Wojciech Wierzewski

Wojciech Wierzewski

poniedziałek, 03 maj 2010 14:27

Refleksja nad zmieniającymi się obyczajami

Tytuł "Kadet Winslow" zapamiętałem z wczesnej młodości, kiedy jako zapalony, tuż-powojenny kinoman zaliczałem wszystkie zachodnie filmy, a było wtedy co oglądać! Brytyjski dramat klasyka tamtej kinematografii, Anthony Asquitha (który wcześniej przeniósł na ekran Pigmalion G.B. Shawa) wywarł wtedy na mnie ogromne wrażenie. Była to historia oparta na głośnej, autentycznej sprawie sadowej z przełomu tamtego stulecia, której bohaterem stał się raczej nieśmiały nastolatek z porządnego domu, fałszywie oskarżony w szkole oficerskiej o sfałszowanie podpisu kolegi i pobranie jego czeku symbolicznej zresztą wartości. Rodzina Winslowa, zdając sobie sprawę ze skutków takiego fatalnego zdarzenia dla reputacji ich nazwiska, nie tylko dalszej kariery chłopca, podejmowała wszelkie dostępne jej starania o sądowe rozpatrzenie sprawy i wierzyła niezłomnie w niewinność tytułowego kadeta Winslowa.

3 grudnia 1854 r. do portu w Galveston nad Zatoką Meksykańską zawinął niemiecki statek "Weser", który przywiózł z Hamburga 96 rodzin śląskich emigrantów z całym ich dobytkiem. Chwilę tę utrwalił dla potomności naoczny świadek, L.B. Russel, w swoich pamiętnikach: Nigdy wcześniej nie widziałem takiego tłumu ludzi, było ich kilkuset, w dziwnych strojach ze swojej ojczyzny. Kobiety nosiły suknie o kilka cali powyżej kostek, co uchodziło wtedy za wyzywające, wielu miało drewniane saboty na nogach, prawie wszyscy byli w płaskich czarnych kapeluszach, jakich nikt nie widywał dotąd w Teksasie. Nosili błękitne kubraki do pasa, z grubej wełny, które nie pasowały zupełnie do upalnego, teksańskiego klimatu. Kolumnę śląskich emigrantów poprzedzał w dodatku wielki krzyż przywieziony ze starej ojczyzny. Emigranci nieśli ze sobą pługi i narzędzia rolnicze, skrzynie i cały swój dobytek. Mieli za sobą długą morską podróż, płynęli z Europy cale dziewięć tygodni i chyba nie wiedzieli, że czeka ich dalsze 200 mil marszu, zanim zdołają dotrzeć do miejsca przeznaczenia. Tam, u zbiegu rzek Cibolo i San Antonio, czekał na nich inicjator całej idei, 28-letni ksiądz franciszkanin, Leopold Moczygemba, pochodzący z ich wsi, Płużnicy Wielkiej, na ziemi opolskiej...

Kiedy 12 kwietnia 1861 r. rozpoczęła się kanonada wojsk Północy na konfederacyjną twierdzę Fort Sumter w Południowej Karolinie, wydarzenie uchodzące za początek krwawej wojny secesyjnej (1861-1865), na terenie całych Stanów Zjednoczonych, jak zgodnie podają historycy, znajdowało się zaledwie 30.000 Polaków. Około pięciu tysięcy z nich przywdziało granatowe uniformy Unii (w tym jednak aż 166 walczyło ze stopniem oficerskim!), wojsk usiłujących zachować jedność tego kraju, niespełna tysiąc walczyło po przeciwnej stronie, czyli konfederatów, zresztą głównie dlatego, że los rzucił ich do stanów południowych - i nie mieli już wyboru. W dramatycznym konflikcie, który wstrząsnął podstawami wciąż bardzo młodego państwa za Oceanem, w obliczu trzech i pół miliona obywateli zaangażowanych militarnie w trwającą cztery lata wojnę, rola naszych rodaków wydać się może zaledwie symboliczna, a przecież godna jest przypomnienia. I to co najmniej z kilku przyczyn.

