ten problem, bardziej niż jakikolwiek inny, zmienił krajobraz polityczny i, paradoksalnie, zorientował go na kierunek indywidualistyczny. Dwa czynniki wyróżniają ten problem od innych, z którymi konfrontowali się konserwatyści, a mianowicie jego poważna i ostateczna natura oraz taktyki stosowane w walce z nim.

Jeśli chodzi o pierwszy czynnik, nawet dla zwolenników aborcji jest niemożliwe, aby nie spostrzec, że aborcja likwiduje niewinne życie. Jej zwolennicy mogą ripostować, że choć embrion żyje i ma naturę ludzką, nie jest jednak osobą ludzką w rozumieniu prawa. Następnie wymieniają różne kryteria, które dziecko musi spełnić, aby być uznane przez nich jako osoba, a nie jako tkanki odpadowe. Problem z taką linią argumentacji jest taki, że zbyt wiele ona udowadnia. Jakikolwiek arbitralny standard zostanie zastosowany w celu zaprzeczenia osobowości niemowlęcia, w ostateczności zaprzeczy on osobowości dużych grup ludzi: niepełnosprawnych fizycznie i psychicznie dzieci, dorosłym osobom z chorobami psychicznymi, ludziom w śpiączce, twojemu dziadkowi cierpiącemu na demencję i tak dalej.

Inną taktyką jest twierdzenie, że niezależnie od tego, czy dziecko jest osobą, czy nie, jest przynajmniej osobą, która narusza „własność” matki (jej macicę), sprawiając jej wielki dyskomfort, ból, niedogodności, nawet grozi jej życiu. Z pewnością człowiek powinien mieć wolność wyrugowania takiego intruza z własnego ciała, podobnie jak intruza z własnego mieszkania, i to przy użyciu przemocy, nawet jeśli wynikiem takiej przemocy jest śmierć. Lecz znowu taki argument udowadnia zbyt wiele, mianowicie dziecko przy piersi jest nie mniej intruzem niż dziecko w łonie matki i może być tak samo uciążliwe. Biorąc pod uwagę, że dzieci są podatne na choroby, mogą również stanowić zagrożenie dla zdrowia.

Jedną z wielkich frustracji dla tych, którzy bronią godności i świętości życia ludzkiego, jest sposób, w jaki przeciwnicy życia odmawiają pójścia za własnym rozumowaniem do logicznej konkluzji. Lecz jeśli argumenty zwolenników aborcji były problematyczne, reakcja przeciwników była kłopotliwa. Wcześniej zwolennicy komunitaryzmu eksponowali całościowe spojrzenie, które łączyło w sobie kwestie gospodarcze, polityczne i społeczne. Filozoficzna, logiczna i religijna spójność myśli komunitarystycznej była istotna. Ale z powodu ważkości problemu aborcji uznano, że wszystkie inne troski musiały zostać podporządkowane tej jednej. Nie wymagano już jedności myśli, gdyż współpraca w tej jednej kwestii (a później i małżeństw homoseksualnych) wystarczyła. Sprzeciw polityczny był teraz jedyną rzeczą, która się liczyła, biorąc pod uwagę naturę problemu. Ponadto, podstawy, na których oparto obronę życia, nie wywodzono już ze świętości życia i konieczności pielęgnowania nowych pokoleń, lecz z abstrakcyjnego „prawa” Locke’a, współtworzącego triadę praw do „życia, wolności i własności”.

Ta rezygnacja z holistycznego podejścia ma kluczowe znaczenie dla zrozumienia tego, co się stało. Przy ograniczeniu się do tak zwanych kwestii społecznych zabrakło spójnej chrześcijańskiej odpowiedzi na zagadnienia ekonomiczne i regulacyjne. Próżnię tę wypełniły różnego rodzaju kapitalistyczne ortodoksje, od austriackiego libertarianizmu do kompradorskiego kapitalizmu, czyli to wszystko, co kiedyś było nazywane po prostu liberalizmem. Oznaczało to, że treścią nowego „konserwatyzmu” był ni mniej, ni więcej stary liberalizm.

Rezultatem był rygorystyczny tradycjonalizm w kwestiach małżeństwa i seksualności oraz agresywny liberalizm we wszystkim innym. Zatem ci nowi konserwatyści wymagali, aby ludzie zachowali w niedzielę pewne zasady, które mogłyby być porzucone w poniedziałek. Żądali od władzy przymusu w pewnych kwestiach, jednocześnie zaprzeczając, że rząd ma w ogóle uprawnienia do stosowania przymusu. I tak prawicy udało się dopasować swoją niespójność do niespójności lewicy. I podczas gdy kwestie społeczne doprowadziły do krótkoterminowych zwycięstw politycznych, bez pełniejszego podejścia zostały skazane na długotrwałą nieistotność kulturową.

