Artur Adamski

Artur Adamski

poniedziałek, 05 kwiecień 2010 21:08

Hitleryzm nie był fenomenem

Książka Kazimierza Piechowskiego Niemcy i my w największej części poświęcona jest Trzeciej Rzeszy, jej celom i bezwzględnym metodom ich realizacji. Wbrew coraz powszechniejszemu poglądowi autor stwierdza, że ani ustrój wybrany przez Niemców w latach trzydziestych, ani dokonane przez nich zbrodnie nie stanowią żadnego paradoksu. Druga wojna światowa nie była pierwszą, lecz kolejną próbą gigantycznego podboju. Nie była też dziełem grupki polityków, lecz urzeczywistnieniem pragnień milionów.

poniedziałek, 05 kwiecień 2010 21:05

Polska wielkoduszność i warszawskie genius loci

Wieszanie należy do wyjątkowo ciekawej odmiany książek historycznych, których istotą jest ?zabawa? w literackie odtwarzanie dawnych wydarzeń. Często materiałem do takich rekonstrukcji są zaledwie strzępki źródeł. Okazuje się jednak, że posiłkując się wiedzą o realiach epoki, napisać można opowieść pasjonującą i rzetelnie oddającą fakty. Część spośród nich stanowić musi logiczny domysł, lecz to, co najważniejsze ? ma wartość dokumentu.

poniedziałek, 05 kwiecień 2010 21:02

Wielopiętrowe osamotnienie

Już co najmniej trzydzieści lat temu Stanisław Srokowski dał się poznać jako prozaik mający wyjątkowy dar wyrażania prawd uniwersalnych. Opublikowana w 1978 r. powieść pt. ?Lęk? spotkała się ze szczególnym przyjęciem przez czytelników. W historii głównej bohaterki wielu odbiorców odnalazło własne doświadczenia. Jedna z czytelniczek posądziła wręcz pisarza o kradzież jej osobistych pamiętników, jakoby mających stanowić podstawę do napisania powieści. Wydana niedawno ?Samotność? ma, być może, jeszcze większy ładunek tego, co ogólnoludzkie i ponadczasowe. Zarazem jednak, niestety ? najczęściej dalekie od optymizmu.

środa, 17 marzec 2010 09:49

Cenzorzy mają się świetnie

Pokonanie totalitaryzmu miało przynieść m.in. powszechną dostępność książek, których druk był przez komunistów zakazany. Okazało się jednak, że główni beneficjenci przemian zapoczątkowanych okrągłostołowym hochsztaplerstwem potrafili na wolność słowa nałożyć kaganiec nie mniej skuteczny od PRL-owskiego aparatu cenzury. W jakiejś części jest to wynikiem gorzkiej prawdy, że architekci Trzeciej Rzeczypospolitej nie do końca rozstali się ze stanowiącą treść ich młodości marksistowską ideologią.

czwartek, 11 marzec 2010 16:34

Ofiary zabijane powtórnie

Ludobójstwo dokonane na Wołyniu, Podolu i Pokuciu jest tragedią szczególną. Ono właśnie nie było, lecz jest, gdyż co najmniej na kilka sposobów niewyobrażalne nieszczęście z lat czterdziestych trwa.

 
Jan Zaleski z Monasterzysk powiedział, że Kresowian zabito dwukrotnie; raz przez ciosy zadane toporami, drugi raz przez przemilczenie. Dodałbym, że dziś jesteśmy świadkami trzeciego mordu ? popełnianego zarazem na przyzwoitości i prawdzie, a polegającego na wznoszeniu pomników faszystowskim rezunom i cementowaniu tożsamości młodego państwa ukraińskiego gloryfikacją sprawców masowych i niewyobrażalnie okrutnych zbrodni.
 
