niedziela, 19 grudzień 2010 21:05

Przedsiębiorstwa niczyje

Napisał

Afery z zawyżaniem dochodów przez spółki giełdowe w Stanach Zjednoczonych i w Europie, bankructwa wielkich firm, bessa na giełdzie po długich latach nieprzerwanej hossy, wszystko razem - to objawy kryzysu, który narastał od kilku dziesięcioleci w gospodarce, a teraz ujawnia się dramatycznie i gwałtownie. Kryzysu nie finansowego, żeby rzecz wyjaśnić do końca, ale strukturalnego, to znaczy wynikającego z niesprawności form organizacyjnych, które ukształtowały się w światowej gospodarce.

Ten sam kryzys obserwujemy w Polsce jako serię upadków spółek skarbu państwa i powtarzające się afery w dużych przedsiębiorstwach, kończące się aresztowaniami prezesów zarządów. Część z tych aresztowań ma wprawdzie motywacje polityczne, ale nie byłoby ich, gdyby prezesi zarządów nie dostarczyli choćby cienia powodu.

 

Od czyjegoś do niczyjego
 
W ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia gwałtownie przyspieszył proces tworzenia się wielkich korporacji. Proces trwał nieprzerwanie od końca wieku XIX, pierwszy raz przyspieszył w USA w czasie II wojny światowej, a w Europie tuż po niej i już nie zwolnił, a ostatnio przyspieszenie było szczególnie gwałtowne. Wielkie korporacje wyrosłe z normalnych firm kapitalistycznych, rozrastając się, traciły właściwość, która jest fundamentem kapitalistycznej gospodarki albo po prostu gospodarki: własność.
Przedsiębiorstwa ? nawet te największe ? z początków eksplozji kapitalizmu, a więc z wieku XIX i początków XX tworzone były przez konkretne osoby. Splot szczęśliwych okoliczności, determinacja, talent, pracowitość, bezwzględność ? a nierzadko gotowość do ignorowania norm prawa oraz zasad moralnych ? sprawiły, że niektórzy przedsiębiorcy odnosili ogromne sukcesy tworząc wielkie firmy.
Firmy te miały zawsze konkretnych właścicieli, którzy w początkach zarządzali nimi osobiście, potem wynajmowali do tego ludzi, ale również wtedy osobiście je kontrolowali. Nawet kiedy wielkie przedsiębiorstwa należące do jednej osoby lub rodziny stawały się spółkami akcyjnymi z kilkoma setkami czy tysiącami akcjonariuszy, pierwotni właściciele zachowywali kontrolne pakiety akcji.
Wraz z rozwojem wielkich prywatnych firm pojawiła się w gospodarce nowa kategoria pracowników: specjaliści w dziedzinie zarządzania. Zarządcy istnieli w gospodarce od dawna, mieli ich latyfundyści w starożytnym Rzymie czy wielcy feudalni właściciele ziemscy, ale w początkach kapitalizmu ich rola była niewielka.
Dopiero wtedy, kiedy wielkie przedsiębiorstwa należące do jednej osoby lub jednej rodziny tak się rozrosły, że właściciele nie byli w stanie sami nad całością zapanować, zawodowi członkowie zarządów zaczęli odgrywać coraz ważniejszą rolę. Waga ich roli wzrosła, kiedy założyciele wymarli, bo drugie pokolenia właścicieli częściej konsumowały dochody, niż zarządzały odziedziczonymi firmami. Jeszcze szybciej rosła rola zarządców w tych przedsiębiorstwach, które w kolejnych emisjach akcji szukały źródeł kapitału na rozwój.
Kolejne emisje akcji ? a także naruszające kapitał wydatki spadkobierców właścicieli w drugim czy trzecim pokoleniu ? spowodowały znikanie pakietów kontrolnych. Tam, gdzie spadkobiercy właścicieli pakiety zachowali, zarządcy zyskiwali dominującą pozycję, bo dysponenci pakietów ulegli przemianom obyczajowym, które wyniosły konsumpcję nad pracę.
W ten sposób kształtowała się nowa forma własności wielkich przedsiębiorstw; formalnie nadal były prywatne, bo należały do akcjonariuszy, ale tych było tak wielu, że żaden nie był w stanie efektywnie zarządów kontrolować. W efekcie całkowitą kontrolę nad korporacjami od właścicieli przejęli ich zarządcy: prezesi i członkowie zarządów. Powstał efekt przedsiębiorstwa niczyjego, realizującego interesy zarządu.
 