Wcześniej prawica była mniej lub bardziej „kapitalistyczna”, ale przede wszystkim w kontekście bycia ruchem antykomunistycznym. Pomimo tego istniało szerokie przekonanie, że kapitalistyczna chciwość i egoizm musiały być temperowane drogą regulacji rządowych i troską o dobro wspólne, obejmując opodatkowanie i redystrybucję nadmiernie wysokich dochodów. Krańcowe stawki podatku dochodowego sięgały 91%. W takich okolicznościach, austriacki libertarianizm był marginalnym elementem. Ale wiele się zmieniło i teraz odgrywa centralną rolę w ruchu konserwatywnym.

„Konserwatywni” kandydaci walczą obecnie ze sobą o to, kto ma najgłębszą nienawiść do rządu i który z nich zrobi więcej, aby go zniszczyć. Czczą akumulację bogactwa i głoszą, że podatki to kradzież. Wyliczają funkcje rządu, które ulegną prywatyzacji, i konkurują ze sobą w obrażaniu biednych.

Żart polega na tym, że ci konserwatyści nie dostrzegają, iż starą nazwą kapitalizmu był liberalizm. Sam termin „kapitalizm” był marksistowskim epitetem dla liberalizmu, którym Marks gardził. Ale w miarę jak liberalizm okrywał się złą reputacją podczas zawirowań gospodarczych pod koniec XIX i XX wieku, przemianował się na „kapitalizm” i został sprzedany jako treść nowego „konserwatyzmu”. Był to jeden z największych chwytów marketingowych w historii od czasów sprzedaży odpustów przez Tetzla. Liberalizm uzyskał odpust i nowe życie w polityce.

Nominalnie „konserwatywna” Partia Republikańska zatem zinternalizowała indywidualistyczno-komunitarystyczną dychotomię. W tej ideologicznej schizofrenii, kolektywizm zawsze wygrywa. Kapitalizm, mimo nieszczerej obrony jego zwolenników, nie jest ani prorynkowy, ani antypaństwowy. Zawsze dązy do zastąpienia wolnej konkurencji przez władzę monopolów i oligopolów. I zawsze w interesie monopolistów jest mieć duży i uległy rząd służący ich interesom. Im wyższe stosy kapitału, tym grubsze ściany prawa i władzy niezbędne do ich ochrony.

Powstają wobec tego dwa pytania: Dlaczego ruch antyaborcyjny zdecydował się walczyć o sprawę, bazując na lockeańskiej podstawie? i Dlaczego konserwatystów tak łatwo uwiedziono oczywistym liberalizmem? Sądzę, że odpowiedź na oba te pytania sięga samej historii powstania Ameryki, państwa, którego nie zbudowano na chrześcijańskich zasadach, lecz na ideologii Locke’a, założycielskiej ideologii liberalizmu. Zatem, w jakimkolwiek konflikcie politycznym w Ameryce istnieje wewnętrzna inklinacja ku liberalizmowi.

Rewolucja amerykańska, i powstała w jej rezultacie konstytucja, była najbardziej radykalnie liberalnym wydarzeniem w historii aż do tamtego momentu. Deklaracja Niepodległości była istną transkrypcją whigowskiej teorii politycznej Locke’a. Ojcowie Założyciele nie czerpali z religii chrześcijańskiej, lecz z mędrców Oświecenia. Jak zauważa Christopher Ferrara, „Federalista”, propaganda Założycieli nawołująca do spisania nowej konstytucji składała się z myśli Hobbes’a, Hume’a, Locke’a i Monteskiusza. Odzwierciedla program społeczno-polityczny oświecenia i odejście od chrześcijaństwa ku nowoczesności. Amerykanie, a zwłaszcza amerykańscy konserwatyści, czują się naturalnie zobowiązani, aby bronić aktu założycielskiego, ale nie istnieje taka obrona, która nie kierowałaby dyskursu w stronę liberalizmu. Tak więc każdy prawdziwy konserwatyzm jest w najlepszym przypadku kruchy. W odpowiedzi na ten problem wielu konserwatystów stworzyło „złotą legendę”, według której założyciele byli wszyscy chrześcijańskimi konserwatystami, dokonującymi drobnych zmian w istniejącym porządku politycznym, a nie angażującymi się w radykalną rewolucję. Niestety, żadne rozsądne odczytywanie historii nie podtrzymuje tej złotej legendy.