sobota, 01 maj 2010 11:47

Wojna - amerykańskie doświadczenie

Czy wciąż potrzebujemy wiedzieć więcej o drugiej wojnie światowej? Czy w trakcie minionych 68 lat, jakie dzielą nas od jej wybuchu, nie powiedziano już dosyć na ten temat? A może wciąż nie znamy rzeczy najważniejszych? - argumentują twórcy najnowszego, rewelacyjnego serialu telewizji publicznej,  "The War", zrealizowanego przez Kena Burnsa.

Dzieje Polaków w Stanach Zjednoczonych w wieku XIX można zobrazować zderzając dwie sytuacje: niemal do połowy tego stulecia składają się na nie losy wcale licznych, wybijających się indywidualności, postaci należących z zasady do świata inteligencji. To podróżnicy, inżynierowie, naukowcy bądź ludzie pióra, choćby tacy jak Feliks Paweł Wierzbicki, który trafiwszy do Kalifornii, spisał swoje wędrówki po tym stanie i wydał tam w postaci książki, która do dziś jest klasykiem. Podobnie Aleksander Hołyński, który pracował w tak poszukiwanym wówczas zawodzie mierniczego i dzięki temu przemierzył słoneczny stan tam i wszerz, trafiając również do Teksasu (i nie omieszkał swojej wiedzy przelać w publikację, wydaną w Brukseli, w roku 1853). Kazimierz Stanisław Gzowski porwał się nie tylko na skonstruowanie mostu nad rwącą Niagarą, położył także wielkie zasługi w stworzeniu sieci kolejowej na tamtej części Stanów i w Kanadzie. Wszyscy oni należeli do politycznej emigracji z Królestwa po upadku powstania listopadowego. Dramatyczne wydarzenia Wiosny Ludów, a potem powstania styczniowego przyczyniły się tylko do powiększenia nowej fali emigracyjnej w sposób znaczący. Do Ameryki trafił m.in. dyktator powstania krakowskiego z 1846 r., Jan Tyssowski, wywołując swoją osobą liczne kontrowersje w niektórych środowiskach, w jeszcze większym stopniu czynił to uzdolniony, choć skrajny w poglądach, hr. Adam Gurowski. W Nowym Jorku przebywał też Kamil Cyprian Norwid, ale nie zagrzał tu długo miejsca, nie mogąc się zupełnie zaadaptować do warunków i stylu życia w Stanach.

czwartek, 29 kwiecień 2010 19:46

Moralny atut "Sprawiedliwych"

Anna Poray, założycielka organizacji Pro Justicia, postawiła w końcu na swoim. Praca, która pochłonęła bardzo wiele lat jej życia, przybrała ostatecznie postać 400-stronicowej książki dużego formatu, rejestrując dla anglojęzycznego czytelnika nazwiska (a w wielu przypadkach zwięzłe losy) tych rodaków, którzy ryzykowali życie dla innych.