Przez 45 lat, na przekór PRL-owskiej cenzurze, do dość szerokich kręgów przebijała się wiedza o pakcie Ribbentrop-Mołotow, Katyniu i innych faktach, przez prosowieckie marionetki obłożonych przymusowym milczeniem. Na niektórych obszarach Urząd Kontroli Publikacji osiągnął jednak także pośmiertny sukces. Ludobójstwo w okupowanej Polsce południowo-wschodniej zostało zamilczane tak skutecznie, że nawet po 1989 r. i ta nieliczna mniejszość, która słyszała o ukraińskich rzeziach, najczęściej ma o nich wiedzę śladową i wypaczoną. Jeśli temat pojawia się w mediach ? omawiany jest przy użyciu słów tak dalece nieadekwatnych, że stanowiących dowód tego, że mamy do czynienia raczej z nowym etapem zakłamywania historii, niż ujawnianiem jej poukrywanych świadectw. Żadną nieścisłością czy eufemizmem, lecz fałszerstwem jest bowiem opisywanie tragedii Kresów jako konfliktu narodowościowego, czystki etnicznej czy wojny domowej. OUN-UPA na terenie dawnych województw południowo-wschodnich dokonał masowego, bestialskiego ludobójstwa, uzasadnionego niczym innym, jak tylko skrajnie prymitywną, barbarzyńską żądzą rabunku i mordu oraz nieludzką ultrafaszystowską doktryną.
 
Trwający pół wieku totalitarny porządek uniemożliwił prowadzenie jakichkolwiek badań, znacząco utrudnił sporządzanie nawet najprostszych świadectw. Nie tracono też czasu z drugiej strony obecnej granicy, gdzie zacieranie śladów osiągnęło formy polegające na przeobrażaniu topografii ogromnych obszarów. Wypalone do gruntu miejscowości, których historia sięgała nieraz średniowiecza, pokryto lasami, polami, nawet nowe tamtejsze drogi, prowadząc je czasem w sposób niefunkcjonalny. Wszystko wedle zasady, że lepiej ziemię odebraną Polakom urządzić nielogicznie, byle tylko wymazać jakiekolwiek wspomnienie o poprzednich włodarzach i ich męczeńskim końcu. Wiemy dziś jednak, że ukraińscy faszyści dokonali mordów w ok. 4300 miejscowościach, a ostrożne szacunki określają liczbę ofiar na 120 tysięcy.
 
Zabijanie masowe, bez litości dla niemowląt, kobiet i starców, to tylko część tragedii. Polegała też ona na angażowaniu ukraińskich dzieci, często w wieku dwunastu lat, by według instrukcji starszych uczyły się zadawać śmierć połączoną z maksymalną dawką bólu.
 
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski skupia uwagę na współczesnych aspektach tragedii Kresów. W wolnej Polsce pamięć ofiar objęta zostaje nowym zakazem. Nie wolno oddać im czci pomnikiem, podczas gdy na polskiej ziemi stoją już postumenty upamiętniające członków UPA ? organizacji jednoznacznie antypolskiej i zbrodniczej. W imię dobrych stosunków z Ukrainą zadeptuje się groby tych, którzy za przynależność do Polski zapłacili krańcowym cierpieniem, śmiercią własną i swoich rodzin. Partnerstwo ze wschodnim sąsiadem w jakiejś mierze opiera się więc na kłamstwie, wyrzeczeniu się części własnego dziedzictwa, a przez to wzmacnianiu obłędu budowy ukraińskiej świadomości narodowej na gruncie skrajnego fałszu. Polska powinna od dawna tętnić impulsami, przypominającymi postacie i dokonania szlachetne, stanowiące rzeczywisty, pozytywny wkład Ukraińców w budowę zarówno ich państwa, jak też Europy wolnej od rosyjskiego imperializmu i komunizmu. Wymogiem przyzwoitości jest oddanie czci Semenowi Petlurze i jego żołnierzom, wraz z naszymi stawiającym w 1920 r. opór bolszewickiej nawale. Przypomnieć warto o Andrieju Potiebni i innych Ukraińcach, którzy walczyli w naszych powstaniach o wspólną wolność. Gesty tego rodzaju byłyby nie tylko ukłonami w stronę naszych sąsiadów, stawiających dziś na cokołach zwyrodniałych siepaczy. Petlurze czy Potiebni należy się polska wdzięczność, a Ukraińcom ich osoby mogą przypomnieć, że mają w swej przeszłości postacie krańcowo odmienne od bandytów z UPA. Nasze pomniki ofiar rzezi powinny oddawać cześć także tym nielicznym Ukraińcom, którzy za schronienie dawane Polakom płacili własnym życiem.
 
