wtorek, 07 grudzień 2010 14:09

Wyspa dzieci

Napisane przez

Nasz dom był wyspą dzieci. Kilka lat temu, gdy nasza trójka była w wieku przedszkolnym, na wyspie mieściła się tubylcza wioska, pałac gubernatora i siedziba misji. Gubernator reprezentował restrykcyjną zachodnią cywilizację - twarde prawa i wymogi, misjonarz odkrywał jej drugie oblicze – chrześcijańskie miłosierdzie.

Tubylcy wiedli w swej wiosce żywot spontaniczny, urozmaicany waśniami i walkami, a czasem radosnymi i nader hałaśliwymi zabawami. W owym naturalnym stanie rządzili się prawami dżungli: "kto pierwszy ten lepszy", "silniejszy górą", uzupełniając je o prawo Kalego i zasadę zemsty pierwotniejszą niż kodeks Hammurabiego ? nie tyle "ząb za ząb", ile dwa zęby za jeden.
Na co dzień misja stosowała taktykę "pokojowego pozyskiwania" tubylców i niedoprowadzania do sytuacji "ostrej interwencji". Dni wypełniała żmudna praca misjonarska ? nauczanie podstawowych zasad higieny, norm cywilizowanego spożywania jedzenia, edukacja w podstawowych umiejętnościach zachodnich, jak czytanie, pisanie, obcowanie z książką. Do codziennych prac misjonarza należało utrzymywanie ładu w tubylczej wiosce ? jej mieszkańcy mieli bowiem zwyczaj zaśmiecać ją dotąd, aż nie było w niej już wolnego miejsca, wówczas przenosili się gdzie indziej, wkraczając niebezpiecznie w uładzoną przestrzeń pałacu gubernatora lub misji. Wówczas należało ich zmusić do odwrotu i pomimo gwałtownej niechęci spowodować uprzątnięcie wioski, co zwykle wymagało uruchomienia całego arsenału nagród i kar. Zadaniem misji było też dokarmianie mieszkańców wioski, a nade wszystko zmiana ich zwyczajów żywieniowych: przejście od pokarmów spożywanych ze spontanicznym entuzjazmem, takich jak czekolada, cukierki i chipsy ? na preferowaną przez wyższą cywilizację dietę białkowo-owocową, odbieraną przez tubylców jako forma represji. Kolonizatorzy dbali również o edukację wyspiarzy, prowadząc różnorodne zajęcia rozwijające, dostosowane do wieku. Do pewnego stopnia były one atrakcyjne dla tubylców, ale ponieważ wymagały cierpliwości i skupienia, po chwili przestawały być zabawne. Wówczas uruchamiano różnego rodzaju techniki motywacyjne w postaci drobnych słodkości, wymuszające przychylność tubylców dla budujących zajęć, które zdaniem misji były niezbędne dla prawidłowego rozwoju.
Codziennie administratorzy odwozili mieszkańców wioski do profesjonalnej placówki cywilizacyjnej, obsługującej olbrzymi archipelag. Wyspiarze niechętnie opuszczali swoją wyspę, młodsi protestowali głośno, starsi apatycznie podporządkowywali się wyższej konieczności. Instytucja cywilizująca miała olbrzymie sukcesy w wypieraniu kultury tubylczej i zastępowaniu jej kulturą wyższą. Znakomicie zwiększała repertuar folklorystyczny w postaci budujących piosenek i wierszyków, doskonaliła techniki wytwórcze, których efekty ? dzieła z plasteliny i prace malarskie ? wprawiały w zachwyt babcie, miłośniczki tubylczej wytwórczości. Kontakty z mieszkańcami innych wysp służyły przekazywaniu nieprzewidzianych w programie cywilizacyjnym słów-zaklęć, które wyspiarze przekazywali sobie w tajemnicy, aby potem szokować swoich misjonarzy i ściągać na siebie gniew gubernatorów. Doskonalili się też w technikach wojennych, wypróbowując nieustannie w potyczkach cielesnych i słownych.
Powrót na wyspę był wielką radością. Tę popołudniową część dnia rozpoczynała wspólna uczta, gromadząca tubylców, misjonarza i gubernatora. Realizowano wówczas codzienny program edukacyjny, czyniąc ustępstwa na rzecz wyspiarskich gustów, tak by uczta była choć w części przyjemnością dla obu stron.
Liczne obowiązki odwoływały często kolonizatorów z wioski. Wówczas zaproponowane przez nich zajęcia kontynuowane były jeszcze przez moment, by po chwili ustąpić miejsca spontanicznym działaniom tubylczym. Zgiełk narastał, przeradzał się w radosne święto: łaskotki, przyduszania, wygłupy, śmiechy, zakazane słowa, gonitwy, śpiewy, pląsy i po chwili kulminacja ? wybuchająca nieoczekiwanie wojna! Przypadkowo zadane razy oddane zostawały z nawiązką i po chwili "szczęk oręża" przywoływał zarządców wyspy. Wkroczenie gubernatora, rozdzielenie walczących, wyciszenie za pomocą klapsów, szybkie przesłuchanie zwaśnionych stron i wyrok: izolacja biorących udział w walce i pozbawienie wszystkich przysługujących im na podwieczorek słodkich przyjemności. Agresor karany był tylko wtedy, gdy udało się go bezspornie ustalić, a zważywszy że taka sytuacja występowała bardzo rzadko, kara zwykle obejmowała wszystkich, budząc w nich solidarność poszkodowanych.
Dość często na wyspę przyjeżdżał inny misjonarz, nieco starszy i blisko spokrewniony z mieszkańcami wyspy. Przybysza cechowała niezwykle głęboka znajomość wyspiarskiej mentalności, pozwalająca mu na wniknięcie w społeczność i zapewniająca udział w ukrytym dla kolonizatorów życiu dzikich. Atrakcyjne dla tubylców formy działalności misyjnej proponowane przez starszego misjonarza i liczne "paciorki", którymi ich obdarowywał powodowały, że witany był nieodmiennie radosnymi okrzykami: "Babcia, Babcia!", wzbogacanymi dzikim tańcem powitalnym. Pobyt w wiosce tak pożądanego gościa upływał wśród pasjonujących wypraw, wymagających zaangażowania wyobraźni i przemeblowania całego mieszkania oraz anielskiej cierpliwości ze strony zarządców wyspy.

(?)
Anna Malewska-Szałygin
Wyświetlony 5769 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.