Prawie wszyscy Ojcowie Założyciele byli deistami. Deizm ma wszystkie zalety ateizmu i żadną z wad. Można twierdzić, że się jest teistą, jednocześnie zaprzeczając, że Bóg jest aktywny w świecie. Waszyngton czasami pojawiał się w kościele, ale nie chciał stać wraz z kongregacją. Jefferson utworzył własną wersję Ewangelii, pozbawioną jakiegokolwiek odniesienia do boskości Chrystusa i słów, które byłyby kłopotliwe dla agendy politycznej Ojców Założycieli. Postawa Jeffersona była typowa. Założyciele mieli szczególną pogardę dla idei Boga Trójjedynego i Boskiego Syna. Jezus został zredukowany do roli „nauczyciela moralności”, co oznacza, że niczego szczególnego nie nauczał, przynajmniej niczego, co mogłoby poruszyć deistę. Dlatego też nie dziwi, że konstytucja nie zawiera żadnego odniesienia do Boga, podczas gdy Deklaracja Niepodległości wspomina tylko o „naturze i Bogu natury” (czyli o deistycznym „bogu”).

Ze względu na naszą historię, wydawało się czymś naturalnym dla ruchu antyaborcyjnego przyswojenie sobie lockeańskiej koncepcji absolutnych „praw”. Locke’a „prawo do życia” wydawało się idealnie pasujące do sytuacji i zgodne z naszą tradycją polityczną. Jednak w tym wyborze tkwiła wielka wada. „Prawo do życia” jest częścią lockeańskiej triady „życia, wolności i własności”. Problem polega na tym, że nie ma sposobu, aby rozstrzygać między tymi prawami, gdy wchodzą w konflikt ze sobą, tak jak w tej sytuacji. Lockeańskie prawa nie są powiązane z obowiązkami, lecz są autonomiczne i arbitralne. Jak więc takie konflikty z zakresu praw należy rozwiązać?

Tu dochodzimy do kluczowego punktu programu politycznego oświecenia: nie powinno istnieć prawo wyższe od tego, które jest wynikiem woli ludu, a ta jest zawsze znana przedstawicielom ludu wybranych w cyklicznych plebiscytach. Stąd jakikolwiek konflikt między prawami może być rozwiązany jedynie politycznie, a nie na podstawie prawa naturalnego. Tak więc, jeśli chcesz wiedzieć, czy prawo do życia stoi wyżej od prawa własności i wolności, musisz skonsultować się z najwyższą władzą, z legislaturą.

Było to radykalne odejście od średniowiecznej teorii prawa. Prawo ludzkie w średniowieczu było rozumiane jako próba rozpoznania i zastosowania prawa naturalnego do poszczególnych przypadków, a samo prawo naturalne było rozumiane jako uczestnictwo w prawie Bożym. Stąd prawo naturalne wiązało nawet króla i nie było żadnej władzy suwerennej, która mogłaby je obalić. Mediewalna władza nie była jednolita, lecz była rozłożona na nachodzące się na siebie i często konkurujące ze sobą organy: książę, Kościół, szlachta, wolne miasta, cechy. Każda z tych władz była bardziej niż chętna, aby służyć jako kontrola nad innymi, gdy można było udowodnić, że naruszone zostało prawo naturalne i ustalony zwyczaj. Wbrew częstemu poglądowi, średniowieczne władztwo nie było w żadnym znaczeniu „absolutyzmem”, przynajmniej nie przed XVI i XVII wiekami, kiedy wszystkie konkurujące ośrodki władzy były mniej lub bardziej stonowane.

Wraz z wszystkimi innymi organami władzy pozbawionymi swoich uprawnień, tylko legislatura pozostała, a wszelkie spory dotyczące „praw” mogą być tylko przez nią rozwiązane, organ niezwiązany żadnym prawem naturalnym. Ten punkt został potwierdzony przez sędziego Sądu Najwyższego Antonina Scalię (zm. 2016 r.), prawdopodobnie najbardziej znanego przeciwnika decyzji Roe v Wade. Jak mówi sędzia Scalia: Jeśli na przykład ludzie chcą aborcji, państwo powinno pozwolić na aborcję w demokracji (...) Stwierdzenie, że „No tak, ale jest to sprzeczne z prawem naturalnym”, to nic innego jak postawienie siebie wyżej niż demokratyczne państwo i decydowanie o tym, co jest dobre, a co złe, w miejsce większości. Nie zgadzam się, że jest to prawidłowa funkcja (...)

