Wydrukuj tę stronę
sobota, 01 maj 2010 11:56

Cudu nie będzie

Napisał

Jakiś czas temu pisałem na łamach "Opcji"w konwencji political-fiction o tym, jaka mogłaby być reakcja wiodących mediów i tzw. salonu, gdyby w wyborach 2005 r. wygrał Tusk i PO. Ci sami ludzie, którzy zwycięstwo PiS większością głosów przywitali krzykiem o "upadku demokracji", tryumf PO uznaliby jednogłośnie za "zwycięstwo demokracji". Jak widać, niewiele się pomyliłem, takie bowiem mniej więcej reakcje można było zaobserwować u tych, którym rządy Kaczyńskich kojarzą się tylko z Gomułką i Hitlerem. Nie dziwi też, że już pojawiają się zachęty do stworzenia szerokiego frontu parlamentarnego złożonego z PO, LiD i PSL, który skutecznie przeciwstawiłby się demonicznej władzy jedynego pozostałego bliźniaka.

Wszystkie te gusła odprawiane wokół fetyszu demokracji mogą wydawać się z pewnej perspektywy komiczne. Ostatecznie, skoro już zgodziliśmy się na to, że naszych zarządców wybierać będziemy większością głosów, demokracja zawsze wygra ? niezależnie od tego, czy lud wybierze sobie na pana krwiożerczego satrapę, tępego kmiotka czy nosiciela filipińskich wirusów. Zarówno w wypadku minionych, jak i obecnych wyborów, demokracja działała tak samo i nie ma żadnych powodów do biadolenia czy radości. No, chyba że człek wziął sobie do serca definicję demokracji sformułowaną przez profesora Geremka, który nauczał, że demokracja to jest wtedy, kiedy wygrywają nasi koledzy, a kiedy wygrywają inni, to już jest totalitaryzm. Z obserwacji wynika, że z pewnością wzięli ją sobie do serca pracownicy mediów, co nie jest niczym zaskakującym, skoro przedstawiciele tej grupy zawodowej, podobnie jak w czasach PRL-u, otoczeni są troskliwą opieką rozmaitych oficerów prowadzących, od których dostają wyraźne instrukcje, co w demokracji wypada, a co nie, kiedy rozdzierać szaty, kiedy bić na alarm, a kiedy wiwatować. Oczywiście, taka hipoteza może być niesprawiedliwa, gdyż wszystko dużo prościej da się wytłumaczyć stosunkowo wysokim stopniem ignorancji tej grupy: ostatecznie spontaniczne brylowanie na wizji wymaga pewnej dozy pewności siebie i braku kompleksów, co zazwyczaj jest odwrotnie proporcjonalne do stopnia rozgarnięcia. Tak czy owak, cały ten dziennikarski taniec świętego Wita jest nieco zabawny, niezależnie od tego, czy jego uczestnicy działają z cudzego podszeptu, czy po prostu nie pojmują, co się dzieje.
Jak oceniać wyniki wyborów? Na najbardziej ogólnym poziomie można dostrzec pewne plusy. Wygląda bowiem na to, że utrwala się w Polsce w miarę normalny podział sceny politycznej na konserwatystów (PiS) i postępowców (PO) przy równoczesnej (i miejmy nadzieję skutecznej) marginalizacji partii wywodzących się bezpośrednio z peerelowskiego establishmentu w wersji miejskiej (LiD) i wiejskiej (PSL). Pomimo rozmaitych etykiet i haseł wymyślanych na użytek kampanii wyborczej i doraźnych politycznych wojen, w miarę oczywiste jest, że ani PiS nie jest tak socjalne, ani PO tak liberalna, jak to się często przedstawia. Jeżeli oddzielić rzeczywistą politykę od agitacyjnej retoryki, okazuje się, że PiS jako partia ludowa jest pod pewnymi względami bliższa tradycyjnie rozumianym ideom liberalizmu niż zwracająca się do urzędniczego elektoratu