Po lekturze kolejnej książki ks. T. Isakowicza-Zaleskiego znów bardziej ugruntowuje się we mnie przekonanie, że duszpasterz naszych Ormian jest prawdziwym darem Niebios. Niewahający się podejmować najbardziej bolesnych tematów i jaki przy tym zrównoważony! Tak bardzo doświadczany i atakowany, a jakże pogodny. Wytrwały orędownik prawdy. Szczęść Boże, księże Tadeuszu!
 
Tadeusz Isakowicz-Zaleski, Przemilczane ludobójstwo na Kresach, Małe Wydawnictwo, Kraków 2008.
czwartek, 11 marzec 2010 16:30

Naiwność grobem słabego

 

Tzw. główny nurt publicystyki i myśli politycznej przez ostatnie dwa dziesięciolecia nie potrafił zdefiniować polskiego interesu narodowego. Mentorzy z wielkonakładowej prasy potrafili wręcz stwierdzać, że pojęcie to jest trudne do określenia, archaiczne bądź z samej natury rzeczy nacechowane ksenofobią. Głoszenie takich poglądów wynikać może stąd, że dla wielu hołubionych przez media komentatorów głównym źródłem dochodu są nie polskie redakcje czy gazety, lecz instytuty i fundacje zagraniczne. Przyczyną może być też całkowita obojętność na sprawy kraju. Nie pierwszy raz głos zaprzańców brzmi w Polsce najdonośniej. Nie inaczej wyglądała panorama elit Rzeczpospolitej np. w XVIII w.
 
Ryszard Surmacz stawia oczywisty wniosek: bez wyartykułowania naszej racji stanu każde słowo na temat polskiej geopolityki jest bezprzedmiotowe. Brak wskazania, co jest niezbywalnym interesem naszej wspólnoty, musi przynieść jej podrzędność i destrukcję. Elementarna wiedza o historii Polski rodzi wiele wniosków, wśród których jednym z naczelnych jest sceptycyzm wobec zamierzeń politycznych partnerów. Jeśli w naszych czasach zdarzy się zbudować cokolwiek korzystnego na daleko posuniętej ufności ? będzie to pierwszy tego rodzaju przypadek w naszych dziejach. Jak dotąd, zawsze oznaczała ona nieszczęście, a nawet katastrofę. Do spektakularnego rozkładu naszego państwa nie doszło jeszcze zapewne tylko z powodu dość wyjątkowej w dziejach Europy sytuacji międzynarodowej, której cennym walorem jest zasada unikania otwartej, militarnej zaborczości. Być może jednak żyjemy w czasach cichych narodzin zaborczości innego typu, w której orężem jest pieniądz, a polem konfliktu szachownica ekonomicznych potencjałów. Taka diagnoza oznaczałaby, że położenie wątłego gospodarczo państwa zależeć będzie już tylko od morale obywateli i jakości elit. Tymczasem ostatnie siedemdziesięciolecie zaczęło się kilkuletnim okresem systematycznej eksterminacji najbardziej wartościowej części narodu, po czym nastąpiło niemal półwiecze rządów obcej agentury, dążącej do uformowania Polaków na kształt ludzi sowieckich oraz dwie dekady upartego nobilitowania zdrajców i cynicznych szumowin. Konsekwentne obrzydzanie ojczystej historii, stawianie na głowie fundamentów etyki, finansowe uprzywilejowanie łajdaków ? musiało przynieść skutek. W dorosłe życie wkracza dziś generacja moralnego chaosu, w dużej mierze wykorzeniona i na los kraju ojców obojętna. Zjawiskiem powszechnym jest nakładanie się na siebie mentalności homo sovieticus i homo economicus, dla której pieniądz jest wartością naczelną, stanowiącą niemal wyłączne kryterium.
 
Położenie Polski nie jest jednak beznadziejne. Tysiącletnie dzieje zaowocowały ogromnym, oryginalnym dorobkiem kulturalnym. Niewiele krajów Europy może poszczycić się równie świetną tradycją państwową. Polskość to też obszary duchowego bogactwa, wyrosłego na silnym gruncie chrześcijaństwa i przez długie wieki wyjątkowo częstych postaw nacechowanych szlachetnością, dobrodusznością i męstwem. Tragedią naszego kraju jest jednak rwana ciągłość pokoleń. Nie jest pewne, czy następcy planowo wyniszczonych depozytariuszy najcenniejszych wartości w pełni pojmują i doceniają wagę obejmowanego dziedzictwa.
 
