Wojciech Wierzewski

Wojciech Wierzewski

czwartek, 23 wrzesień 2010 10:33

Dziennik podróży do kresu doświadczenia

Z różą i księżycem w herbie, najnowsza (trzecia z kolei) książka Henryka Skwarczyńskiego, publikującego w kraju, ale mieszkającego od lat pod Chicago, skłoni, jak sądzę, wszystkich, którzy w podobnym czasie, na przełomie dramatycznych lat osiemdziesiątych ? znaleźli się nagle i nieoczekiwanie dla siebie, we Francji, w Stanach Zjednoczonych, w Australii czy w Afryce Południowej ? do nieuchronnych, emocjonalnych, ale też refleksyjnych porównań.

Moment prawdziwej ulgi nadszedł już następnego dnia po wyborach: nie będzie tym razem długotrwałych batalii w sądach, ponownego przeliczania głosów, życia tygodniami w dramatycznej niepewności. Chociaż odpowiedź na pytanie, kto przez następne cztery lata będzie zasiadał w Białym Domu, stała się dla obserwatorów dość oczywista jeszcze przed północą, sztab demokratów i para pretendentów Kerry-Edwards nie chciała się początkowo z nią pogodzić.

Kiedy przed laty wylądowałem na uniwersyteckim kampusie w Bloomington, Indiana, los trzymał dla mnie w zanadrzu szczególną niespodziankę. Podczas pierwszej już bytności w akademickim "bookstorze", gdzie oferuje się wszystko, od T-shirtow, czapek z herbem uczelni aż po maskotki, natknąłem się na dużą reprodukcję "Ogrodu Rozkoszy" Hieronima Boscha. Nie mogłem uwierzyć własnemu szczęściu: znalezienie tej ilustracji w Polsce, tak jak w ówczesnym świecie "za żelazną kurtyną" graniczyło z niemożliwością. Stąd natychmiast, bez namysłu, dokonałem zakupu, choć każdy dolar wtedy dla mnie bardzo się liczył. Obraz zawisł zaraz na głównej ścianie mojego skromnego apartamentu (jako jedyna dekoracja, na którą mógł sobie pozwolić "visiting professor" z Polski). Ale moje ciche szczęście, płynące z obcowania "twarzą w twarz" z tym niewiarygodnie pięknym i przebogatym znaczeniowo obrazem trwało wręcz nieskończenie. Promieniował on nie tylko europejską kulturą i pokładami jej mądrości, wnosił triumfującą radość życia i podnietę dla fantazji podczas pierwszych, zawsze trudnych, samotnych miesięcy w Ameryce.

Michael Moore, twórca osławio-nej agitki propagandowej wymierzonej w prezydenta George'a W. Busha, filmu Fahrenheit 9/11, w końcu po wyborach ogolił się, zdjął spłowiałą "oprychówkę" z głowy i wbił się w regularny czarny frak, aby rozpocząć tournée w głównych tym razem programach telewizyjnych, jako rzecznik pilnej, kulturowej secesji terytorialnej Stanów Zjednoczonych.

W nocy z 21 na 22 marca 2005 odszedł z tego świata, we śnie, prezes Związku Narodowego Polskiego i Kongresu Polonii Amerykańskiej, który w maju br. ukończyłby 81 lat. Operacja i częściowa amputacja nogi, dokonana latem 2003, niemal przed wyborami na Walnym Sejmie ZNP w Denver, Kolorado zmieniła dramatycznie Jego życie, skazując Go na wózek inwalidzki. Dzielnie walczył ze słabością i przeciwnościami losu do ostatnich miesięcy i tygodni, pełniąc z determinacją wszystkie funkcje i obowiązki, mówiąc tylko, że reszta w ręku Boga. Patrząc wstecz na Jego długie życie i energiczną działalność w organizacjach Polonii, nie ulega kwestii, że potomni wspominać będą Go jako nieprzeciętną, barwną osobowość, szczerze oddanego polskości patriotę i prawdziwego amerykańskiego biznesmena, który pozostawił po sobie imponującą wręcz spuściznę i rozległy, mało powszechnie znany, dorobek.