PO. Oczywiście, z punktu widzenia liberalnego czy libertariańskiego ideału obie partie są w podobnym stopniu socjalistyczne, niemniej jednak, biorąc pod uwagę realną politykę, konserwatywny ? a więc chrześcijański i narodowy ? profil PiS sprawia, że partia ta wydaje się lepszą gwarancją liberalnych wartości niż wywodząca się z Unii Wolności i przejmująca jej paternalistyczne skłonności PO. W każdym razie, jeżeli ta sytuacja się utrzyma, być może, zaczniemy się zbliżać do w miarę stabilnego podziału sfery politycznej w amerykańskim stylu na republikańskich konserwatywnych ?klasycznych? liberałów z jednej strony, i demokratycznych czy socjaldemokratycznych ?nowych? liberałów z drugiej. Utrzymanie takiego podziału (w ramach którego oczywiście byłyby możliwe stanowiska mniej lub bardziej skrajne czy pryncypialne) byłoby niewątpliwym sukcesem, zwłaszcza z uwagi na fakt, że środowiska określane jako ?Partia Gazety Wyborczej? przez lata dążyły do wyeliminowania ze sceny politycznej nurtów konserwatywnych czy liberalno-konserwatywnych. W takiej sytuacji, przy polaryzacji sceny politycznej i ewentualnym zanikaniu partii postkomunistycznych, duża część mediów sympatyzująca z postkomunistyczną lewicą i mędrcami z kręgów lewicy laickiej prawdopodobnie przeniesie (jeśli jeszcze nie przeniosła) swoje sympatie na PO, pociągając za sobą lewicowy czy szerzej ? ?postępowy? ? elektorat (co nie będzie niczym dziwnym, biorąc pod uwagę korzenie czołowych polityków tej partii). Zresztą media, zwłaszcza te, dostarczające duchowej paszy ?wykształciuchom?, jak GW czy TVN, zazwyczaj są mniej lub bardziej lewicowe, zarówno w USA, jak i w Europie, nie powinno to więc nikogo dziwić. Co prawda, z punktu widzenia strategii Kaczyńskiego powyższe rozwiązanie byłoby niepożądane w tym sensie, że wygodniej byłoby PiS grać przeciw tradycyjnej postkomunistycznej lewicy, jednak to, co dobre dla PiS i Kaczyńskiego, niekoniecznie musi być dobre dla Polski. Być może ? ze względów politycznych, ekonomicznych czy kulturowych ? lepiej byłoby polityków związanych z PRL-em ideowo czy instytucjonalnie ? takich jak Kwaśniewski czy Olejniczak ? na trwałe odsunąć od władzy i prowadzić spór z socjal-liberałami w ?europejskim? stylu pod wodzą Tuska. Aby jednak odpowiedzieć na pytanie, czy dla nas rzeczywiście tak będzie lepiej, należy przyjrzeć się temu, co faktycznie PO zaproponuje w sferze polityki wewnętrznej, a przede wszystkim polityki zagranicznej.
A tutaj cudu raczej nie będzie. PO wygrała te wybory trochę przez przypadek, PiS bowiem, po niezłym początku kampanii, popełniało jeden za drugim kolosalne błędy (potwierdzałoby to, że Kaczyński jest wybitnym taktykiem, ale miernym strategiem: po raz kolejny wygrał większość bitew, ale przegrał całą wojnę). Pomijając przegraną na własne życzenie debatę z Tuskiem, główny błąd polegał na tym, że PiS zaprezentowało się jako partia rządząca dowodząca ludziom na podstawie danych statystycznych, że teraz dopiero wszystkim wspaniale się żyje. A ludzie nie patrzą na średnie statystyczne, tylko na to, jak żyje im się naprawdę, a tu specjalnej zmiany nie było: ani na lepsze, ani na gorsze (bo niby dlaczego miałaby być? Nawet plan PiS przewidywał efekty dopiero po 4-6 latach rządów). Ludzi