czwartek, 30 wrzesień 2010 11:11

Mity podatku, nie tylko liniowego

Napisane przez

W lutowym wydaniu "Opcji" można było zapoznać się z ciekawym artykułem Mateusza Machaja nt. mitów podatku liniowego. Autor jak zwykle przedstawia całą rzecz prosto, ilustrując ją konkretnymi przykładami. Jest to wielka zaleta w czasach, gdy większość tekstów z dziedziny nauk społecznych pisana jest żargonem, po którym można sądzić, że nawet ich autorzy nie za bardzo już wiedzą, co mieli na myśli. Ta prostota przekazu ułatwia merytoryczną dyskusję, do której autor zresztą zachęca. Ośmielony tą zachętą, pozwalam sobie przedstawić kilka uwag, po części uzupełniając, a po części podejmując polemikę z tezami wspomnianego artykułu.

 

Zacząłbym od zasadniczego problemu, jaki wiąże się z podatkiem dochodowym: od sprecyzowania samego pojęcia "dochodu". Stwierdzenie, że jest to przychód pomniejszony o koszty, niczego nie tłumaczy. Powiedzmy, że obowiązuje 20% podatek dochodowy. Udzielam córce mojego sąsiada korepetycji z angielskiego, natomiast on uczy mojego syna francuskiego. Ile powinniśmy z tego tytułu zapłacić podatku? Jeśli wyceniamy swoje usługi na 100 złotych miesięcznie, to (zakładając zerowe koszty uzyskania przychodu) musimy uiścić po 20 złotych; jeśli szacujemy je na 50 złotych, podatek wyniesie 10 złotych od łebka; a jeśli chcemy to robić za darmo…? Ten przykład dobitnie pokazuje, że koncepcja podatku dochodowego jest absurdalna w takim stopniu, w jakim niesprecyzowane jest samo pojęcie "dochodu". Jest to po prostu konstrukcja czysto biurokratyczna. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości w tej materii, polecam przejrzenie Ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych.
Przyjmijmy jednak, że jakoś tam zdefiniowaliśmy "dochód" i możemy pobierać od niego podatek. P. Machaj wielokrotnie zaznacza w tekście, że lepsze podatki to niższe podatki. Faktem jest, że obecny stopień fiskalizmu dawno już przekroczył wszelkie granice rozsądku. Teza p. Machaja prowadzi jednak wprost do szalenie radykalnego wniosku: że optymalna stawka podatku wynosi 0%, co tożsame jest z likwidacją państwa. W ten oto sposób autor, powodowany słusznym gniewem, wpada w zabobon anarchizmu. Jak pisał nieodżałowany o. Bocheński: Przyczyną rozpowszechnienia tego zabobonu jest odczuwanie istniejącego porządku i panującej władzy jako niesprawiedliwych, co w wielu wypadkach może być słuszne. Ale anarchizm nie jest lekarstwem na to zło, bo prowadzi zwykle do większych nieszczęść, niż te, od których chciałby ludzi uwolnić1. Tego samego zdania był zresztą Ludwik von Mises, która to postać jest prawdopodobnie p. Machajowi bliższa: Bez zastosowania przymusu i przemocy przeciwko wrogom społeczeństwa, jakiekolwiek życie w społeczeństwie byłoby niemożliwe. Społeczny aparat przymusu i przemocy, który nakłania ludzi do przestrzegania reguł życia w społeczeństwie, nazywamy państwem (...)2. Utrzymanie tegoż państwa wymaga jednak niezerowej stawki podatku.
Pisząc o podatku dochodowym, p. Machaj skupia swą uwagę wyłącznie na transferach pieniężnych. Aby jednak mieć pełny obraz dokonywanej przez państwo redystrybucji zasobów, musimy uwzględnić także fakt, że podatki w części wracają do społeczeństwa w postaci pewnych usług oferowanych przez państwo. Zgoda, są to najczęściej usługi podłej jakości, ale jednak. Gdyby ludzie nie otrzymywali żadnego zwrotu z podatku, to z całą pewnością fiskalizmu nie udałoby się rozdąć do dzisiejszych rozmiarów. Redystrybucja dokonuje się więc nie tylko poprzez zagarnięcie wpływów z podatków przez aparat państwowy, ale także poprzez korzystanie przez obywateli z usług państwa w sposób nieproporcjonalny do wniesionego wkładu podatkowego. Mimo ogólnej nieefektywności systemu, redystrybucja taka może być w interesie części społeczeństwa (niekoniecznie zresztą tej najbiedniejszej).