To nie rzekome „prawo do życia”, chroniące nienarodzone dzieci, lecz święty i bezinteresowny charakter życia. Wszyscy otrzymaliśmy życie jako dar. Jesteśmy w związku z tym zobowiązani przekazać ten dar innym oraz dbać i pielęgnować nowe pokolenia. A święte, albo przynajmniej tajemniczy charakter życia, jest czymś oczywistym nawet dla ateisty, gdyż nie da się go sprowadzić do zwykłych zasad chemicznych i fizycznych. To, co chroni dziecko i de facto każdego z nas, to nie „prawo”, lecz brak prawa, a mianowicie brak jakiegokolwiek prawa do zabicia niewinnej istoty ludzkiej.

Jeśli bitwę stoczono by, bazując na świętości życia zamiast życia jako części lockeańskiej triady rzekomych praw, załamanie się zagadnień gospodarczych, społecznych i politycznych byłoby niemożliwe, a przynajmniej mniej prawdopodobne. Jeśli wierzysz w obowiązek powoływania i pielęgnowania życia, to uznajesz tym samym konieczność istnienia instytucji w której to może nastąpić (rodzina), wspieranej przez gospodarcze, społeczne i polityczne instytucje, których funkcja musi być w mniejszym lub większym stopniu nakierowana na podtrzymywanie rodziny i których sukces lub porażka jest oceniana w tym świetle.

Ale obecnie amerykańska polityka to spór między kolektywistami. Z jednej strony są tacy, którzy twierdzą, że kolektywy korporacyjne powinny kontrolować państwo, a z drugiej są ci, którzy twierdzą, że to państwowe kolektywy powinny kontrolować korporacje. Oczywiście, istnieją pewne istotne różnice między tymi stanowiskami, ale w ostateczności różnice te okazują się niewielkie i nieciekawe. W obu przypadkach mamy do czynienia z polityką, która reprezentuje tryumf liberalnego państwa, a debata dotyczy jedynie rozkładania akcentów i niuansów tego państwa.

Prawdziwy, czyli nieliberalny lub nielibertariański, konserwatyzm po prostu nie istnieje w Ameryce jako zorganizowana siła. Nie oznacza to, że nie ma żadnych prawdziwych konserwatystów. Wręcz przeciwnie, podejrzewam, że większość Amerykanów to instynktowni konserwatyści, w sensie nieufania ani państwowym, ani korporacyjnym kolektywom. Lecz w demokracji głosy tej większości nie są liczone z tego prostego powodu, że nie są finansowane. „Być” w życiu politycznym demokracji oznacza „bycie finansowanym”, a nie istnieje znaczące źródło finansowania dla prawdziwego konserwatyzmu. Więc istnieje głównie na marginesie życia politycznego i na marginesach zarówno prawicy, jak i lewicy, na słabo subskrybowanych blogach, w rozproszonych przedsiębiorstwach spółdzielczych, w domowym szkolnictwie, małych czasopismach, w mikrobanku, tu i tam lub w alternatywnych systemach pieniężno-kredytowych, w sąsiedzkich układach.

Rzeczywistość polityczna dla większości naszych obywateli jest jednym wielkim rozczarowaniem. Konserwatyści zastanawiają się, dlaczego rząd bardziej się powiększa w trakcie administracji Reagana i obu Bushów, niż było to za czasów Cartera i Clintona, podczas gdy lewicowcy są zakłopotani tym, że korporacje rosną w siłę za Clintona i Obamy przynajmniej tak samo szybko, jak za Reagana i Bushów. Obie strony znajdują się w obrębie „demokracji”, która nie przejmuje się nimi zbytnio, ponieważ nie mogą zapłacić, aby grać w demokratyczną grę, i nie mogą znaleźć kogokolwiek, kto uiściłby za nich opłatę wstępu.

Doszliśmy więc do punktu wyjścia, z odwróconą wersją komików Flandersa i Swanna, wyjaśniając amerykańską politykę Europejczykom, a być może nawet Amerykanom. W Ameryce mamy dwie główne partie. Jedną z nich jest Partia Demokratyczna, która właściwie jest liberalna, a druga to Partia Republikańska, która właściwie jest liberalna.

 

John Medaille

Wyświetlony 451 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.