sobota, 01 maj 2010 11:52

Polskie tropy w Ameryce (X) Polacy w Wojnie Secesyjnej

Napisane przez

Kiedy 12 kwietnia 1861 r. rozpoczęła się kanonada wojsk Północy na konfederacyjną twierdzę Fort Sumter w Południowej Karolinie, wydarzenie uchodzące za początek krwawej wojny secesyjnej (1861-1865), na terenie całych Stanów Zjednoczonych, jak zgodnie podają historycy, znajdowało się zaledwie 30.000 Polaków. Około pięciu tysięcy z nich przywdziało granatowe uniformy Unii (w tym jednak aż 166 walczyło ze stopniem oficerskim!), wojsk usiłujących zachować jedność tego kraju, niespełna tysiąc walczyło po przeciwnej stronie, czyli konfederatów, zresztą głównie dlatego, że los rzucił ich do stanów południowych - i nie mieli już wyboru. W dramatycznym konflikcie, który wstrząsnął podstawami wciąż bardzo młodego państwa za Oceanem, w obliczu trzech i pół miliona obywateli zaangażowanych militarnie w trwającą cztery lata wojnę, rola naszych rodaków wydać się może zaledwie symboliczna, a przecież godna jest przypomnienia. I to co najmniej z kilku przyczyn.

 

Zacznijmy od prawie anegdotycznej wiedzy i stosunku ówczesnego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Abrahama Lincolna do Polaków. Nietrudno zauważyć, że starcie Północy z Południem rozgrywało się dokładnie w czasie, kiedy na ziemiach polskich, po niemal stuleciu od rozbiorów, wybuchło powstanie styczniowe. Nie od rzeczy będzie dodać, że Rosja prowadziła także wtedy sprytną politykę międzynarodową i umiała zabiegać o względy wielkich graczy. Książę Aleksander Gorczakow, carski minister spraw zagranicznych, usłużnie zapewniał Lincolna, że Rosja jest tym mocarstwem, które stało przy was od początku i nadal przy was stać będzie. Jesienią 1863 r. zawitała wręcz wojenna flotylla rosyjska do głównych portów amerykańskich, najpierw do Nowego Jorku, a następnie do San Francisco, aby przekonać też tamtejszą opinię publiczną o istniejącym militarnym aliansie. Miało to być również ostrzeżenie pod adresem Francji oraz Wielkiej Brytanii, aby trzymały się od wewnętrznego konfliktu w Ameryce z daleka i nie rozważały nawet możliwości blokady morskiej (o czym spekulowała prasa).