wtorek, 31 sierpień 2010 18:56

"Cichociemny" Stanisław Bask Mostwin

Dwudziestu dziewięciu emisariuszy i kurierów Rządu Polskiego w Londynie zostało zrzuconych na terytorium okupowanego kraju w latach 1940-1945. Jedenastu z nich przypłaciło te misje życiem. Jakby wciąż nie dość zauważana i doceniana grupa ochotników gotowych na wszystko, utrzymywała przez okres wojny ogromnie cenną, żywą łączność pomiędzy Zachodem a Polskim Państwem Podziemnym. Emisariusze przerzucali do kraju znaczne sumy pieniężne, w banknotach i w złocie. Przywozili oni również tajne instrukcje i rozkazy dla przedstawicieli Delegatury, tak jak i dla głównych ogniw funkcjonującego tutaj Państwa Podziemnego. Jednym z ostatnich kurierów wysłanych przed Powstaniem Warszawskim, był Stanisław "Bask" Mostwin, zrzucony 10 maja 1944 roku. Miał wtedy lat 27. Dziś, w wieku 87 lat, pozostaje jednym z tych bezcennych świadków tamtej epoki, żyjących w Stanach, którzy mają nam wciąż wiele do przekazania...

sobota, 31 lipiec 2010 15:04

Mroczny rachunek sumienia Jana van Eycka

Interpretacje współczesne

Nie istnieje zbyt wiele opracowań na temat Jana van Eycka i malarstwa tego okresu. Ich lektura tylko mnoży pytania, skoro faktów udało się zebrać tak mało. Historycy dotarli do kresu swojej sztuki, gdyż dokumentów i zapisów z tamtego czasu na temat owego malarza po prostu nie ma. Z owych pytań zrodziła się ta powieść ? czysta fantazja, w której wprawdzie podstawowe fakty odpowiadają prawdzie historycznej, ale materiał łącząc je w narracyjną całość, jest wymysłem autora. Tak oto wyjaśnia swój zamysł Czesław Karkowski, autor świeżo wydanej książki o zagadce Jana van Eycka i słynnego ołtarza w kościele Św. Bawona, Adoracji Baranka Mistycznego, dumy flamandzkiej Gandawy, zarazem jednego z najbardziej enigmatycznych w swym przesłaniu, arcydzieł epoki rządów księcia Filipa Dobrego, Ale czy o tym, w istocie, jest ta propozycja?

Legendarne postaci polskich lotników z czasów bitwy o Anglię nie przestają powracać także w naszych, odległych o ponad pół stulecia, współczesnych czasach. Po prostu pokolenie, którego byli oni rówieśnikami, zasiadło do pisania spóźnionych długo wspomnień i pamiętników, a w swoich książkach wydobywa na światło dzienne stare prywatne zdjęcia i piękne osobiste szczegóły. O Eugeniuszu Horbaczewskim, czterokrotnie odznaczanym Krzyżem Walecznych, Złotym i Srebrnym Orderem Virtuti Militari, nie wspominając brytyjskiego Orderu Zaszczytnej Służby czy Zaszczytnego Krzyża Lotniczego – czytać można było sporo już w książkach Bohdana Arcta "W pogoni za Luftwaffe" czy w "Zwichniętych skrzydłach", wydanych zaraz po wojnie, w Edynburgu i w Warszawie. Nie brak również jego nazwiska w jednej z ostatnich, głośnych prób przypomnienia owych "The Forgotten Few", zapomnianych polskich lotników z bitwy o Anglię, w książce Adama Zamoyskiego, wydanej pod tym właśnie tytułem.

Kiedy ma się osiemdziesiątkę na karku, ludzie którzy w swym życiu wiele przeszli i jeszcze więcej osiągnęli, z reguły zaczynają się bardzo serio zastanawiać "jak w istocie przejdą do historii?".

Kto dziś pamięta, że u progu roku 1939 w Nowym Jorku o-twarta została imponująca swoim rozmachem Światowa Wystawa pod hasłem "Zobacz świat jutra", której nieoczekiwany, zabójczy cios zadał wybuch II wojny światowej? W odróżnieniu od wszystkich Expo, organizowanych co kilkanaście lat w różnych punktach globu, ta przyniosła rekordowe straty. Wprawdzie odwiedziło ją ostatecznie blisko 45 milionów gości, deficyt wyniósł aż 18 milionow 723 tysiące (ówczesnych!) dolarów, bowiem 2/3 inwestorów, widząc fiasko, wycofało się ze swoich finansowych obietnic. A miała ta wystawa przewyższyć wszystko to, co wcześniej zaoferowała ludzkości londyńska Wystawa Światowa z 1851 r. czy "Kolumbijska Wystawa" w Chicago w roku 1893. Na obszarze blisko pięciu milionów metrów kwadratowych w nowojorskiej dzielnicy Queens, na terenie Flushing Medows Corona Park, powstało wtedy całe miasto składające się z setek pawilonów reprezentujących kilkadziesiąt krajów świata, wśród których, oczywiście, pojawił się też obiekt prezentujący "w pigułce" dorobek odrodzonej II Rzeczypospolitej.

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.