Jednym z najdziwniejszych, a zarazem paradoksalnych przypadków polskiej emigracji za Ocean w XIX stuleciu, stał się wyjazd grupy warszawskich idealistów do Kalifornii w celu wcielenia tam w życie założeń utopijnego "falansteru". Sprawa z pewnością utonęłaby w pomrokach dziejów, gdyż inicjatywa szybko zakończyła się łatwym do przewidzenia fiaskiem, gdyby nie fakt, że łączyły się z nią nie byle jakie nazwiska - Heleny Modrzejewskiej, Henryka Sienkiewicza, Juliana Sypniewskiego czy Lucjana Paprockiego - a firmował to wszystko (czytaj - finansował) nie kto inny, jak ślubny małżonek słynnej artystki, hrabia Karol Chłapowski. Dlaczego grono to zapałało nagłym entuzjazmem do socjalistycznych teorii Charlesa Fouriera, ogłoszonych we Francji pół wieku wcześniej, bo w r. 1808, pozostaje wciąż tajemnicą. Pomysły Fouriera znajdowały tu i ówdzie fanatyków, gotowych służyć za króliki doświadczalne "nowego społeczeństwa"(także w Ameryce, gdzie zarówno w Brook Farm pod Bostonem, jeszcze w latach 40., podobnie jak w okolicach Dallas w Teksasie, powstały idealne komuny, w których członkowie mieli realizować się zarówno w twardej pracy fizycznej na roli, jak i w ożywionych debatach intelektualno-artystycznych). Wiadomo też, że dotarły na ziemie polskie (książę Adam Gurowski, postać barwna w Królestwie, a potem także w Ameryce, chełpił się faktem wysłuchania wykładów Saint-Simona i Fouriera i dość otwarcie popularyzował ich utopijne wizje zreformowania porządku społecznego, a zarazem wskazania ratunku dla indywidualistów szukających sensu życia wśród innych).

Nowe, XX stulecie rozpoczęło się od zaskakujących i coraz bardziej niepokojących wieści, jakie zaczęły nadchodzić do kancelarii dworów cesarskiego w Berlinie i carskiego w Sankt Petersburgu, na temat nieoczekiwanej siły militarnej, jaką Polacy mieliby teraz budować za Oceanem. Raporty konsuli, poparte wywiadem policyjnym, alarmowały, że na terenie Stanów Zjednoczonych emigranci z ziem polskich stworzyli już ponad 400 organizacji wojskowych, polska armia liczy zaś tu około 20 tys. zmilitaryzowanych ludzi. Raport kończył się groźną konkluzją, przestrzegającą, że Polacy są wrogo nastawieni w stosunku do Niemiec, Austrii i Rosji, szczególnie zaś do majestatu cesarza Wilhelma.

wtorek, 27 kwiecień 2010 17:21

Polskie tropy w Ameryce ( XIV)

Polonia w Ameryce na początku XX w., utrwalona piórem Stefana Nesterowicza

Prawie sto lat temu zaszły w stolicy Ameryki wydarzenia, które po raz pierwszy ukazały zdumiewający polityczny potencjał tutejszej Polonii, jako przewodniej siły na emigracji przed I wojną światową. Chodzi o imponujący w pomyśle i fascynujący w przebiegu I Kongres Narodowy Polski, zwołany w Waszyngtonie D.C. w dniach 10-14 maja 1910 roku. Pierwsze światowe forum Polaków, z udziałem ponad 400 delegatów i kilku tysięcy towarzyszących osób, w czasach, kiedy Polski nie było wciąż na mapie! Ten na ogół mało znany szerszym kręgom i słabo pamiętany dziś zlot Polaków, po którym pozostał piękny, 650-stronicowy pamiętnik dużego formatu, przypominał światu, że "jeszcze Polska nie zginęła, skoro my żyjemy". Wszystko to odbywało się w dodatku przy pełnej współpracy i udziale ówczesnej administracji amerykańskiej za czasów prezydenta Williama Tafta. Autorami prawdziwie "złotej karty" w dziejach amerykańskiej Polonii byli liderzy Związku Narodowego Polskiego, a także tutejszego Sokolstwa, które już niedługo zasłynie bezprecedensowym czynem zbrojnym emigracji, powołaniem kilkudziesięciotysięcznej Armii Błękitnej, która walczyć będzie na zachodnim froncie w Europie, w jednym szeregu z aliantami...

Wychodząca od 2001 roku
„Opcja na Prawo” to najdłużej ukazujące się pismo
opiniotwórcze o charakterze liberalno-konserwatywnym.

OPCJA NA PRAWO © All Rights Reserved.

Nasza strona używa plików cookies. Jeśli przeglądasz nasze strony równocześnie wyrażasz zgodę na korzystanie z nich.Więcej o naszej polityce prywatności Polityka prywatności. Korzystanie z tej strony wymaga akceptacji plików cookie.