Fakt, że państwo coś nam w zamian za te podatki daje, sprawia, że znaczenia nabiera nie tylko wielkość, ale także forma podatku. Ta ostatnia decyduje bowiem o kosztach poboru, a więc pośrednio o tym, ile zostanie państwu na usługi, którymi możemy być zainteresowani. Odwołajmy się do prostego przykładu. Stuosobowa społeczność zarabia tradycyjnie po 100 złotych na głowę. Każdy płaci podatek 20%, czyli 20 złotych, z czego połowę pochłaniają koszty poboru i administracji. Za pozostałe 10 złotych od osoby (co w sumie daje 1000 złotych) państwo oferuje obywatelom wybudowanie 10 km autostrady. Następuje przełom polityczny i nowa władza wprowadza podatek pogłówny, bardzo tani w poborze ? po potrąceniu 5% na koszty egzekucji, aż 95% zostanie teraz na budowę autostrady. Jednocześnie kwota podatku zostaje ustalona na poziomie 21 złotych (oznacza to więc podwyżkę podatku o 1 złoty). Po zmianie państwo wybuduje autostrady za 95% z 2100 złotych, co w efekcie da 19,95 kilometra drogi. Gdyby do wyboru były tylko te dwie opcje ? za którą byśmy się opowiedzieli? Czy zrezygnowalibyśmy z niemal podwojenia długości autostrady po to, by mieć w kieszeni tę jedną złotówkę więcej?3
Celem powyższego przykładu nie jest bynajmniej gloryfikacja państwowych inwestycji. Chcę tylko zwrócić uwagę, że aby dokonać rzetelnej analizy systemu podatkowego, powinniśmy wziąć pod uwagę nie tylko to, ile płacimy, ale też co za to dostajemy. Jest dla mnie oczywiste, że system panujący obecnie w Polsce to dla wielu podatników dość kiepski interes.
Kto jest podatnikiem? ? oto jest pytanie! Kwestią budzącą wątpliwości jest wykluczenie z grona podatników osób otrzymujących dochód z budżetu państwa. Po pierwsze, jak już zauważyłem na wstępie, samo pojęcie dochodu jest dość nieuchwytne. Po drugie, tezę o nieopodatkowaniu budżetówki można łatwo sprowadzić do absurdu, co niniejszym uczynimy. Przyjmijmy za p. Machajem, że osoby otrzymujące pensję z budżetu państwa nie płacą podatków, i zobaczmy, gdzie nas to założenie doprowadzi.
Mamy stuosobowe społeczeństwo, w którym 99 osób zarabia na wolnym rynku i płaci podatki, a jeden żandarm pracuje na państwowym, dostaje pensję z budżetu, nie płacąc tym samym żadnego podatku. No dobrze, ale co żandarm robi ze swoimi pieniędzmi? Ano idzie na rynek i kupuje różne dobra i usługi od pozostałych obywateli. Wychodzi więc na to, że segment społeczeństwa, w którym żandarm dokonuje zakupów, też jest częściowo finansowany z budżetu (co, notabene, potwierdza tezę p. Machaja, że żaden podatek nie może być neutralny). Idźmy jednak dalej: w referendum obywatele decydują się na "uspołecznienie" służby zdrowia (cóż za ubolewania godny brak rozsądku…). Odtąd nie będą płacić lekarzom przy wizycie, ale żandarm będzie pobierał od każdego większe podatki na pokrycie pensji dla lekarzy (plus coś ekstra dla siebie za fatygę). Stosunek budżetowców do nie-budżetowców zmienia się z 1 : 99 na 10 : 90. W kolejnym referendum "uspołecznione" zostaje szkolnictwo, potem następne działy gospodarki, i tak stosunek budżetowców do nie-budżetowców zmienia się kolejno na 20 : 80, 50 : 50, 75 : 25. Dochodzi do tego, że w końcu proporcja ta wynosi 99 : 1. Konsekwentnie musimy teraz uznać, że jedna osoba (powiedzmy, śmieciarz) płaci podatek, z którego żyje 99 osób nie płacących podatków. Zwróćmy uwagę, że wszystkie jego wpływy z konieczności pochodzą od osób finansowanych z budżetu i potrzebne są mu tylko po to, by zapłacić podatki (wszak wszyscy pozostali świadczą swe usługi "bezpłatnie"). Wygląda więc na to, że śmieciarz płaci sam sobie za pośrednictwem budżetu państwa. Ale oto w następnym referendum "uspołeczniona" zostaje również wywózka śmieci. No i oto mamy system, w którym wszyscy żyją z budżetu, a nikt nie płaci podatków. Jest to sprzeczność, która pokazuje, że z tezą o nieopodatkowaniu budżetówki coś jest nie tak.
Można teraz zasadnie postawić pytanie: jeśli pracownicy opłacani z budżetu państwa płacą jednak podatki, to ile one niby wynoszą? Rozważmy to, dobrym wzorem p. Machaja, na kolejnym przykładzie. Prywatna szkoła, w której nauczyciel matematyki zarabiał 100 złotych, z czego płacił 20% podatku, zostaje nagle "uspołeczniona". Rodzice, którzy do tej pory łożyli bezpośrednio na utrzymanie szkoły ? jak również pozostali obywatele, którzy nie posyłali dzieci do tej placówki ? zostają teraz obciążeni podatkami, które w sumie składają się na kwotę odpowiadającą dotychczasowym wpływom szkoły z czesnego. Matematyk otrzymuje teraz z budżetu pensję (na rękę) w wysokości 70 złotych, czyli w kieszeni zostaje mu mniej niż przed "uspołecznieniem". Zakres jego pracy się nie zmienił. Gdzież zatem podział się płacony przez niego wcześniej podatek? Odpowiedź jest oczywista ? został przejęty przez państwo, które przy okazji pozbawiło go jeszcze dodatkowych 10 złotych. Czy można więc twierdzić, że człowiek ten nie płaci żadnego podatku? Jeśli państwo egzekwuje od niego pracę wartą na rynku 100 zł, a płaci mu tylko 70 zł, to nauczyciel 30% swej pracy wykonuje bez wynagrodzenia. Czy nie jest to więc w gruncie rzeczy 30% podatek w naturze nałożony na pracę?
