czwartek, 21 marzec 2019 11:55

Piraci i ofiary

Napisane przez Robert Tumski

Gdyby nie jawne dowody na współpracę części polskich polityków ze służbami innych krajów, można by uznać, że przez ostatnie trzy wieki Polską rządzili idioci. Relacje z innymi krajami układali bowiem tak, jakby celem ich było jak najszybsze wyniszczenie jej mieszkańców poprzez eliminację fizyczną i upadek ekonomiczny.

Prawdopodobnie Polacy nie przodują w światowych rankingach bystrości, ale nie zaliczają się też do skończonych głupców. Fakt, że od setek lat nie potrafią realizować skutecznej polityki ani nawet nakreślić realistycznej wizji dla swojego kraju wynikać może z wielu czynników, wśród których istotną rolę odkrywają wyparcie i mitomania, zrodzone przez szereg kompleksów i schorzeń duchowych, które, o ile nie są leczone, trują organizm. Narodowa psychoterapia nie jest wszakże tak istotna, jak jasne sformułowanie kilku podstawowych zasad rządzących światem, których Polacy, zarówno rządzący, jak i rządzeni, nie chcą przyjąć do wiadomości, zachowując się jak dziecko niezdolne zmierzyć się z faktem, że święty Mikołaj nie istnieje.

Stan wojny

Naturalnym stanem, zarówno między jednostkami, jak też między zbiorowościami, jest stan wojny, wynikający z podstawowego instynktu kierującego ludźmi, a więc rządzy panowania - pragnienia władzy nad innymi i chęci zdominowania ich. Pisał o tym już św. Augustyn, w czasach nowożytnych zaś rozwinął ten pogląd Tomasz Hobbes, choć w formie dużo mniej wnikliwej i ograniczonej. O ile na poziomie jednostek ów zwierzęcy instynkt panowania może zostać zneutralizowany na wiele sposobów, poprzez kulturę, religię, prawo, instytucje państwowe etc., o tyle na poziomie zbiorowości sposobów takich nie ma. Wyjątkiem byłaby władza zewnętrzna w stosunku do rzeczywistości politycznej, podporządkowująca naturalne instynkty prawom nadnaturalnym, pochodzącym spoza tego świata. Taką władzą przez krótki czas dysponowało papiestwo na Zachodzie Europy, jednak nawet ono nie było w stanie powstrzymać konfliktów, stając się często jedną ze stron, do czasu kiedy rebelia Lutra ostatecznie zniszczyła jego autorytet. Potwierdziło to tylko tezę, że civitas Dei można budować w duszach i serach, ale nie w świecie polityki. Tutaj naturalnym stanem jest antagonizm i dążenie do podporządkowania sobie innych. Można czuć z tego powodu moralne oburzenie, może to nas zasmucać bądź frustrować, ale należy to przyjąć do wiadomości, jeśli chce się analizować realny świat, a zwłaszcza, jeśli chce się w nim skutecznie działać.

Naturalnym stanem, zarówno między jednostkami, jak też między zbiorowościami, jest stan wojny, wynikający z podstawowego instynktu kierującego ludźmi, a więc rządzy panowania - pragnienia władzy nad innymi i chęci zdominowania ich.

Stan wojny między państwami może być zawieszany – faktycznie bądź pozornie, w celu dezinformacji przeciwnika – jedynie z uwagi na zmiany w globalnym układzie sił, w sytuacji kiedy jedno państwo chce wykorzystać drugie do ataku na inne państwo bądź obrony przed nim. Dlatego traktaty pokojowe między państwami należy zazwyczaj traktować jako wstępne wypowiedzenie wojny. Sojusze zaś mają charakter czysto instrumentalny i doraźny, polegają bowiem na bezwzględnym wykorzystaniu jednego państwa przez inne w celu osiągnięcia przez te pierwsze celów strategicznych.

Skoro tak wygląda naturalny stan świata, to dlaczego jego opisy, poczynając od podręczników szkolnych, przez media a na książkach naukowych kończąc prezentują coś innego, używając do opisu relacji międzypaństwowych terminów zarezerwowanych dla relacji międzyludzkich (i to wyłącznie między ludźmi cnotliwymi), takich jak przyjaźń, pomoc, wsparcie, troska itd.? Odpowiedź jest prosta: wojna jest i zawsze była przede wszystkim wojną informacyjną. Ci, którzy podbijają innych, bardzo rzadko mówią wprost: „przychodzimy tu, żeby was okraść i zabić”. Przeciwnie, mówią „przychodzimy w pokoju, przychodzimy z pomocą”. Wiedzieli o tym Hiszpanie podbijający Amerykę, Brytyjczycy zajmujący Indie i Chiny, Francuzi w Indochinach, Rosjanie w Europie Środkowej, Amerykanie w Wietnamie, Afganistanie i Iraku. Być może jedynie Dżyngis-Chan stawiał sprawę otwarcie, mówiąc, że jego celem są trupy, łupy i branki.

Podbój militarny i ekonomiczny

Ci, którzy podbijają innych, bardzo rzadko mówią wprost: „przychodzimy tu, żeby was okraść i zabić”. Przeciwnie, mówią „przychodzimy w pokoju, przychodzimy z pomocą”.

Wojna i podbój mogą mieć charakter terytorialny albo ekonomiczny. W pierwszym wypadku narzędziem jest jawna przemoc, pozwalająca podporządkować sobie obce terytorium, drugi zaś wymaga bardziej wyszukanych narzędzi; pierwszy nie budzi u zaatakowanego wątpliwości, drugi może zostać nierozpoznany przez długi czas. O ile do niedawna podbój terytorialny był głównym celem polityki międzynarodowej, gdyż tylko w ten sposób można było osiągnąć cele ekonomiczne, o tyle dziś te ostatnie można osiągnąć często bez podboju terytorialnego. Ostatecznie stawką w grze są dziś, tak jak zawsze, niewolnicy, których będzie można zaprząc do pracy i utrzymać jak najmniejszym kosztem.

Przejęcie ekonomiczne majątku danego państwa, jego infrastruktury (drogi, elektrownie, wodociągi etc.) oraz zasobów naturalnych może dokonać się bez wprowadzania na jego obszar armii, poprzez zwykły wykup bądź zadłużenie, czego dokonać można poprzez przejęcie kontroli nad klasą polityczną. Oczywiście nie zawsze ten „miękki” sposób kolonizacji może zostać zastosowany – np. USA w Iraku musiały użyć twardych środków, aby dokonać przejęcia ekonomicznego – jednak przynosi on ostatecznie więcej zysków. Modelowy jego przykład znajdziemy w działalności diaspory żydowskiej w czasach nowożytnych, najpierw w Hiszpanii i Holandii, a potem, w XIX wieku, w Niemczech, Anglii i Stanach Zjednoczonych. Podobną metodę w Azji – ale też poza nią – stosowała diaspora chińska, np. w Azji Południowo-Wschodniej. Ta samą drogą idą od końca lat 80. XX wieku Niemcy, cierpliwie i metodycznie kolonizując kolejne kraje, tym razem bez użycia Luftwaffe.

 

cd w numerze papierowym

przycisk

Wyświetlony 161 razy
Zaloguj się, by skomentować

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.