Autor Geopolityki to tytułowe pojęcie postrzega nie tylko jako grę strategicznych celów, stanowiących przedmiot usiłowań możnych tego świata. Ważką rolę przypisuje narodowej świadomości i kulturze. One bowiem stanowią najważniejsze spoiny państwowej wspólnoty oraz zdrowe kryterium wyłaniania opiniotwórczych i przywódczych gremiów.
 
R. Surmacz, Geopolityka, System ? Graf, Lublin 2008.
czwartek, 25 luty 2010 12:19

Autorytety czy agenci wpływu?

Winston Churchill pisał o Polakach, że to naród najdzielniejszy z dzielnych, często prowadzony przez najpodlejszych z podłych. Uogólnienie bez wątpienia nadmierne wynikło zapewne stąd, że brytyjski polityk bliżej znał jedynie fragmenty naszych dziejów. Jeśli jednak przyjrzymy się najboleśniejszym polskim doświadczeniom historycznym, zauważymy, że ostatni król Rzeczypospolitej wziął udział w wymazywaniu swego państwa z mapy Europy, podpisując swą abdykację w zamian za obietnicę spłaty osobistych długów. Szansa na niepodległość w 1831 r. roztrwoniona została przez obdarzone zaufaniem cyniczne miernoty. Z kolei w 1939 r. nasze być albo nie być oparliśmy na sojuszu z  "przyjaciółmi", konsekwentnie realizującymi jeden cel - odciągnięcie wspólnego wroga od własnych granic drogą rzucenia mu Polski na pożarcie.
niedziela, 21 luty 2010 00:29

Meandry ukraińskiej tożsamości

W Łucku ma stanąć kolejny pomnik Stepana Bandery. Przywódcy organizacji, której głównym osiągnięciem jest bestialskie wymordowanie co najmniej stu tysięcy Polaków, oddano już cześć w nazwach szkół, uczelni, ulic i placów. Jego mitologia krzewiona jest w izbach pamięci i organizacjach jego imienia. Ukraińscy nacjonaliści w Ameryce od dziesięcioleci produkują filmy o szlachetnych herosach z UPA, zmagających się z  uosabiającymi zło całego świata łajdakami z AK. Seriale o takiej treści oglądać można m.in. w kanadyjskich stacjach telewizyjnych.

Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych niemal wszystkie drukowane w RFN mapy Europy przedstawiały Polskę jako kadłubek bez Szczecina, Olsztyna, Wrocławia, Gdańska, Opola. Do dziś większość map, jakie znajdziemy w Niemczech, utrzymuje, że Polska zaczyna się w okolicach Bydgoszczy, Poznania i Katowic. Pomorze, Ziemia Lubuska, Dolny Śląsk, Opolszczyzna, Warmia i Mazury to według obowiązującej do niedawna kartografii ? terytoria pod tymczasową administracją polską. Jeśli ktoś łudzi się, że jest to jedynie wyraz całkowitej niezgody na jałtańsko-poczdamski bieg granic, zawiedzie się, gdyż Polska wedle tej wizji kończy się mniej więcej na linii wyznaczonej układem Ribbentrop-Mołotow. Przekonanie, że nasz kraj jest do zniesienia co najwyżej w terytorialnym kształcie z okresu międzywojennego, tyle że bez swojej wschodniej połowy, jeszcze kilkanaście lat temu imponowało swą zgodnością.