Wyobraźmy sobie teraz, że w szkole tej pracował jeszcze nauczyciel fizyki. Był to stary nudziarz, trzymany przez dyrektora jedynie z braku lepszego kandydata. Z powodu kiepskich predyspozycji do wykonywania zawodu, jego pensja wynosiła zaledwie 50 złotych, z czego płacił 20% podatek w kwocie 10 złotych. Nowy właściciel szkoły, czyli państwo, zdecydowało, że jego pensja (na rękę) będzie odtąd wynosić 60 złotych. W kieszeni zostało mu zatem o 20 złotych więcej niż uprzednio. Skąd się one wzięły? Ano 10 stąd, że zwrócono mu pieniądze, które dotychczas oddawał w podatkach, a jakby tego było mało, udzielono mu jeszcze subsydium z budżetu w wysokości kolejnych 10 złotych.
Mamy więc taką oto sytuację: państwo jako nowy pracodawca zaniżyło matematykowi płacę o 30 złotych w stosunku do jej wartości rynkowej, natomiast fizykowi zawyżyło płacę o 10 złotych. Ludzie, którzy nie posyłali swoich dzieci do rzeczonej szkoły, nagle zostali obłożeni dodatkowym podatkiem, za który nie otrzymują nic w zamian. Z kolei tym, którzy posyłali swe dzieci do tejże szkoły, nagle zostało w kieszeni trochę więcej pieniędzy, ponieważ za naukę ich pociech częściowo płacą teraz inni. Oczywiście, jeśli popatrzymy wyłącznie na ruch pieniądza, to wygląda to tak, że pieniądze wychodzą od "zwykłych ludzi" i za pośrednictwem budżetu trafiają (pomniejszone o koszt poboru) do obu nauczycieli. Jednak jak pokazuje powyższy przykład, zarówno "zwykli ludzie", jak i nauczyciele dzielą się na tych, którzy na zmianie skorzystali (rodzice uczniów, fizyk), jak i tych, którzy na niej stracili (pozostali obywatele, matematyk). Dopiero analizując łącznie przepływ pieniędzy i towarzyszący mu przepływ usług, możemy mieć pełny obraz dokonanej przez państwo redystrybucji.
Oczywiście, powyższa analiza była możliwa tylko i wyłącznie dlatego, że znaliśmy rynkową wartość pracy obu nauczycieli w chwili "uspołecznienia". Powiedzmy jednak, że przychodzimy do tej szkoły jakiś czas później i stajemy wobec faktu, iż matematyk dostaje z budżetu na czysto 70 złotych, a fizyk 60. Teraz nie mamy pojęcia, jak te zarobki mają się do rynkowej płacy nauczycieli, dlatego zbilansowanie ich wkładu pracy i dochodu otrzymywanego z budżetu wydaje się beznadziejnie trudne, jeśli nie w ogóle niemożliwe.
Ogólnie rzecz biorąc, wskazane byłoby przedstawienie jednoznacznej definicji podatku. Z tekstu p. Machaja przebija bowiem przekonanie ? choć nigdzie nie wyrażone explicite ? że podatki mogą mieć wyłącznie postać pieniężną: gdyby (...) producenci przestali zajmować się wymianą, to nagle wpływy podatkowe spadłyby do zera. Otóż gdyby ustała wszelka wymiana, zaniknąłby zupełnie podział pracy i pieniądz, będący pośrednikiem w wymianie dóbr4. Towarzyszyłby temu niewyobrażalny wręcz spadek stopy życiowej, prowadzący bez dwóch zdań do wymarcia znacznej części populacji. Nie widać jednak powodu, dla którego państwo nie mogłoby nawet wówczas pobierać podatku w naturze od tych, którym udało się przetrwać o własnych siłach.
Na zakończenie jeszcze jedna uwaga, dotycząca zabawy procentami. Bardzo spodobało mi się przedstawienie przez Mateusza Machaja całkowitej konfiskaty dochodu jako 100% podatku liniowego. W tym duchu przeanalizowałem podatek pogłówny, który wydaje mi się ? przy danej wielkości budżetu ? rozwiązaniem optymalnym: umożliwiającym niemal całkowitą likwidację aparatu kontroli skarbowej, uwalniającym od gromadzenia kwitów i wypełniania PIT-ów, likwidującym całą branżę zajmującą się bezproduktywnym wyszukiwaniem dziur w prawie podatkowym5, mobilizującym do pracy, a także ? last but not least ? dającym całemu społeczeństwu silny bodziec do stawiania oporu wobec nadmiernych zakusów fiskusa. Oto wynik mojej analizy: jest to podatek degresywny o stopie (k/d)× 100%, gdzie k oznacza kwotę podatku, a d ? dochód podatnika (cokolwiek by ten dochód oznaczał). Jak łatwo się przekonać, stopa podatku nie tylko może tu być równa 100%, ale może tę wielkość przekroczyć. Powiem więcej ? może nawet urosnąć do nieskończoności.