Sielankę zmącił tylko charakterystyczny dla nas epizod: rosyjski ambasador Edward Stoeckel wymusił na władzach amerykańskich ekstradycję Aleksandra Milewskiego zbiega ?spod moskiewskiego jarzma?, który wstąpił na ochotnika do artylerii Unii. Amerykańskie dowództwo bez słowa wydało im Polaka. Rosyjski sąd wojskowy skazał polskiego marynarza, który chciał walczyć w mundurze amerykańskiej Północy, na śmierć... Zdarzenie, które nie tylko przebywający na ziemi Lincolna Polacy musieli odebrać jako prawdziwy zgrzyt. Tymczasem sam Lincoln jeszcze w trakcie pobytu w Springfield, napotkał na różnych Polaków. Chodził z żoną na odczyty pułkownika Jana Józefa Lichmanowskiego, weterana wojen napoleońskich, i odniósł z nich korzystne wrażenie. W Waszyngtonie nauczycielem gry na fortepianie synów Lincolna też okazał się Polak, słynny artysta europejski, jak zanotowała prasa, Aleksander Wołowski. Wreszcie były to czasy kiedy znany nam już ks. Adam Gurowski, który nieustannie wywoływał w Waszyngtonie kolejne kontrowersje swoim kąśliwym językiem i piórem, nie mógł w żadnym razie umknąć uwagi prezydenta, zwłaszcza że go również atakował! Dla przeciwwagi, w tym samym środowisku stolicy działał wtedy aktywnie patriota Henryk Kałusowski, który miał upoważnienie Rządu Powstańczego z kraju, i organizował publicznie zbiórki środków na pomoc rodakom. Lincoln nie mógł przeoczyć także faktu wybuchu kolejnego powstania narodowego w Polsce, jak twierdzą znawcy, bo należał do nader skrupulatnych czytelników codziennych gazet, a tylko w roku 1863 w prasie amerykańskiej ukazały się na ten temat aż 332 artykuły.
Nie ulega wszakże kwestii, że wybuch oraz trwanie w tym samym czasie wojny secesyjnej zdecydowanie musiało przesłonić na Kapitolu wydarzenia w dalekiej Polsce. Powstanie nie stało się tematem dnia, nie zdołało też wzbudzić większych sympatii dla Polaków, jakie kiedyś wywołało powstanie listopadowe i los jego ofiar, nie mówiąc o emigracji uchodźców.
Natomiast osobisty stosunek prezydenta do Polaków musiał uformować fakt, że nie tylko dość licznie zgłaszali się oni na ochotnika do wojsk Północy, i to zdecydowanie z pobudek uczuciowych, solidarności z ideami Lincolna. W jeszcze większym zaś stopniu przemawiać do niego musiały wiadomości o oficerach i dowódcach polskiego pochodzenia, ich zaangażowaniu, waleczności, a z czasem wręcz bohaterstwie. Prezydent podpisywał w trakcie tej wojny niejeden wniosek o awans generalski dla bitnych Polaków, co nie zmieniło wszakże stanu rzeczy, bowiem Kongres okazał się w tamtych czasach wyjątkowo uprzedzony i uparty, odkładając bądź wręcz odrzucając prezydenckie wnioski o awanse! Taki los spotkał zarówno Włodzimierza Krzyżanowskiego, który najtrwalej zapisał się w dziejach wojny secesyjnej, jak i jego kolegów, kawalerzystę Józefa Kargę, Johna Zabriskie czy Albina Franciszka Schoepha, których awanse leżały niezrealizowane aż do zakończenia konfliktu. Majorowi Krzyżanowskiemu już w 1861 r. zaproponowano przystąpienie do rekrutacji swoich rodaków dla stworzenia z nich odrębnej polskiej formacji. Początkowo zdołał on skupić ok. 400 rekrutów, z których powstał regiment działający niezależnie, pod nazwą ?Strzelcy Stanów Zjednoczonych?. Z czasem scalono ich ze strzelcami Morgana, wreszcie utworzono z nich słynny 58 Pułk Nowojorski. Obok Polaków licznie reprezentowani byli tam chociażby Węgrzy (emigranci z rewolucji 1848 r.), Austriacy i Niemcy.
Pierwsze sukcesy regimentu Krzyżanowskiego łączą się z bitwą pod Cross Keys, w Shenandoah Valley, w czerwcu 1862 r., kiedy to konfederaci pod dowództwem gen. Thomasa Jacksona uderzyli w formacje wojsk unijnych, kierowanych przez gen. Fremonta, dążąc do ich zniszczenia i totalnego wyeliminowania z dalszej kampanii. Działając w ramach oddziałów gen. Juliusza Stahela, Krzyżanowski miał znaczący udział w pokrzyżowaniu planów przeciwnika. W jakiś czas później dotychczasowy major stał się dowódcą drugiej brygady, operującej zarówno jednostkami piechoty, jak i artylerią. Z tą formacją uczestniczył w dalszych ważnych potyczkach pod Sulpher Springs, Waterloo Springs oraz Govenon, podobnie jak w bitwach pod Chancellorsville, Gettysburgiem (gdzie jego obrona stoku górskiego przed nawałą konfederatów miała duże znaczenie dla ostatecznego sukcesu wojsk unijnych, przypłaconego zresztą stratą ponad 50 tys. ludzi!). Za ważną rolę, jaką odegrała brygada Krzyżanowskiego w słynnej bitwie pod Second Bull Run, dowództwo armii Północy przekazało prezydentowi wniosek o awans Polaka do stopnia generała brygady, Kongres jednak nie przychylił się do zgłoszonej petycji, mając niemałe problemy już z samym wymówieniem jego nazwiska. Zdarzy się to Krzyżanowskiemu jeszcze dwa razy, zanim ostatecznie w marcu 1865, praktycznie przy końcu wojny, wręczony zostanie mu dyplom generała brygady.
