wtorek, 01 czerwiec 2010 14:43

Życie ułatwione mazgaja

Napisał

W koszmarnych czasach carskich, zanim rewolucja bolszewicka zlikwidowała te praktyki, prawosławni Rosjanie w dzień Wielkiej Nocy oznajmiali sobie radosną nowinę "Christos waskries!". Na takie pozdrowienie - oznajmienie zagadnięty nie tylko powinien odpowiedzieć: "Da, istinno waskries!", ale również ucałować rozmówcę. Ten obyczaj próbowali wykorzystać różni filuci do - jak się to podówczas poczciwie nazywało - skradzenia całusa ładnym panienkom. Zdarzyło się tedy razu pewnego, że taki filut, widząc urodziwą panienkę oznajmił jej radośnie, że "Christos waskries" i już zabierał się do całowania, ale ta, zamiast rytualnie odpowiedzieć i pozwolić się wycałować, udając zdumienie i zaskoczenie zapytała: "Kagda?" Zaskoczony i nieco zmieszany frant wyjaśnił, że "siewodnia", na co panienka uśmiechnęła się z udanym podziwem, zauważyła: "wot, maładiec!" (a to ci zuch!) i pospiesznie się oddaliła.

Czasy się zmieniają i zmieniają się obyczaje. Terror politycznej poprawności pewnie już wkrótce doprowadzi do zakazu publicznego wspominania o Chrystusie, bo nietrudno się domyślić, jak alergicznie działają takie rzeczy na chronioną mniejszość szatańską, nie mówiąc już o przypominaniu o Zmartwychwstaniu, sprzecznym z dyrektywą propagandową Sanchedrynu, wspomnianą w Ewangelii św. Mateusza. Chodzi oczywiście o to, że arcykapłani, kiedy usłyszeli od żołnierzy o Zmartwychwstaniu Chrystusa, po naradzie dali im ?sporo pieniędzy? i nakazali rozgłaszać, że to uczniowie wykradli nocą zwłoki. Jak wspomina Ewangelista, a my potwierdzamy, ta wersja jest aktualna ?aż do dnia dzisiejszego? i stąd, między innymi, wynika kierunek przemian obyczajowych. Ale natura nie znosi próżni i w miejsce obyczajów wykorzenianych wciskają się następne. Niedawno na ulicach Warszawy pojawili się młodzi ludzie, którzy oferowali przechodniom możliwość poprzytulania się do nich. Wbrew pozorom nie byli to przedstawiciele miłości głodnych płeciów, jak powiedziałby warszawski bard Stanisław Grzesiuk (i dwie panny z towarzystwa, co wieczorem na Czerniakowskiej urządzały polowania na miłości głodnych płeciów), ani ?kochający inaczej? czyli ?goje?, mniej uprzejmie nazywani sodomitami, tylko młodzi ludzie (a młody? Głupie to, płoche... Tylko pobrudzi pończochę) przejęci propagowaniem nowej świeckiej tradycji. Ta tradycja przyszła do nas z Ameryki. Jakiś tamtejszy poczciwiec nie mógł podobno dać sobie ze sobą rady po śmierci matki, aż okazało się, że pomaga mu przytulanie. Jak tylko się do kogoś przytulił, to od razu cała żałość i łzawa tęsknica serca przechodziły mu, jakby ręką odjął. Ponieważ nie jest światło, by pod korcem stało, nasz poczciwiec natychmiast rozgłosił o swoim szczęściodajnym wynalazku, który natychmiast znalazł naśladowców, być może, również wśród potomków owego filuta, co to kiedyś próbował skraść całusa rosyjskiej rezolutnej panieneczce. I tak narodził się wszechświatowy ruch, którego przedstawiciele dotarli również do małego żydowskiego miasteczka na niemieckim pograniczu ? jak Stanisław Cat-Mackiewicz nazywał Warszawę.

Aliści w takich małych miasteczkach nowe obyczaje przyjmują się, a jakże, ale z pewnymi oporami. Przechodnie, słysząc propozycje przytulenia się, składali rozmaite, często dość radykalne kontrpropozycje. Nie miejsce tutaj, żeby je relacjonować, dość, kiedy powiem, że nasi warszawscy rodacy najwyraźniej preferują inne sposoby osładzania sobie różnych żałości, czerpiąc wzorce z naszego narodowego poematu ?Pan Tadeusz?. Jak wiadomo, Sak Dobrzyński kochał się był w Zosi, która ostatecznie została narzeczoną Tadeusza. I co wtedy zrobił Sak? Ano, poszedł do kompanii, z wiarusami kielichem osładzając żałość. Taka była dla Zosi Dobrzyńskiego stałość ? wspomina ze zrozumieniem, a nawet nie bez podziwu Mickiewicz. A trzeba nam pamiętać, że Sak Dobrzyński wprawdzie mieszkał w zaścianku na Litwie, ale wywodził się, jak zresztą wszyscy Dobrzyńscy, ze szlachty mazowieckiej, więc nic dziwnego, że amerykański obyczaj uznawany jest w Warszawie za mazgajstwo jakichści maminsynków. Bo tak między nami ? powiedzmy sobie szczerze ? który mężczyzna nie wolałby osłodzić sobie żałości kielichem ?Żubrówki? z trawką w środku albo smakowitej ?Dzięgielówki?, zamiast obściskiwać się w bramie z jakimiś obrzępałami? Zresztą, tylko patrzeć, jak nasi urkowie zastosują ten amerykański obyczaj w charakterze nowej techniki wyłuskiwania portfeli; niby to będą się przytulać, a tymczasem wprawne palce wyciągną delikwentowi fanty ze wszystkich kieszeni.
Pawiem narodów byłaś i papugą, a teraz jesteś służebnicą cudzą ? karcił naszą ojczyznę poeta. I słusznie, bo widać gołym okiem, że przyjmujemy od innych narodów wszystko, co najgłupsze, ale efektowne, natomiast starannie unikamy naśladowania tego, co uczyniło z nich światowe potęgi. Weźmy choćby obyczaj amerykański; nadgorliwcy nasi forsują jakieś ?halloween?, albo ?walentynki?, że to niby tego dnia nawet impotenci musza się kochać, natomiast żadnemu cymbałowi nie przyjdzie do głowy zastosować się do rady, jakiej w 1990 roku udzielił polskim parlamentarzystom zmarły niedawno Milton Friedman ? że Polska nie powinna naśladować bogatych krajów zachodnich, bo nie jest bogatym krajem zachodnim. Że powinna naśladować rozwiązania prawne i instytucjonalne, które tamte kraje stosowały u siebie, gdy były takie biedne, jak Polska. Nawet i teraz można to zrobić, ale co z tego, kiedy prawie nikt tego nie chce. Inna sprawa, że to znacznie trudniejsze, niż obściskiwanie się po bramach z nieznajomymi i dlatego jeden obyczaj jest forsowany, a drugi ? jakoś nie.
Stanisław Michalkiewicz

Wyświetlony 5382 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.