Własność bez właścicieli
 
Podstawową wadą gospodarczego systemu socjalistycznego, która ostatecznie spowodowała jego bankructwo, był brak własności. Przedsiębiorstwo socjalistyczne było państwowe. Zarządzała nim dyrekcja, a dyrekcję kontrolowały, wyznaczając jej zadania oraz rozliczając z ich wykonania, dwie siły ściśle z sobą powiązane, ale nie do końca tożsame: centralny planista i monopartia.
W rezultacie kontroli partyjnej przedsiębiorstwo pełniło rolę polityczną, co przeszkadzało w realizacji zadań gospodarczych. Te zadania i tak z reguły były źle przystosowane do rynku, bo wyznaczane przez centralnego planistę, który był substytutem rynku, z natury rzeczy nieefektywnym, niezdolnym określić ani możliwości producentów, ani potrzeb konsumentów.
Przedsiębiorstwa socjalistyczne nie miały właściciela, a tylko jego substytut rozdwojony na centralnego planistę i komitety monopartii. Owocowało to bardzo wysokimi kosztami, niską efektywnością, zapóźnieniem technicznym, a na rynku brakami towarów oraz ich skrajnie niską jakością.
Tą samą wadą braku właściciela obarczone są obecnie wielkie korporacje. Wyrosły wprawdzie z normalnych ? to znaczy mających właścicieli ? przedsiębiorstw, ale przekształciły się ? jako się wyżej rzekło ? w organizacje formalnie wprawdzie do kogoś tam należące, ale realnie niczyje, w rezultacie kontrolowane przez zarządy.
Wielkie korporacje różnią się jednak od przedsiębiorstw socjalistycznych, nie mają nad sobą ani monopartii, ani centralnego planisty. Ich oceną trudnią się nie politycy czy urzędnicy państwowi, ale zawodowi analitycy giełdowi, którzy w oparciu o publikowane przez zarządy informacje o zyskach, kosztach i planach rozwoju przedsiębiorstw publicznie je oceniają, wydając rekomendacje giełdowe.
Formalni właściciele wielkich korporacji ? czyli akcjonariusze ? wymagają od zarządów jak najlepszych rekomendacji, bo wtedy ceny akcji rosną. To żądanie ? skądinąd naturalne i zrozumiałe ? stworzyło szczególny segment rynku pracy: rynek prezesów. Przedsiębiorstwa zaczęły usilnie zabiegać o najwybitniejszych specjalistów zarządzania, którzy odnieśli już konkretne sukcesy, bo ci zdolni są zapewnić najwyższe zyski.
W efekcie wynagrodzenia prezesów urosły do niebotycznych rozmiarów, podobnie jak zarobki gwiazd filmu czy sportu. Prezesi z kolei, chcąc podnieść swą wartość na rynku pracy, coraz usilniej zabiegają o sukcesy zarządzanych przez siebie firm.
Wydawać mogłoby się, że mechanizm taki zapewnia sprawność zarządzania, bo interes zarządu jest tożsamy z interesem akcjonariuszy. Dochody prezesa zależą od rekomendacji analityków, te są tym lepsze, im wyższe zyski, zatem prezes zainteresowany jest maksymalizacją zysku firmy. Okazało się jednak, że diabeł ? jak zawsze ? utkwił w szczegółach.
 
Wojciech Jankowski
Wyświetlony 7120 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.