Dalsze jego losy proszą się wręcz o odrębne potraktowanie: zdołał on zrobić prawdziwą karierę w rządowej administracji amerykańskiej, w okresie tzw. rekonstrukcji, co wśród Polaków stanowiło raczej rzadki przypadek. Po zakończeniu wojny powierzono mu najpierw zarządzanie południowym stanem Alabama, a w ślad za tym sprawowanie podobnych obowiązków w pokonanej Georgii, Virginii i wreszcie na Florydzie. W wielu źródłach figuruje on także jako pierwszy amerykański gubernator Alaski, choć w tej mierze historycy nie są zgodnego zdania. Ważniejszy wydaje się fakt jego pracy w rządowym Departamencie Skarbu, gdzie miał nadzorować służby celne w Panamie i w Nowym Jorku. Jest on autorem napisanych po polsku pamiętników z czasów wojny domowej i dalszej jego, nieprawdopodobnej amerykańskiej rządowej kariery, która w tamtej epoce była rzadkim wyjątkiem i wręcz fenomenem. Są do dziś tacy, którzy nie wierzą w prawdę zbyt pięknych, by były realne wypadków jego życia, i przypisują je raczej wyobraźni autora, jeśli nie skłonnościom mitomańskim Krzyżanowskiego, który ich zdaniem ?podkolorował? w pamiętnikach własne życie na użytek większej sławy wśród potomnych. Wciąż jego historia należy do wyjątkowo barwnych i zasługuje na krytyczne zweryfikowanie, oddzielenie ziarna od plew...
Udział Polaków w wojskach konfederatów to odrębny rozdział, godny głębszych studiów. Wspominaliśmy już o przypadku Kaspera Tochmana, wielkiego rzecznika sprawy polskiej po powstaniu listopadowym na terytorium Stanów. Miał on nieocenione zasługi w szerokim doinformowaniu amerykańskiej opinii publicznej wielu stanów i środowisk na temat tragicznej historii Polaków, jego współbraci, którzy padli ofiarami rozbiorów, polityki zaborców zmierzającej do ich pauperyzacji i wynaradawiania. Tochman wylądował w końcu na Południu, gdzie szereg zachowanych wystąpień może być traktowane jako dowód na uleganie szkole myślenia miejscowych środowisk, które prowadziły długi czas ideologiczną ofensywę, która musiała zaowocować otwartym konfliktem politycznym i militarnym. Tochman ostatecznie podjął w Nowym Orleanie całą akcję rekrutacyjną na rzecz wojsk konfederackich, marząc o tytule generalskim i Polskim Legionie (na wzór tego, co przypadło wcześniej w udziale Kazimierzowi Pułaskiemu). Spotkał go jednak gorzki zawód. Wprawdzie zdołał skompletować polską brygadę o sile 285 ludzi, m.in. polskich osadników w Pannie Marii i w innych osadach Teksasu, przy daleko większym jeszcze udziale innych obcokrajowców (1 500 osób), ale prezydent konfederacji, Jefferson Davis, wyraźnie był wobec Tochmana uprzedzony i wzbraniał się przed podpisaniem mu wojskowej nominacji, co odebrało w efekcie dalszą motywację Polakowi. Jednak polskich przywódców, którzy znaleźli się w szeregach armii Konfederacji było znacznie więcej, a ich historie brzmią intrygująco.
Duże zasługi w obronnym ufortyfikowaniu portu Galveston nad Zatoką Meksykańską położył, przykładowo, płk Wincenty Sulakowski, który swoje doświadczenie i stopnie wojskowe zdobył jeszcze podczas służby w armii austriackiej. W Luizjanie już w 1861 r. został pułkownikiem postawionym na czele tamtejszej piechoty. Sulakowski zgłosił się wkrótce do władz Południa z ideą dokonania masowej rekrutacji wśród Polaków żyjących w zachodnich i południowych stanach Ameryki, zapowiadając wręcz stworzenie formacji rzędu 15 tys. żołnierzy. Projekt ten nie przybrał nigdy realnej formy, a ślad po samym Sulakowskim zaginął. Jedne źródła twierdzą, że przepadł bez wieści po schronieniu się w pogranicznej miejscowości meksykańskiej Matamoros, gdzie Benito Juarez prowadził politykę jednoznacznie ?pro-unijną? i nie tolerował konfederatów. Inni piszą o misji wojskowej Sulakowskiego do Paryża, z której nie miał już wrócić. Ale wśród Polaków wspierających konfederatów wymienia się dalej plantatora Ignacego Szymańskiego, który doszedł do epoletów pułkownika, podobnie o podpułkowniku Hipolicie Oladowskim, artylerzyście, emigrancie po powstaniu listopadowym. Ostatni przywódca konfederatów, generał brygady Zebulon York, jak powiada choćby Wiesław Kuniczak w swojej książce o Polonii, miał być wnukiem polskiego powstańca listopadowego, emigranta, który wylądował przed laty w Maine...
(?)
Wojciech A. Wierzewski



 

Wyświetlony 5687 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.