bardzo trudno przekonać, że jest dobrze, za to niesłychanie łatwo dowieść im, że jest źle i może być lepiej. W poprzednich wyborach PiS wybrał tę drugą opcję, teraz próbował bezskutecznie realizować pierwszą. Prawdopodobnie więc ta nieco śmieszna propaganda sukcesu, punktowana przez PO i przychylne jej media, była powodem odwrócenia się od PiS części elektoratu, który w swoim otoczeniu żadnych sukcesów nie widział (no, może prócz powszechnego strachu przed braniem i dawaniem łapówek). Fakt, że Kaczyński obecnie zwala wszystko na media, dowodzi, niestety, jego chwilowej bezradności i nieumiejętności dostrzeżenia własnych błędów: skoro w poprzednich wyborach wygrał, mając przeciwko sobie wszystkie media, teraz zaś przegrał, mając spory wpływ na część z nich (TVP, PR, przychylna rządowi ?Rzeczpospolita?), oznacza to, że po prostu nie umiał przekonać do siebie części wyborców. Twierdzenie, że ludzie zostali omamieni przez złe media i dlatego poszli głosować na wrogów PiS, niebezpiecznie trąci marksistowskim przekonaniem o tym, że wszyscy wrogowie marksizmu są ludźmi niespełna rozumu kierującymi się fałszywą świadomością. Media z pewnością odegrały tu sporą rolę, ale Kaczyński nie powinien ułatwiać sobie sprawy, lecz ? aby w przyszłości pewnych błędów nie powtórzyć ? zastanowić się nad tym, dlaczego dziennikarzom tak łatwo poszło przekonanie większości Polaków, że rządy bliźniaków są dla nich zagrożeniem.
Nie należy zatem przesadzać z tym demonizowaniem mediów, ale też nie należy bagatelizować ich roli. Donald Tusk i wszyscy działacze PO winni są dozgonną wdzięczność dziennikarzom i właścicielom ?Gazety Wyborczej? i ?Polityki?, telewizji TVN czy Radia TOK-FM, o ile bowiem PiS w 2005 r. wygrało, a teraz przetrwało wbrew mediom, o tyle PO przetrwało i wygrało w dużej mierze dzięki nim. Partia ta, pozbawiona w gruncie rzeczy jakiegoś jasnego pozytywnego programu, sprowadzająca swoją politykę do bycia anty-PiS-em, w efekcie medialnego nadymania urosła do roli zbawcy ojczyzny. Media zresztą zastosowały sprawdzoną taktykę kreowania Tuska na ?swojego chłopa?, którą wykorzystywano już wcześniej przy okazji promocji Kwaśniewskiego, zwłaszcza w trakcie jego walki z Krzaklewskim. Podjęta przez Kaczyńskiego próba ukazania siebie jako prawdziwego męża stanu na tle ?familijnego? szefa PO nie przyniosła rezultatu: image ?swojaka? ostatecznie wygrał również dlatego, że ?wodzowski? image Kaczyńskiego był niekonsekwentny (widać to było w jego debacie z Tuskiem). Natomiast sam fakt, że media (wedle wskazówek swych właścicieli i innych dobrych dusz) włożyły tyle wysiłku w promowanie PO i raczej odpuściły sobie forsowanie LiD-u jako alternatywy dla rządów PiS, powinien dać do myślenia, zwłaszcza jeśli mniej więcej orientujemy się w strukturze własnościowej polskiego biznesu i jego międzynarodowych zależnościach. W tym świecie nie ma nic za darmo i tak jak trudno podejrzewać, aby medialni dyrygenci poważnie wierzyli w PiS-owskie zagrożenie dla demokracji, tak też trudno sądzić, że poparli PO z czystego serca i w imię walki o lepsze jutro. Z jakichś względów uznano, że partia Tuska lepiej zabezpieczy rozmaite interesy niż nieobliczalni ? gdyż mimo wszystko nieuwikłani w rozmaite interesy ostatnich 18 lat ? Kaczyńscy.