 
?Eksperci? od spraw niemieckich, zatrudnieni przez wiele ?polskich? redakcji (choć żyjący głównie ze stypendiów niemieckich fundacji) oczywiście utrzymują, że takie nauczanie geografii we wszystkich szkołach RFN przez 40 lat jest całkowicie bez znaczenia. Wielka mapa Niemiec, zawierających w swoich granicach trzecią część naszego dzisiejszego terytorium, jeszcze w połowie lat siedemdziesiątych zdobiła jedną z głównych sal Bundestagu. Dla ?polskich niemcoznawców? przytaczanie takiego faktu jest objawem histerii, bo przecież mapa ta już około roku 1975 przeniesiona została do nieco mniej eksponowanego pomieszczenia. Jakiś rok temu cieszący się podobno wielką atencją ?pogromca dyplomatołków? ? Władysław Bartoszewski ? zwrócił się z oficjalnym wnioskiem do rządu Angeli Merkel o to, by państwo niemieckie wzięło na siebie ciężar roszczeń, kierowanych przez tzw. wypędzonych. Precedens dla aktu takiego już jest ? o wiele uboższa Polska, w imię dobrych stosunków z sąsiadami, wypłaca zabużanom odszkodowania wyłącznie z własnej kasy. Odpowiedzią na wniosek naszego ?superdyplomaty? jest nie tylko cisza. Równolegle z wygłaszanymi przez panią kanclerz frazesami o pojednaniu podlegli jej urzędnicy doradzają zgłaszającym roszczenia, by kierowali je do strony polskiej. Najliczniejsza i otrzymująca największe państwowe subwencje pozarządowa organizacja RFN służy instrukcjami, wskazując szlaki przecierane w polskich sądach, potrafiących pozbawiać mienia polskich obywateli. Dla ?orędowników niemiecko-polskiego pojednania? to jednak znów tylko temat do kpin oraz dowód na to, że wskazujący takie fakty są oszołomami, nienawistnikami, cierpiącymi na antyniemieckie fobie wyznawcami anachronicznych wizji. Nie inaczej tzw. wiodące media III RP traktują orzekane przez niemieckie sądy zakazy rozmawiania po polsku z dziećmi Polaków, którzy rozwiedli się z niemieckimi żonami. Według tego samego ?myślenia? utrzymywanie przez kilka dziesięcioleci, że pocztowcy z Gdańska zostali w 1939 roku ?rozstrzelani legalnie?, nie było niczym innym, jak przejawem działania państwa prawa.
 
Janusz Dobrosz przez większość minionego dwudziestolecia był posłem na Sejm. Skupiając swą uwagę głównie na sprawach międzynarodowych, już od 1989 dostrzegał obecność w polskim parlamencie zwartej, choć rekrutującej się z różnych klubów Partii Pruskiej. Ujawnia ona swą niezawodną obecność zawsze, gdy z korzyścią dla Niemiec powinna być przegłosowana odpowiednia ustawa lub oddalona interpelacja. Kiedy najwygodniejsze dla Berlina jest wyśmianie z sejmowej mównicy czyichś niepokojów ? zawsze znajdzie się poseł gotów odegrać tę rolę. Nigdy też nie zabraknie wsparcia mediów, dyżurnych ?niemcoznawczych autorytetów? czy pismaków specjalizujących się w wyszydzaniu nonsensownych lęków i tych, co myślą nieaktualnymi kategoriami.
 
Zachodni sąsiad jest naszym głównym partnerem gospodarczym. Znad Renu w latach osiemdziesiątych płynęła znacząca pomoc dla solidarnościowego podziemia. Mamy za Odrą licznych przyjaciół, na wielu obszarach rozwija się bardzo wartościowa współpraca. Mamy też jednak do czynienia z poważnymi zgrzytami, licznymi niedomówieniami i tematami tabu. Skala tych zjawisk sugeruje raczej większą rezerwę, niż ufność, tak uparcie lansowaną przez politykę zagraniczną naszej strony.
 
Książce Dobrosza można zarzucić nadmierną emocjonalność. Przynajmniej niektórzy znawcy archeologii pradziejowej polemizowaliby też z jednym z wątków Decydującego starcia, w którym starożytną kulturę łużycką autor jednoznacznie utożsamił z prasłowiańszczyzną. Publikację wypełniają jednak przede wszystkim polityczne fakty z ostatniego dwudziestolecia ? mające często znaczenie fundamentalne a w mediach III RP całkowicie przeinaczone, zepchnięte na margines, lub zupełnie utajnione.
 
J. Dobrosz, Polska-Niemcy. Decydujące Starcie, Fundacja ?Idzie Jezus?, Wrocław- Kiełczów 2008
piątek, 19 luty 2010 14:29

Skarb, który możemy roztrwonić

Rozmowa z prof. dr. hab. Andrzejem Kisielewiczem.

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.