_______________
1 "Sto zabobonów", Philed 1992, s. 19.
2 "Liberalizm w tradycji klasycznej", Arcana 2001, s. 57.
3 Trzeba też zauważyć, że przy podatku pogłównym tę jedną złotówkę byłoby nam łatwiej wypracować, bowiem nasza dodatkowa praca nie byłaby już w ogóle opodatkowana.
4 Oczywiście, niekoniecznie zaniknąłby w sensie fizycznym. W systemie waluty złotej, złoto istniałoby dalej, tyle że przestałoby pełnić funkcję pieniądza i stało się pod tym względem towarem idealnie niepłynnym ? jak każdy inny.
5 Gdyby p. Machaj chciał utrzymywać, że nie jest to działanie bezproduktywne, niech rozważy następujący przykład. W stuosobowej społeczności, gdzie każdy w tej chwili zarabia 100 złotych, władza ustaliła, że na funkcjonowanie państwa (włącznie z egzekucją podatków) potrzeba 1000 złotych. Przy podatku pogłównym oznacza to, że każdy musi oddać do budżetu 10 złotych ? oczywiście w tej sytuacji żadne ulgi nie wchodzą w grę. Podobnie ma się sprawa w przypadku podatku liniowego ? musiałby on wynosić 10% dochodu (zakładając, co nie jest prawdą, że koszt jego poboru jest taki sam). Jeśli chcemy wprowadzić ulgi, to trzeba dźwignąć podatek powyżej tych 10%, aby ostatecznie po odliczeniach do budżetu wpłynęło całe 1000 złotych. Widać teraz jak na dłoni, że system "z ulgami" nie tylko nie zmniejszy ciężaru podatkowego, ale jeszcze zabierze ludziom czas i środki potrzebne na kombinowanie przy ulgach. Z tego powodu uważam, że nawet szczątkowa reforma w postaci proponowanej przez Centrum im. Adama Smitha: liniowy bez ulg przy zachowanych wpływach do budżetu jest krokiem we właściwym kierunku.

Szymon Czarnik
Wyświetlony 6586 razy

Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.