Przyszła polityka rządu Tuska związana jest w dużej mierze z kwestiami kadrowymi. Po odejściu Rokity, a wcześniej Zyty Gilowskiej i Macieja Płażyńskiego, PO tworzą dziś w przeważającej mierze albo ?ludzie bez właściwości? w rodzaju Tuska czy Gronkiewicz-Waltz, albo wyszkoleni w Unii Wolności mędrcy, jak Komorowski, albo ?szare eminencje? w stylu Schetyny czy Grasia. Jedyna osobowość PO ? Jan Rokita ? jak na razie jest poza partią, biorąc jednak pod uwagę jego wcześniejszą niezdolność do stworzenia sobie w niej choćby minimalnego zaplecza, trudno oczekiwać, aby teraz był w stanie zmierzyć się ze wzmocnioną zwycięstwem grupą Tuska. Mówiono, że ławka kadrowa PiS jest bardzo krótka, ale na tym tle ławka PO nie wygląda lepiej: prócz wspomnianych partyjnych działaczy, których zdolności w większości już można było ocenić w czasie rządów Suchockiej albo AWS, PO może, co najwyżej, sięgać do skarbnicy ?autorytetów? namaszczonych przez inne zasłużone autorytety wywodzące się z kręgu ?komandosów?, co znów nas skazuje na stare zaplecze Unii Wolności. Można uznawać PiS za partię typu wodzowskiego, jednak wokół Kaczyńskiego nie brakowało silnych indywidualności, takich jak Dorn, Ziobro, Religa czy wspomniana Gilowska. W wypadku PO takich ludzi nie widać.
Co nas więc może czekać pod rządami PO? Prawdę mówiąc ? nie za bardzo wiadomo. Niby partia ta spisała sobie jeszcze na wiosnę coś w rodzaju programu, jednak już w trakcie kampanii wyborczej jej działacze i sam prezes wielokrotnie się od niego dystansowali, więc ostatecznie cele i zamierzenia PO, poza oczekiwaniem na cud, okazują się bardzo mgliste. Jedyne prognozy można snuć z dotychczasowej działalności, ta zaś, jak na razie sprowadzała się do biadolenia, że jest źle. Pozostają więc domysły, w których należałoby uwzględnić dwie kwestie. Po pierwsze, PO zapewne nadal będzie się starać być anty-PiS-em w tym sensie, że nie podejmie żadnych drastycznych decyzji (choćby były dobre dla Polski), które mogłyby wywołać sprzeciw opiniotwórczych środowisk w kraju i za granicą. Po drugie, pewne grupy interesu, które postawiły na PO i udzieliły jej wsparcia ? choćby w postaci wspomnianego ?profilowania? niektórych mediów czy odpowiedniego ?nastrajania? salonów europejskich ? będą oczekiwać, że ich inwestycja przyniesie zamierzone efekty. A tak się jakoś składa, że wspomniane środowiska opiniotwórcze i grupy interesu w dużej mierze się ze sobą pokrywają. Dlatego rządy PO mogą przypominać rządy AWS skrzyżowane z gabinetem Marka Belki, co oznacza pozorowane i kosztowne reformy, dokonywane po to, aby ukryć to, że właściwie niczego się nie zmienia. Należy pamiętać o tym, że liberalna i prorynkowa retoryka PO jest tylko retoryką i choć partia ta wygrała głosami młodych, liczących na poprawę koniunktury gospodarczej, a więc ów irlandzki cud Tuska, to jednak jej intelektualnym i politycznym zapleczem jest ? co widać na przykładzie samorządów ? stara gwardia działaczy wychowanych przy Unii Wolności i KLD zgodnie z kanonami ?michnikoszczyzny?.
(?)
Damian Leszczyński
Wyświetlony 4549 razy
Damian Leszczyński

Najnowsze od Damian Leszczyński

Artykuły powiązane

Zaloguj się, by skomentować

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.